• Piątek, 2 października 2026

    imieniny: Dionizego, Teofila, Dionizji

Fakty dotyczące Wałęsy układają się w całość

Wtorek, 31 stycznia 2017 (05:20)

Z Andrzejem Gwiazdą, współtwórcą Wolnych Związków Zawodowych i NSZZ „Solidarność”, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Wciąż jeszcze nieoficjalna opinia dotycząca teczki TW „Bolek”, przygotowana przez Instytut Ekspertyz Sądowych im. Jana Sehna w Krakowie, potwierdza współpracę Lecha Wałęsy z SB. Czy to koniec mitu Lecha Wałęsy?

– To, czy mit Lecha Wałęsy będzie żyć własnym życiem, czy upadnie, to nie zależy od tego, co jest powszechnie wiadome i stwierdzone przy pomocy dowodów, co jest udokumentowane, ale zależy od tego, w co będą wierzyć ludzie. Mit jest wtedy, kiedy wierzą w to ludzie, a Wałęsa od samego początku był mitem, mitem de facto zakłamanym. Natomiast to, że ten mit jest całkowicie fałszywy, czyli jest odwrotnością tego, w co wierzą ludzie, wiemy już od co najmniej 25 lat. W 1992 r. na podstawie uchwały ówczesnego Sejmu Ministerstwo Spraw Wewnętrznych przeprowadziło analizę dokumentów stwierdzającą, kto spośród posłów i władz rządowych współpracował z bezpieką. Trzeba było być ślepym, żeby nie dostrzec – już znacznie wcześniej – że Wałęsa cały czas, intensywnie pracuje przeciwko Polsce. Dlatego naiwnością jest twierdzenie, że Czesław Kiszczak trzymał w swoim archiwum fałszywe dokumenty.

Skoro o uwikłaniu Wałęsy we współpracę z SB było wiadomo w kręgach „Solidarności” właściwie od początku, to dlaczego pozwolono mu piąć się po szczeblach kariery związkowej i politycznej?

– Wałęsie wyrobiono taką pozycję, że właściwie sam mógł zniszczyć Polskę. I to, że Polska w okresie transformacji ustrojowej została zniszczona, to nie potrzeba na to żadnych specjalnych dowodów. W każdym mieście zniszczono jakiś przemysł – fabryki, zakłady, po których dziś już nie ma nawet śladu. Gdyby nie Lech Wałęsa, to nie pozwolilibyśmy zniszczyć sobie warsztatu pracy. Na usta ciśnie mi się opowieść z czasów wojny o szewcu, który przebił kopyto i tym samym stracił źródło swego utrzymania. Podobnie było z Polską. Wałęsa był potrzebny do tego, aby skłonić Polaków zafascynowanych Ruchem Społecznym „Solidarność” do wyrażenia zgody na likwidację ich własnych warsztatów pracy. Społeczeństwo dało sobie to wmówić i biernie patrzyło, jak na ich oczach dokonuje się ta zbrodnia. W tym celu Wałęsa był hodowany i za to był sowicie wynagradzany. Od 1970 r., a więc już blisko 50 lat, Wałęsa cały czas pracuje przeciwko Polsce. Co więcej, bierze za to ogromne pieniądze. Najpierw w 1970 r. denuncjował kolegów ze Stoczni Gdańskiej i robił to tak dobrze, że sześć lat później awansował. Właśnie w 1976 r. Wałęsa został przeniesiony na wyższy stopień agentury. Został agentem wpływu – czyli był tym, który miał organizować przyszły zaplanowany bunt robotniczy. Nie trzeba być historykiem, ale wystarczy trzeźwe spojrzenie na sprawy Polski, żeby dostrzec te fakty i powiązać je ze sobą. I bardzo wielu ludzi, jeśli nawet nie wiedziało, kim jest Wałęsa, to dostrzegało, że jego działalność i zachowania są co najmniej dwuznaczne.     

Co jest większym problemem Wałęsy, czy to, że współpracował z SB, czy to, iż w wolnej Polsce nie potrafił się do tego przyznać i przeprosić?

