• Wtorek, 24 marca 2026

    imieniny: Marka, Katarzyny, Gabriela

Zamachowiec z Berlina był obserwowany przez policję

Czwartek, 22 grudnia 2016 (11:01)

Ścigany listem gończym Tunezyjczyk Anis Amri, podejrzewany o zamach na jarmarku bożonarodzeniowym w Berlinie, był od marca do września śledzony przez berlińskie służby, które nie stwierdziły jednak w jego zachowaniu nic podejrzanego – poinformował prokurator generalny Berlina.

Postępowanie wdrożono w związku z informacjami przekazanymi przez służby federalne odpowiedzialne za bezpieczeństwo – oświadczył prokurator generalny Berlina.

Uznany przez władze Nadrenii Północnej-Westfalii za groźnego dla bezpieczeństwa imigrant podejrzewany był o planowanie włamania w celu zdobycia środków na zakup broni automatycznej, która mogła być później wykorzystana do zamachu.

– Obserwacja podejrzanego nie wykazała jednak przygotowań do akcji mogącej zagrozić strukturom państwa – tłumaczył prokurator cytowany przez agencję dpa.

Z pozyskanych od agentów informacji wynikało, że Amri może być zamieszany w handel narkotykami. Tunezyjczyk brał też udział w bójce, która uznana została przez policję za konflikt wśród dilerów. Ze względu na brak przesłanek wskazujących na przygotowywanie włamania obserwację zakończono we wrześniu.

Niemiecka federalna prokuratura generalna ogłosiła w środę, że w związku z poniedziałkowym zamachem na jarmarku bożonarodzeniowym w Berlinie poszukuje urodzonego w Tunezji 24-letniego Anisa Amriego, a za pomoc w jego ujęciu oferuje nagrodę do 100 tys. euro.

Jak głosi list gończy, Anis Amri poszukiwany jest „z powodu pilnego podejrzenia o sprawstwo”. Prokuratura ostrzegła również, że w razie kontaktu z nim należy zachować ostrożność, gdyż może on dopuszczać się aktów przemocy i być uzbrojony.

Poszukiwany porwał 40-tonową ciężarówkę z polskimi numerami i wjechał nią w poniedziałek wieczorem w tłum na jarmarku świątecznym w Berlinie. W zamachu zginęło 12 osób, a 49 zostało rannych. W szpitalach na oddziałach intensywnej terapii przebywa nadal 12 ciężko rannych osób.

RS, PAP