Kościół w potrzasku
Poniedziałek, 16 stycznia 2017 (20:57)Chrześcijanie w Palestynie żyją w getcie stworzonym przez władze Izraela
Kolebka chrześcijaństwa, Ziemia Święta, w niedalekiej przyszłości może stać się ziemią bez chrześcijan. Media dostarczają informacji na temat konfliktu palestyńsko-izraelskiego, pomijając fakt, że w Palestynie żyją też chrześcijanie, którzy poddawani są naciskowi i restrykcjom z obu stron. Przed 1948 rokiem stanowili około 20 proc. mieszkańców Ziemi Świętej. Dziś, wskutek emigracji, stanowią niecałe 3 proc.
Wielu postanowiło nie emigrować mimo ograniczeń wolności, braku pracy oraz perspektyw na lepsze życie. Pragną umacniać wiarę w stale zmniejszającej się grupie chrześcijan palestyńskich. Wśród nich są kapłani, którzy narażając się na śmierć czy pozbawienie wolności, poświęcają życie Bogu i lokalnemu Kościołowi.
Powołania mimo trudności
Gdy cały świat chrześcijański przeżywa kryzys powołań, Palestyna cieszy się wystarczającą liczbą kapłanów. – Myślę, że przyczyną tego zjawiska są nasze parafie. W każdej z nich jest szkoła parafialna. Już małe dzieci rozpoczynają aktywne życie w Kościele. Mamy też dużo rodzin wielodzietnych, gdzie każde kolejne dziecko jest błogosławieństwem – mówi o. Jamal Khader, rektor seminarium w Beit Jala w Palestynie. Kapłani, którzy ukończyli seminarium, wysyłani są do Jordanii, Palestyny, Izraela, USA, a nawet do Zjednoczonych Emiratów, wszędzie tam, gdzie są katolicy pochodzenia arabskiego. Średnio wyświęcanych jest dwóch kapłanów rocznie.
Dzieje się tak mimo bardzo niestabilnej sytuacji politycznej i ekonomicznej na terenie Palestyny. Seminarium musi stawić czoła wielu problemom, począwszy od zaopatrzenia, a skończywszy na pokonywaniu granic. Seminarzyści, którzy pochodzą z Jordanii, muszą ubiegać się o wizy palestyńskie i izraelskie. Procedury są długie i uciążliwe. Palestyńscy seminarzyści natomiast potrzebują wiz izraelskich, by udać się np. do Jerozolimy. Jest to wielkim utrudnieniem dla funkcjonowania seminarium chociażby w czasie Wielkiego Tygodnia. Jordańscy seminarzyści mogą wjechać do Jerozolimy, ale Palestyńczycy już nie. Nawet jeśli mają zezwolenia, zdarza się często, że zostają zatrzymani na granicy izraelskiej. Nawet rektor seminarium ma problemy, by udać się do Jerozolimy. Palestyńczycy przechodzący przez izraelskie punkty kontrolne są zazwyczaj upokarzani niezależnie od tego (a może właśnie dlatego), czy są kapłanami czy nie.
Ograniczanie swobód obywatelskich, trudności z otrzymaniem wiz do Jerozolimy, aby móc uczestniczyć we Mszy Świętej – to nie jedyne upokorzenia i problemy, jakie dotykają seminarzystów i mieszkańców terenów okupowanych ze strony władz izraelskich.
– Izrael kontroluje wszystko na terytoriach palestyńskich. Kontrolują wodę. Mamy wystarczająco dużo własnej wody podziemnej, ale jest ona reglamentowana przez Izrael. Podobnie jest z energią elektryczną, która też jest reglamentowana przez władze izraelskie. Jesteśmy od nich uzależnieni, nie wolno nam mieć nawet generatorów, a ceny energii są zatrważające. Seminarium ma wielkie długi – skarży się rektor. Władze Izraela chcą, by na terytorium Palestyny pojawiały się jedynie produkty izraelskie, a one są bardzo drogie. Kontrolują więc nie tylko wodę, prąd, ale też żywność. – Wszelki import z zewnątrz przechodzi przez Izrael. To jest prawdziwa okupacja – dodaje rektor o. Jamal Khader.
