Rodziny nie ponaglały
Środa, 5 grudnia 2012 (02:08)Z Ewą Kochanowską, wdową po śp. Januszu Kochanowskim, rzeczniku praw obywatelskich, rozmawia Anna Ambroziak
Czytała Pani wywiad, jakiego Paweł Deresz udzielił na łamach "Faktu"?
- Z zasady nie czytuję bulwarówek, ale wątek, który wybiły portale internetowe, wzbudził moje zainteresowanie, więc zapoznałam się z tym wywiadem.
Deresz powraca do starych tez: mówi o niedostatecznym wyszkoleniu pilotów, złej organizacji wizyty, o tym, że samolot nie powinien wystartować z uwagi na złą pogodę, a tym bardziej lądować w Smoleńsku.
- To tezy dawno przebrzmiałe... A jeśli chodzi np. o złą pogodę, to nie można nie wspomnieć, że to kontroler lotów w Smoleńsku miał obowiązek zamknąć lotnisko... Ale ja już od dawna mówię, że bardzo panu Dereszowi zazdroszczę.
Zazdrości Pani? Czego?
- Zazdroszczę mu tego spokoju, tej pewności. Ja też chciałabym w ciszy i zadumie stanąć nad grobem mojego męża, mieć świadomość, że wszystko zostało wyjaśnione. Wiedzieć, jakie były przyczyny katastrofy, kto był winien... Niestety, nie jest mi to dane.
"Wcześniej czy później zostanie ujawnione nagranie amerykańskich i rosyjskich służb wywiadowczych, które - o czym jestem przekonany - potwierdzi, że w czasie rozmowy Jarosława Kaczyńskiego z Lechem Kaczyńskim padło sformułowanie "Lądujcie koniecznie w Smoleńsku"" - mówi Deresz.
- Niestety, nie mam jak pan Deresz takich znajomości w wywiadzie amerykańskim czy rosyjskim, by takie rzeczy stwierdzać czy nawet cytować. Więc nie mogę żadnych tego typu supozycji podnosić, że wiem, kto co powiedział lub ujawni.
Teraz Pani ironizuje.
- Trudno tego nie robić. Już dawno okazało się, że różnego rodzaju rzeczy, które rzekomo zostały wypowiedziane, a które rozpowszechniano - wspomnę tu choćby cytaty stwierdzające, jakoby piloci lądowali na siłę, bo taki był rozkaz pana prezydenta Kaczyńskiego, czy też kwestię obecności generała Błasika w kokpicie - nie potwierdziły się. Wywiad, jakiego udzielił pan Deresz "Faktowi", to kolejna wrzutka, która ma skierować zainteresowanie opinii publicznej - zwłaszcza tej czytającej "Fakt" (á propos, wydawany przez słynną spółkę RingierAxel Springer, która w bulwarówkach, których jest właścicielem, zajmuje się głównie tworzeniem sensacji) - w stronę nierzetelnych przekazów na temat katastrofy smoleńskiej, a tym razem winy Jarosława Kaczyńskiego. Jeszcze raz powtarzam: nie mam takich znajomości jak pan Deresz w obcym wywiadzie. Wciąż jest we mnie niepokój i przerażenie, które towarzyszą mi od samego początku.
Deresz sugeruje, że był nacisk ze strony rodzin, by jak najszybciej przewieźć ciała do kraju - stąd błędy w pochówkach. I że jest pewny tego, że szczątki jego żony spoczęły na warszawskich Powązkach. Mimo że nie identyfikował ciała w Moskwie.
- Rozumiem, że pan Deresz wypycha ze swojej świadomości to, że podobnie jak w przypadku śp. pani Anny Walentynowicz czy pani Teresy Walewskiej-Przyjałkowskiej pozostałe ciała mogły zostać zamienione. W Moskwie nie było absolutnie żadnego nacisku ze strony rodzin! Oczywiście chcieliśmy zabrać ciała naszych bliskich do kraju. Ale rodziny w żaden sposób nie artykułowały pośpiechu! Rodziny artykułowały staranność badań oraz nadzieję, że ciała zostaną zbadane w Polsce. Byłam w Moskwie, wiem, jak to wyglądało. Na identyfikacje ciał przez rodziny przeznaczono czas od poniedziałku do czwartku. Wiedzieliśmy, że wiele szczątków musi zostać poddanych badaniom DNA na podstawie materiału genetycznego, co postulowała moja córka, a pan Andrzej Melak i jeszcze kilka innych osób domagali się otwarcia trumien w Polsce.
Czego, niestety, rodzinom zakazano.
- I to jest ta podstawowa sprawa. Dlatego zazdroszczę panu Dereszowi spokoju nad grobem żony. Być może miał on w tych kwestiach jakieś szczególne względy, których inni nie mieli.
