Dziś w „Naszym Dzienniku”
Liczy się pasja
Czwartek, 1 grudnia 2016 (11:57)Z Natalią Madaj, mistrzynią olimpijską, rozmawia Piotr Skrobisz
Miała Pani po igrzyskach w Rio jeden tydzień bez spotkań, uroczystych gali, wizyt w szkołach itp.?
– (po długiej chwili zastanowienia) Chyba nie. Starałam się bowiem nikomu nie odmawiać, szczególnie jeśli rzecz tyczyła dzieci. Właśnie te spotkania z najmłodszymi, nawet przedszkolakami, były najmilsze, najpiękniejsze. Maluszki imponowały wiedzą (dziwiło mnie – i mówię to szczerze – że nikt już nie mylił wioślarek z kajakarkami, co wcześniej bywało normą), i to niewymuszoną, taką specjalnie przygotowywaną na moją czy naszą – bo zwykle jeździłyśmy razem z Magdą – wizytę, ale zadawały niekiedy zaskakujące i rozczulające pytania, np. czy mam już dzieci takie jak one, czy lubię jeść parówki, bo one bardzo lubią, czy te parówki mogą być elementem diety sportowca. Z takich spotkań wychodziłyśmy z prezentami, pięknymi tekturowymi medalami, dzieci przygotowywały dla nas specjalne okrzyki, rymowanki.
Czasu dla siebie praktycznie nie miałam, ale nie narzekałam. Olimpijskiego złota nie zdobyłyśmy przecież tylko dla siebie, ale i dla kibiców, dla Polski. Podczas tych spotkań przekonywałyśmy się, ile ono znaczyło dla innych, jak inni nas wspierali i dopingowali. Niekiedy tylko musiałyśmy odmawiać, gdy nauczyciele się nas pytali, czy damy radę w ciągu jednego dnia odwiedzić cztery szkoły… Niewykonalne. Dwie to maksimum, by poświęcić dzieciom tyle czasu, ile potrzeba.
Olimpijskie złoto wywróciło Pani życie do góry nogami?
– Wywróciło… Dawniej często zastanawiałam się, co czuje sportowiec, który kończy olimpijski bieg na pierwszym miejscu. Co myśli, mijając metę. I dziś wiem, że to takie emocje, że nie sposób je opisać. Zdobywałam już złote medale mistrzostw Europy i świata, ale euforii po wywalczeniu złota olimpijskiego z niczym nie da się porównać. Nie da się porównać wzruszenia wywołanego „Mazurkiem Dąbrowskiego”.
Jakie wspomnienie z Rio tkwi w Pani najmocniej: meta, chwila, gdy odbierałyście medale, może „Mazurek”, a może coś innego?
– Takich wspomnień jest kilka. Moment, gdy uświadomiłam sobie, że to my jesteśmy najlepsze, że zrobiłyśmy to dla siebie, bliskich, Polski. Moment, gdy zostały wywołane nasze nazwiska i wskoczyłyśmy na podium. Moment, gdy rozbrzmiał hymn. Płakałyśmy wtedy. Ale kto nie płakał (śmiech)?.
Dziękuję za rozmowę.
Drogi Czytelniku,
cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.
Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym