• Sobota, 11 kwietnia 2026

    imieniny: Filipa, Leona

TNT - To Nie Trotyl

Piątek, 7 grudnia 2012 (02:08)

Od wykrycia obecności trotylu na badanych elementach wraku do stwierdzeń o wybuchu droga daleka - twierdzą pełnomocnicy rodzin smoleńskich.

W opublikowanym wczoraj komunikacie Naczelna Prokuratura Wojskowa po raz trzeci zajęła stanowisko na temat przeprowadzonych pirotechnicznych badań elementów wraku samolotu Tu-154M.

Rzecznik NPW płk Zbigniew Rzepa dokonuje wykładni środowych słów swojego szefa płk. Jerzego Artymiaka o sygnalizacji przez detektory obecności trotylu. Prokuratura tłumaczy, że "pojawienie się na wyświetlaczu użytego urządzenia napisu TNT nie jest tożsame z wykryciem trotylu." NPW podtrzymała stanowisko, że biegli pracujący wraz z prokuratorem na terenie Rosji nie stwierdzili na wraku samolotu trotylu ani żadnego innego materiału wybuchowego. A użyte przez biegłych detektory nie są wystarczające do potwierdzenia bądź wykluczenia takiej okoliczności.

- Biegli użyli detektorów wyłącznie w celu wyselekcjonowania materiału (próbek) do dalszych specjalistycznych badań laboratoryjnych - poinformował płk Zbigniew Rzepa. Jak dodał prokurator, dla stwierdzenia bądź wykluczenia obecności materiałów wybuchowych konieczne jest przeprowadzenie specjalistycznych badań laboratoryjnych. To ponad 250 pojemników z próbkami. Biegli szacują, że czas badania jednej próbki to nawet kilkadziesiąt godzin. Rzepa stwierdził, że dotychczasowe ustalenia śledztwa "nie wskazują na wybuch na pokładzie samolotu."

W ocenie mec. Bartosza Kownackiego, w sprawie stwierdzenia śladów TNT na elementach wraku samolotu Tu-154M prokuratura prowadzi politykę dezinformacyjną, a w kolejnych komunikatach zaprzecza sama sobie. Jak zauważył, samo wykrycie śladów trotylu przez urządzenia nie przesądza o zaistnieniu wybuchu, ale nie można wbrew logice utrzymywać, że trotylu nie było.

- Stwierdzenie obecności trotylu przez używane urządzenia nie oznacza, że trotyl był. Cóż, przyjmuję do wiadomości, że prokuratura przyjęła tego rodzaju logikę. Jednakże moim zdaniem, wnioski są jednoznaczne: trotyl był, ale nie wiemy, jakie są jego źródła i to trzeba wyjaśnić w dalszych badaniach. Lecz mówienie wbrew faktom, że trotylu nie było, jest dla mnie zaskakujące - podkreśla adwokat.

Według niego, nielogiczne byłoby prowadzenie szczegółowych badań w sytuacji, gdy detektory rzekomo niczego nie wykryły. Tłumaczenia śledczych nie są też spójne z relacją producenta urządzenia, który utrzymywał, że skoro urządzenie wskazuje na obecność TNT, to z dużą pewnością można stwierdzić, że ów materiał był na badanych elementach.

- Mamy w tej sprawie oświadczenie eksperta firmy produkującej te urządzenia. On wprawdzie stanął w obronie swoich urządzeń, ale trudno zakładać, że budował niewiarygodne tezy. Mam prawo mu ufać - dodaje mecenas.

Podobnie sprawę postrzega mec. Piotr Pszczółkowski. Pełnomocnik rodziny Lecha Kaczyńskiego wskazuje jednak na pewne pomijane szczegóły całej dyskusji na temat obecności śladów TNT na badanych elementach wraku. Jak zaznacza, prokuratura ujawniła zestaw używanych urządzeń i znalazły się w nim m.in. nie tylko wymieniane detektory, ale analizatory materiałów wybuchowych i narkotyków.

- Prokuratorzy w swoich relacjach jakoś pomijają te urządzenia. Być może dlatego, że nie da się bronić tezy, iż są to urządzenia "wysoce specyficzne". Tak można nadal mydlić ludziom oczy, że kropkę nad "i" postawi końcowa opinia biegłych. Tyle że jeżeli wskazań obecności TNT jest kilkaset, a błąd urządzenia jest rzędu 4 proc., to statystycznie w 96 na 100 przypadków urządzenia wykryły trotyl - zauważa.

Pszczółkowski zasadniczo zgadza się z tym, co mówił prokurator Artymiak: urządzenia wskazywały na TNT, ale dalsze wnioski winni przedstawiać eksperci je znający. - Śledczy najczęściej mają tendencję do wyciągania wniosków w kierunku stwierdzenia czegoś. Tu prokuratorzy wykazują tendencję do wyciągania wniosków rujnujących każdą tezę - dodaje mecenas Pszczółkowski.

Marcin Austyn