• Niedziela, 15 marca 2026

    imieniny: Klemensa, Ludwiki, Longina

Zima Kota?

Wtorek, 22 listopada 2016 (16:05)

Czy zbliżająca się zima, podobnie jak to było z ostatnim latem, może należeć do Macieja Kota? Dowiemy się niedługo, wszak kolejny sezon Pucharu Świata w skokach narciarskich rozpocznie się lada chwila.

O tym, że Kot jest nieprzeciętnym talentem, wiadomo nie od dziś. W zasadzie od ładnych paru już lat wszyscy, na czele z samym zainteresowanym, oczekiwali, iż krążące o nim opinie znajdą pokrycie w rzeczywistości. Kot wiedział, że stać go na dużo, że ma potencjał tak duży, by rywalizować z najlepszymi. Wiedział i podnosił sobie poprzeczkę. Wysoko. To taki typ zawodnika, który zawsze chce jak najlepiej i jak najwyżej – czy też najdalej. Nakładał na siebie presję, oczekiwał, co go przygniatało. – Za bardzo chciałem znaleźć się na szczycie, co niestety usztywnia. Za duże chęci i ambicje często nie pomagają. Z drugiej jednak strony bez nich ciężko wejść na mistrzowski poziom i tu kółko się zamyka – opowiadał.

Doszło do tego, że po bardzo nieudanym sezonie 2014/2015 Kot został „zesłany” do kadry B. W niej, pod wodzą Macieja Matusiaka, nieco odżył. – Jednych gorszy rok podłamuje i podcina im skrzydła, drugich mobilizuje do efektywniejszej pracy i wyciągnięcia konstruktywnych wniosków. Wiem, że zostały popełnione błędy, że wiele rzeczy mogłem zrobić lepiej, i żałuję, że nie zrobiłem, ale to przeszłość, której nie zmienię. Wierzę, że do powtórki nie dojdzie, sporo się w tym czasie nauczyłem – tłumaczył. Odżył, ale nie na tyle, by móc poczuć, że coś się mocno zmieniło. Było to zresztą o tyle trudne, iż ostatni sezon dla polskich skoków był ogólnie fatalny, z kilkoma zaledwie przebłyskami. Dla Kota takowymi były lokaty w drugiej dziesiątce pojedynczych konkursów Pucharu Świata czy wygrane kwalifikacje do zawodów w Ałmatach. Nadal nie można było jednak powiedzieć, że spisuje się na miarę oczekiwań i talentu.

Wszystko się zmieniło, gdy stery w reprezentacji Polski objął Stefan Horngacher. Z jego poprzednikiem, Łukaszem Kruczkiem, Kotu nie zawsze było po drodze, albo inaczej – panowie nie potrafili znaleźć wspólnej drogi, którą zwieńczyłyby sukcesy. Pod okiem Austriaka stało się to, na co Kot czekał. W pięknym stylu wygrał klasyfikację generalną Letniego Grand Prix, zwyciężając po drodze w pięciu z sześciu konkursów, w których pojawił się na starcie. Został letnim mistrzem Polski. – Trener znalazł na mnie pomysł. Otwarcie i wprost przekazał nam, jak powinien wyglądać idealny skok, a je wtedy dostrzegłem, co jeszcze muszę poprawić. Chodziło o sporo elementów, z których najważniejszym było odbicie – przyznał Kot. O swych skokach ani raz nie powiedział jednak: idealne, podkreślał natomiast, ile do takiego stanu mu brakuje. – Takie też podejście ma trener, co zresztą bardzo mi odpowiada. Po dobrym skoku lekko chwali, jednak od razu pokazuje, co jeszcze nie jest doskonałe i co wymaga korekty – dodał zawodnik.

Nowy sezon rozpocznie się lada moment, bo już w piątek. Skoczek, który rządził latem, do tej pory bardzo rzadko równie dobrze spisywał się zimą. Kot ma nadzieję to zmienić. – Nie postawiłem przed sobą żadnych hurraoptymistycznych celów. Wynika to z doświadczeń z przeszłości, gdy głośno mówiłem o swych oczekiwaniach, a gdy nie wychodziło, spalałem się. Teraz z każdego konkursu będę chciał czerpać radość i kończyć go z poczuciem zadowolenia. Jeśli tak będzie, to i wyniki przyjdą – powiedział.

Piotr Skrobisz