Sojusznik Polski Trump
Środa, 9 listopada 2016 (21:25)Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem i wykładowcą akademickim oraz członkiem Kapituły Orderu Odrodzenia Polski, rozmawia Rafał Stefaniuk.
Amerykanie zdecydowali – Donald Trump został prezydentem Stanów Zjednoczonych. Jakie ma Pan Profesor nadzieje wobec prezydenta elekta?
– Pamiętajmy, że Stany Zjednoczone to kluczowy kraj dla losów świata, a w szczególności jego zachodniej części. Pewne wydarzenia kulturowe i polityczne, które tam się dzieją, odnajdują swoje echo w całej przestrzeni politycznej. Pomijając aspekt zdania Donalda Trumpa o NATO i Rosji, to z pewnością wybór Amerykanów jest protestem przeciwko pochodowi politycznej poprawności. Pamiętajmy, że od zachodniego establishmentu wychodzi wiele pomysłów sprzecznych z zasadami naszej cywilizacji. I tak mocno promowane są wstrząsy multikulturalne, co objawia się w masowej migracji. Stany Zjednoczone mają decydujący głos w ONZ, a organizacja ta, w ostatnich latach, stała się jedną z tub walczących o legalność aborcji. Swoje uwagi w tej sprawie Organizacja zgłaszała też w stosunku do Polski, uważając aborcję za podstawowe prawo człowieka. Teraz cały lewicowy świat z przerażeniem patrzy na to, co się dzieje w USA. Jeżeli mam ocenić konsekwencje wyboru Amerykanów, to liczę na to, że skutki prezydentury Trumpa dla kultury świata Zachodu będą pozytywne, bo ten świat jest w gigantycznym kryzysie. Niektórzy twierdzili, że jeżeli wygra Hillary Clinton, to będziemy szli tym samym torem i dzięki temu kryzys będzie niezauważalny. Kryzys jest bardzo głęboki i dotyczy on podstaw kultury. Lewica obawia się teraz utraty swoich wpływów. Zauważmy, że kwestie sondażowe dokładnie oddawały to, co działo się w Polsce w 2015 r. – sondaże co innego, a wyniki co innego. Główne media, grupy wpływów, celebryci – wszystko to szło w zupełnie innym kierunku niż ostateczny głos Amerykanów. Jest to więc bunt i daj Boże, żeby z niego wyszło odrodzenie. Bo to leży też w naszym interesie.
Na ostatniej prostej kampanii prezydenckiej Trump spotykał się z przedstawicielami Polonii. Co to oznacza dla Polski i naszych rodaków w USA?
– Należy mieć nadzieję, że kwestia wiz zostanie wreszcie uregulowana. Dla Trumpa problem emigracji nie kojarzy się z Polską, a bardziej z krajami islamskimi i latynoskimi. Możemy więc oczekiwać komunikacyjnego ułatwienia. Bo obowiązek starania się o wizę do Stanów jest kuriozum. Spotkanie z Polonią jest więc sygnałem, że jest on otwarty na problemy Polaków mieszkających w USA.
Panie Profesorze, ale czy poszczególni kandydaci na urząd prezydenta USA nie traktują nas przedmiotowo? Przecież sprawa wiz dla Polaków jest ponawiana podczas kolejnych wyborów, a prezydent Franklin Roosevelt, gdy ważyły się losy granic Polski podczas II wojny światowej, na potrzeby kampanii zrobił sobie zdjęcie z mapą II Rzeczpospolitej w tle.
– W Stanach Zjednoczonych kluczowym argumentem jest siła. Niestety nasi rodacy nie są zmotywowani i zorganizowani tak, aby być odbierani jako znacząca siła i ty samym zmusić administrację amerykańską do konkretnych działań. W czasie I wojny światowej było zupełnie inaczej, dlatego mogliśmy wymóc na prezydencie Woodrow Wilsonie bardzo daleko idące deklaracje co do niepodległości Polski. Czasy komunizmu, a także te współczesne doprowadziły pozycję Polonii do ruiny. Teraz przed dyplomacją polską stoi wyjątkowo trudne zadanie – odzyskania utraconych wpływów. Jeżeli będzie to dobrze zorganizowana siła, mówiąca jednym głosem, wyrażająca swoje aspiracje i interesy to wtedy będziemy się liczyć. Ale gdy dalej będziemy podzieleni, to wtedy będą padać różne obietnice, ale z ich realizacją będzie źle.