Ocalony dla Boga
Jednym z tych, dla których kapłaństwo stało się sensem życia mimo przeszkód i trudności, jest Palestyńczyk Bashar Fawadleha. Historia jego powołania jest niezwykła. – Kiedy byłam w ciąży, mieliśmy umówioną wizytę na dokonanie aborcji. W nocy przyśniła mi się Matka Boża dająca mi do rąk syna. Zrobiła znak na jego czole. Zdecydowałam, że urodzę. No i miał ten znak na twarzy – opowiada matka Bashara. I mówi, że jak syn był starszy, lubił chodzić do kościoła. W niedzielę nalegał, by cała rodzina szła razem do kościoła. Chadzał też sam, nawet gdy tam nikogo nie było. Są zdjęcia, jak udaje, że odprawia Mszę Świętą Narmeen, siostra ks. Bashara, tak wspomina dziecięce lata:
– Wydaje mi się, że w Basharze było dużo wiary wyniesionej z domu, bo mama o to zadbała. Gdy byliśmy młodzi, naturalne było, że modlimy się przed snem. Mama zabierała nas do pokoju i czytaliśmy Pismo Święte. Często tłumaczyła nam, kiedy czegoś nie rozumieliśmy. Sam ks. Bashar wspomina: – Byliśmy dobrą, katolicką rodziną. W niej dojrzała moja wiara. Modliliśmy się codziennie w domu.
Chrześcijanie palestyńscy żyją w getcie, a od reszty świata oddziela ich sięgający 10 metrów mur. Sytuacja ta dramatycznie wpływa na ich kondycję materialną, społeczną i duchową. W sercach wielu rodzi się rozpacz, poczucie pustki i braku sensu życia. Do tych zrozpaczonych chce trafić ksiądz Bashar. Chce przywrócić nadzieję, chce służyć jako kapłan. – Nasz Kościół jest Kościołem nadziei. Żyje już 2000 lat, w warunkach wojny, pod okupacją, wśród zniszczeń. Dzięki nadziei mogę się rozwinąć duchowo, bo chcę miłować i przekazywać innym wiarę – dzieli się z nami ks. Bashar.
Pod izraelskim ogniem
Dzień swoich święceń ks. Bashar zapamięta do końca życia i to nie tylko dlatego, że stał się wtedy kapłanem. Tak relacjonuje tamte wydarzenia jego siostra: – Do naszego miasta wtargnęli izraelscy żołnierze. Jakiś chłopak, może dwunastoletni, przyglądał im się przez okno. Jego matka krzyknęła, żeby się schował, ale zrobiła to o sekundę za późno. Któryś z żołnierzy zabił go, strzelając mu w głowę. Dlaczego został zabity? Zginął bez powodu; tutaj wielu młodych ludzi umiera bez powodu. Księdza Bashara do dziś boli, że w dniu jego święceń ktoś niewinny został zabity kilka ulic dalej. – To daje do myślenia, z jakim miejscem jest związane moje powołanie. Gdzie powinno być moje życie. Czy powinno toczyć się w tym kraju, czy poza nim. Jednocześnie modliłem się za tych ludzi. Modliłem się, żeby okupanci uświadomili sobie, że źle robią. Że zabijają i niszczą, że ich czyny poniżają godność narodu. Już sześćdziesiąt kilka lat niszczą nasz kraj i zmuszają nas do życia bez wytchnienia i bez poczucia bezpieczeństwa.
Izrael stopniowo zabiera chrześcijanom nadzieję na lepszą przyszłość. Zabiera im gaje oliwne, ziemię, mieszkania, dostęp do wody. Dzieci nie mogą regularnie uczęszczać do szkół. Rodziny pozbawione zostają pracy i środków do życia. W obawie przed nędzą potomkowie pasterzy, którzy jako pierwsi złożyli pokłon narodzonemu w Betlejem Jezusowi, opuszczają ziemię swoich przodków. Przed kapłanami takimi jak ks. Bashar stoi ogromna praca duszpasterska i ogromne wyzwanie. Czy zdoła przywrócić choć cień nadziei tutejszym wiernym? Ksiądz Bashar ma plan swojej pracy i przesłanie. – Nie pozostaje nic innego niż wiara, nadzieja i miłość, a największa z nich jest miłość. Miłość to kochać siebie nawzajem. Nie widujemy się zbyt często, siedzimy w domach, nie wiemy, kiedy przyjdzie śmierć. W tych momentach potrzebujemy nadziei. Nasza nadzieja to wszystko, co mamy w życiu. Z tym całym zabijaniem, które się tu odbywa, czy jest nadzieja? Z tym całym zniszczeniem, czy mogę jeszcze zbudować dom? Czy mogę budować rodzinę? Życie? Formację? Kościół? W czasach, kiedy buduje się mury, czy jestem w stanie zburzyć mur i zbudować most dla pokoju? Most dialogu? Most miłości?
Teraz najważniejsze dla Kościoła w Palestynie jest to, by znaleźli się żniwiarze. Dlatego potrzebne są nowe powołania kapłańskie, ludzie, którzy by poprowadzili Kościół na tych ziemiach.
Agnieszka Dzieduszycka-Manikowska