– Pierwszą zasadą, jaka obowiązywała tajnych współpracowników SB, było nieprzyznawanie się do jakiejkolwiek współpracy. Iść w zaparte to naczelna dewiza TW SB. I to jest najprostsze wyjaśnienie zaprzeczania Wałęsy. Oni zawierali umowę, oficer werbujący obiecywał utrzymanie tego faktu w tajemnicy i kategorycznie wymagał od werbowanego, że nigdy, pod żadnym pozorem nie przyzna się do współpracy. W innym wypadku byłaby to zdrada tajemnicy służbowej. Przykładem, który pokazuje ten mechanizm, jest raport kapłana – TW, który raportował, że spowiadał się u niego kolega – także ksiądz, który podczas spowiedzi wyznał, że jest współpracownikiem bezpieki i że zdradził tajemnicę służbową. To pokazuje, że współpraca z bezpieką w założeniu miała pozostać tajemnicą.

Czy ta zasada nadal obowiązuje byłych TW?  

– Dotychczas nie został opublikowany niezwykle bogaty materiał tzw. obyczajowy z Wałęsą.

Czy taki materiał istnieje…?     

– Wiem o tym, że taki materiał istnieje. I niewykluczone, że gdyby Wałęsa się przyznał do współpracy z SB, to odnalazłyby się filmy, taśmy i nagrania. Ponadto gdyby się przyznał, to skończyłyby się zaproszenia do „kąpieli w łazience ze złotą armaturą”. Mit Wałęsy nie istnieje, ten mit tworzą dziennikarze. Nawet gdyby Wałęsa się przyznał do współpracy z SB, to wcale nie rozwiązałoby sprawy. To są elementarne zasady ludzkiej sprawiedliwości, których nie wolno naruszać. Św. Bernard powiedział, że nie będziemy bez winy przed Panem Bogiem, jeśli będziemy przebaczać tym, których winniśmy karać. To są słowa człowieka świętego. Można powiedzieć, że wszystko, co nas spotkało po 1989 roku, byłoby prawdopodobnie niemożliwe do zrealizowania bez Lecha Wałęsy. Niemożliwy byłby do zrealizowania atak na Polaków: 30 proc. bezrobocie, autentyczna nędza, niemożliwe byłoby wyrzucenie z pracy na bruk pracowników PGR-ów, nie dając im nawet kuroniówki. Przecież to były zbrodnie na polskim Narodzie.

Tak czy inaczej w Polsce ta transformacja ustrojowa przebiegała w sposób bezkrwawy…

– Owszem, mówi się, że u nas transformacja ustrojowa przebiegała w sposób bezkrwawy, a w Rumunii zginęło 1500 górników, którzy z kilofami ruszyli na karabiny maszynowe. Tyle tylko, że nikt nie bierze pod uwagę, że w Polsce przez okres około trzech lat (według rocznika statystycznego), począwszy od 1989 r. liczba samobójstw w stosunku do czasów komunistycznych wzrosła o trzy tysiące. Polaków postawiono w sytuacji, kiedy nie mają środków na utrzymanie rodzin, targali się na swoje życie, mając nadzieję, że dobrzy ludzie zaopiekują się sierotami. Tak było np. na naszym osiedlu. Ludzie doprowadzeni do rozpaczy popełniali samobójstwa z przyczyn ekonomicznych. I za to wszystko odpowiada ta grupa, która razem z Wałęsą „reformowała” Polskę. Przecież to, że głównym ekonomistą zniszczenia Polski był Balcerowicz, to chyba nikomu nie trzeba dzisiaj tłumaczyć. Wałęsa dał mu zielone światło, a społeczeństwo mamione przez Wałęsę nie było w stanie się obronić. Teraz nawet jeśli przyznałby się do współpracy z SB, w co nie wierzę, to i tak nie naprawi krzywd, jakie wyrządził Polsce i Polakom. Ludzie mu nie wybaczą, również ci, którzy już nie żyją. Nie wybaczą mu także ci, którym odebrał dodatki za pracę w szkodliwych warunkach. Tak czy inaczej Wałęsa straciłby dużo, gdyby się przyznał, wykłady za grubą kasę itp. To jest człowiek, który jest do kupienia w każdej chwili.