Deresz jest przekonany, że rząd zrobił wszystko, co możliwe, by ustalić przyczyny katastrofy, czego efektem jest raport komisji Millera. Oraz że niepotrzebne są żadne polemiki z teoriami spiskowymi, co zresztą podkreślał już prof. Zbigniew Brzeziński.
- Zdecydowanie mamy z panem Dereszem różne autorytety... Osoby, które wymienił, prawdopodobnie albo nie wiedzą nic bliższego na temat katastrofy, albo wiedzą to, co im przekazują oficjalne media, a już na pewno mają inne poczucie humoru niż ja. Dla mnie jest absolutnie nie do przyjęcia widok roztrzaskanego w drobny mak samolotu, ciał odartych z odzieży i rozczłonkowanych ponad wszelkie ludzkie wyobrażenie jako wynik rozbicia się samolotu o drzewo. Kompletnie nie mam zaufania do komisji Millera, która straszliwie obnażyła swoje braki - w uwagach do raportu MAK komisja sama przyznaje, że nie dysponowała podstawowymi dokumentami i dowodami w sprawie. Lista tych zaniedbań jest tak długa, że trudno mieć jakiekolwiek zaufanie do tego raportu. Ogromną sprawność rząd wykazał tylko w próbach zakończenia kwestii smoleńskiej: w pospiesznych pogrzebach, w ukrywaniu niewygodnych faktów, które wychodzą teraz na jaw i jeszcze bardziej przerażają. Okazuje się, że nasi prokuratorzy do wielu rzeczy nie mieli dostępu. Chociażby ta słynna brzoza, którą teraz się bada. Jeżeli zachodziły podejrzenia, że uderzenie samolotu w drzewo było przyczyną tragedii, to takie badania powinny być zrobione tuż po katastrofie! A są robione po dwóch i pół roku. A skoro prokuratura podjęła się tych badań, to coś musiało ją na to nakierować. Może weryfikacja tezy o nienaturalnym rozpadzie samolotu? Niewątpliwie zachodzą pewne okoliczności, o których nie wiemy, a pan Deresz ma spokój w sercu i rozumie, co jest - powiedziałabym - godne pozazdroszczenia.
Prokurator ma przywieźć dzisiaj próbki pobrane z wraku Tu-154M. Wszystko dzieje się po ponad dwóch latach od tragedii.
- Dlatego korzystna była dymisja naczelnego prokuratora wojskowego Krzysztofa Parulskiego, który zaniedbał wiele spraw u zarania badań przyczyn katastrofy. W tej chwili prokuratorzy referenci starają się wiele aspektów tej tragedii wyjaśnić, natomiast mają pewne ograniczenia wynikające stąd, że dowodami rzeczowymi dysponują Rosjanie. Nasi śledczy są uzależnieni od tego, co przechodzi przez maszynkę rosyjską. Musimy mieć tego świadomość.
Deresz twierdzi, że tragedia smoleńska jest wykorzystywana do politycznych rozgrywek, w czym wiodą prym Antoni Macierewicz i Jarosław Kaczyński.
- Nie chciałabym być niedelikatna, ale chciałabym tu dokonać pewnego porównania. Samobójczą śmiercią posłanki Barbary Blidy zajmowała się komisja sejmowa - nie zespół parlamentarny - przez dwa lata. Komisja zakończyła się wnioskami, które od początku sugerował pan Kalisz - ale to pozostawmy. Do badania wielkiej tragedii narodowej polski Sejm nie zdobył się nawet na to. To, że Macierewicz podjął się tej sprawy, to jest wielkie z jego strony poświęcenie. Ta ilość inwektyw i kłamstw, która się na niego wylewa z tego powodu, świadczy o tym, że zrobił dobrze. Sprawa smoleńska to jest wielka sprawa polityczna! Trudno, by nie była podnoszona w dyskusjach polityków! Dlatego ekipa rządząca powinna była dołożyć największej staranności w wyjaśnianiu tej tragedii. Tak się jednak nie stało. Nad czym niezmiernie boleję.
Sądzę, że zgodzi się Pani tylko z jedną tezą podnoszoną przez Pawła Deresza - że prokuratura powinna szerzej informować rodziny o wynikach postępowania...
- Sprawa ta była podnoszona na ostatnim spotkaniu rodzin w Sejmie. Jak również kwestia szatkowania postępowania smoleńskiego - poszczególne wątki śledztwa są wydzielane, traktowane odrębnie, bez dostępu do szerokiego tła. Rodziny powinny mieć szerszy dostęp do akt śledztwa - dlatego uprawomocniliśmy pełnomocników do badania wycinków śledztwa niekoniecznie przyporządkowanych danej rodzinie.