Kancelaria Prezydenta Andrzeja Dudy na każdym kroku podkreśla sukces ostatniego szczytu NATO. Ale czy nowy prezydent USA nie wycofa się z jego postanowień? Takie przypadki były nam znane w historii…
– Oczywiście, zmiana stanowiska jest możliwa. W historii dotyczyło to tak samo republikanów, jak i demokratów. Ciągle świeża w naszej pamięci jest sprawa, gdy Barack Obama w 2009 r. zrezygnował z rozmieszczenia elementów tarczy antyrakietowej na terytorium Polski. Wtedy to Hillary Clinton była sekretarzem stanu. Za czasów prezydentury Donalda Trumpa trzeba się liczyć ze zmianą stanowiska USA – tak może być, ale nie musi. Jak wiemy, w polityce zagranicznej Ameryki pojawiają się stałe elementy. Teraz świat, a szczególnie świat zachodu wkracza w epokę destabilizacji. Trzeba więc wzmacniać swoje siły i przede wszystkim liczyć na siebie, a już zwłaszcza w sprawach obronności. Dziś stawiamy pytania o przyszłość NATO, a jutro możemy zastanawiać się nad przyszłością Unii. Zwycięstwo Donalda Trumpa ośmieli siły antyestablishmentowe w Europie do tego, aby z większym animuszem iść do wyborów, a to już zupełnie zmienia pewne konfiguracje. Dlatego nade wszystko trzeba myśleć o własnej sile obronnej i o konfiguracjach środkowoeuropejskich, a także liczyć się z różnymi scenariuszami wydarzeń. Nie można systemu bezpieczeństwa opierać na jednym wariancie – obecności Amerykanów w Polsce. To nie może tak wyglądać, bo tak objawia się słabość.
Prominentni politycy z Unii Europejskiej – Jean-Claude Juncker, Martin Schulz czy Francois Hollande – wprost poparli Clinton w wyborach prezydenckich. Poparcie to często odbywało się poprzez ataki na Donalda Trumpa. Jak oceniłby Pan taką postawę?
– Elity Unii Europejskiej są częścią międzynarodówki nowej lewicy. (To określenie jest oczywiście umowne). Otwarte wspieranie Clinton jest swego rodzaju ingerowaniem w wewnętrzne sprawy suwerennego państwa. Z perspektywy polityki uprawianej przez poważne podmioty jest to rzecz niedopuszczalna. Do tych sytuacji mogło dojść bo pewne powiązania polityczne opierają się – jak wspomniałem wcześniej – na zasadach międzynarodówki. My to odczuwamy na własnej skórze po zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości, a nawet podczas kampanii wyborczej. Tak to wygląda, bo jest to system naczyń połączonych. Establishment unijny świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że Trump choć jest daleko, bo za oceanem, może uruchomić domino zmian w świecie Zachodu.
Robienie złej atmosfery wokół Donalda Trumpa podczas kampanii wpłynie na budowanie relacji Unia – Stany Zjednoczone?
– To wszystko oparte jest o pragmatyzm. Kiedy kilka dni temu słuchaliśmy, jaka retoryka pojawiała się na linii Trump – Clinton, to ogarniał nas strach. Dzisiaj już widzimy, że ciśnienie opadło i język znacznie się zmienił. Decydenci unijni zdają sobie sprawę, że Ameryka może sobie inaczej rozłożyć wektory działań globalnych i ideologicznych. Pamiętajmy, że walka ideologiczna idzie przed polityką międzynarodową. Tak poważne zachwiane w USA może doprowadzić do zachwiania wewnątrz Unii. Ta nachalna ingerencja w wybory Amerykanów jest oburzająca, ale taka jest rzeczywistość. Funkcjonujemy w takich, a nie innych układach międzynarodowych, a istnienie międzynarodówek jest ich częścią.