Wałęsa w swoim stylu zaprzecza współpracy z SB i twierdząc, że polskie sądy są upolitycznione, nie wyklucza dochodzenia swoich racji za granicą…

– Trudno mi powiedzieć, czy Wałęsa jeszcze zajmuje uwagę ludziom, czy są zwyczajnie zmuszani przez dziennikarzy zaprzyjaźnionych mediów, którzy promując Wałęsę, nie dają mu zniknąć. A zatem jest to kwestia tego, jak silne jest lobby, któremu Wałęsa wciąż jeszcze jest potrzebny.

Są stacje komercyjne, dla których Wałęsa jest wciąż bohaterem, a nawet wręcz patronem…

– Jeżeli zrezygnujemy z mitu i spojrzymy na suche fakty, to te fakty układają się w jedną, ciągłą, logiczną całość, że Wałęsa to agent SB. Ze znanych faktów, których nie da się ukryć, wystarczy tylko przypomnieć grudzień 1970 r. i przemowę Wałęsy do protestujących z okna Komendy Miejskiej Milicji Obywatelskiej w Gdańsku, kiedy strajkujący chcieli odbić swoich aresztowanych kolegów. SB wpuściło Wałęsę na komendę, dało mu do ręki tubę, żeby przekonał robotników do odstąpienia od protestu. Od samego początku – a mówię tylko o powszechnie znanych faktach – Wałęsa sprzyjał komunistycznej władzy. W sierpniu 1980 r. po trzech dniach zerwał, poddał strajk, gdyby nie zorganizowanie Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, to wszystko skończyłoby się i nie doszłoby do powstania Ruchu Społecznego „Solidarność”. Wszystkie fakty dotyczące działalności Wałęsy układają się w żelazną logikę, te elementy układanki do siebie idealnie pasują, tworząc obraz Wałęsy – agenta SB. W kwietniu 1981 r., kiedy był największy nacisk Kremla, ażeby się zbrojnie rozprawić z „Solidarnością”, to Wałęsa publicznie w Łodzi wzywa przed wyborami związkowymi, że teraz nie potrzebni są ludzie walki, ale ludzie organizacji. I stąd mieliśmy falę naboru karierowiczów do władz związkowych. Te wszystkie fakty – jak wspomniałem – układają się w spójną całość. Kreml od dawna, od 1967 r. przygotowywał się do pieriestrojki, a więc do kontrolowanego rozpadu Układu Warszawskiego. Polskie źródła datują początek rozmyślań o rozpadzie systemu komunistycznego na rok 1968. To pokazuje, że już w latach 60. rozpoczęły się przygotowania do kontrolowanej zmiany systemu, a podstawowym wnioskiem było przygotowanie grupy, której w sposób bezpieczny i zabezpieczający interesy komunistycznej nomenklatury będzie można przekazać władzę.

Wałęsa się w to wpisuje…?

– Wałęsa się nie tylko wpisuje w ten plan. Przypomnę tylko taki fakt ze strajku w Stoczni Gdańskiej w 1980 r., kiedy ówczesny minister spraw wewnętrznych Józef Kowalczyk zatelegrafował do I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka, żeby się nie niepokoił, bo na czele strajku stoi jego człowiek. Przecież to nie jest nic nowego, bo o tym wszystkim wiemy od kilkudziesięciu lat. Mamy wszystkie dane, znamy fakty, a mimo to – w sposób dla mnie niezrozumiały – część ludzi nadal ubóstwia Wałęsę, mimo tego, iż przez cały czas współpracował przeciwko Polsce i Polakom. W tej chwili nie ma już znaczenia to, co jeszcze znajdą w teczkach, bo o osobie Wałęsy świadczą jego czyny. Wałęsa to karta bita. O jego przełożeniu na obecne wydarzenia w kraju najlepiej świadczy to, że angażując się w działalność KOD-u, nie tylko nie pomógł, ale wręcz zaszkodził. Ponieważ wielu ludziom otworzyły się oczy i zrozumieli, że ten KOD to nic dobrego, skoro za nim stoi Wałęsa. Więc nawet tu nie stanowi on żadnego zagrożenia dla Polski i dobrych przemian w naszej Ojczyźnie, które wraz z Platformą stara się torpedować.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki