Tyle czekaliśmy, to poczekamy jeszcze trochę
Wtorek, 25 października 2016 (05:24)Z Marianem Kokoszką, przewodniczącym Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” w PZL Mielec, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Min. Antoni Macierewicz, odnosząc się do fali komentarzy po zakończeniu negocjacji z Francuzami w sprawie zakupu śmigłowców Caracal, stwierdził, że część mediów i polityków lobbuje za obcymi, a nie polskimi interesami. Skomentuje Pan tę wypowiedź…?
– No cóż, min. Antoni Macierewicz ma rację. Tak to niestety wygląda. Jako pracownicy Polskich Zakładów Lotniczych w Mielcu decyzję polskiego rządu o zakończeniu tego przetargu oraz deklarację szefa MON o tym, że zakupi śmigłowce nie za granicą, a w polskich firmach, przyjęliśmy z zadowoleniem. To satysfakcjonująca, a zarazem długo oczekiwana przez nas decyzja. Wracamy do gry, mając w naszej ofercie niezawodny i sprawdzony nasz produkt śmigłowiec Black Hawk. Ta decyzja – mam nadzieję – sprawi, że firmy, które działają na terytorium Polski, które zatrudniają polskich pracowników, które tu płacą podatki, będą beneficjentami tego przetargu. W zasadzie był to jeden z głównych argumentów – oczywiście poza klasą oferowanych przez nas śmigłowców, aby sprzęt, który będzie na wyposażeniu Wojska Polskiego był produkowany w Polsce. Poprzednia władza PO – PSL była głucha na nasze słuszne żądania. Natomiast teraz spotkało się to ze zrozumieniem, co zaowocowała decyzjami obecnego rządu.
Czego po nowym przetargu oczekuje mielecka załoga? Czego nie było wcześniej?
– Przede wszystkim zależy nam na tym, aby wszystkie podmioty, które przystąpią do przetargu śmigłowcowego, zostały potraktowane w ten sam sposób, na równych zasadach. I muszę powiedzieć, że w zasadzie ten wymóg min. Macierewicz już zrealizował, zapraszając do negocjacji z tzw. wolnej ręki wszystkich trzech oferentów, którzy startowali w poprzednim przetargu – wówczas niestety nie na równych dla wszystkich zasadach. Teraz czekamy na rzetelne rozstrzygnięcie tych negocjacji.
Czy PZL Mielec są gotowe?
– Strategia PZL Mielec – realizowana już od dłuższego czasu, pokazująca zalety i niezawodność śmigłowców Black Hawk podczas wojen i misji różnego rodzaju, ta strategia jest wciąż aktualna. Myślę, że oferowany przez nas produkt w całej rozciągłości spełni oczekiwania odbiorcy i w efekcie „czarny jastrząb” znajdzie swoje miejsce w Wojsku Polskim. O tym, że jest to sprzęt niezawodny, świadczy też fakt, że znajduje się na wyposażeniu wielu armii i państw na całym świecie.
Do niedawna PZL Mielec i PZL Świdnik łączyła jedna sprawa, a mianowicie powtórzenie procedury przetargowej. Czy nie obawia się Pan, że teraz rywalizacja będzie budzić zgoła inne emocje?
– W tym przetargu jest miejsce dla wszystkich. Jestem przekonany, że to sformułowane przez rząd PO – PSL kryterium jednej platformy śmigłowcowej było błędem. Zresztą wskazywaliśmy na to od samego początku, ale byliśmy ignorowani przez to środowisko polityczne. Natomiast dzisiaj – jak widać – obecny szef MON Antoni Macierewicz idzie w kierunku pozyskania śmigłowców, które spełniałyby kryteria w zależności od przeznaczenia tego sprzętu i tego, gdzie ma być on ulokowany. I tutaj szanse ma PZL Mielec i oczywiście PZL Świdnik. Jak mniemam, również Airbus Helicopters nie ma zamkniętej furtki.
Czy i ewentualnie jaki efekt – już teraz – wywołała w Mielcu decyzja resortu rozwoju o zamknięciu negocjacji z Francuzami i deklaracje min. Macierewicza?
– Tak jak już powiedziałem, z uznaniem i wdzięcznością przyjęli tę decyzję pracownicy PZL Mielec. To na nowo obudziło w załodze nadzieje. Wszyscy liczymy, że Black Hawk trafi na wyposażenie polskich Sił Zbrojnych. Jeśli zamówienie trafi także do PZL Mielec, to pozwoli zatrudniać kolejnych pracowników nie tylko w Mielcu, ale również w wielu innych zakładach Doliny Lotniczej skupiającej zakłady usytuowane na obszarze południowo-wschodniej Polski.
Nie jest przecież tajemnicą, że przed rokiem w efekcie odrzucenia oferty PZL Mielec z firmą pożegnało się blisko pięćset osób. Czy teraz jest szansa, że przynajmniej część będzie mogła wrócić do pracy…?
– Zwolnienia oczywiście nie były podyktowane jedynie faktem wyautowania nas z przetargu śmigłowcowego, ale z całą pewnością ta decyzja przyczyniła się do redukcji zatrudnienia. Teraz z uwagi na to, że w tym roku będziemy montować jeszcze więcej kabin do Black Hawków oraz w związku z deklaracją min. Macierewicza o zakupie przez Polskę tych śmigłowców nasza firma w najbliższym czasie zatrudni około stu pracowników. Można zatem powiedzieć, że jest to po części pierwszy pozytywny efekt decyzji rządu Prawa i Sprawiedliwości. Teraz czekamy na kolejne.
Prokuratura i CBA mają się przyjrzeć procedurze przetargowej. Pamiętam z naszych wcześniejszych rozmów, że jako przedstawiciel strony społecznej miał Pan szereg zastrzeżeń do sposobu, w jaki ten przetarg przebiegał?
– Mam nadzieję, że te postępowania odsłonią kulisy przetargu. Mam tu na myśli zarówno to, jak wyglądało określanie zasad, kryteriów, jak i w ogóle całej procedury związanej z decyzją o wyłonieniu do fazy testów tylko jednego oferenta – francuskiego Airbus Helicopters. Pan o tym doskonale wie, bo przecież rozmawialiśmy na ten temat wielokrotnie, że jako strona społeczna wskazywaliśmy, iż te procedury nie były jasne i czytelne. Nie przesądzając faktów, mam nadzieję, że teraz kulisy tego postępowania ujrzą wreszcie światło dzienne i odpowiednie służby państwowe do tego powołane potwierdzą nasze przypuszczenia. Jeśli tak się stanie, to Polacy się dowiedzą, dlaczego właśnie oferta Francuzów była tak hołubiona przez koalicję PO – PSL.
Zaskoczyła Pana wypowiedź Aleksandra Kwaśniewskiego o rzekomym dealu, który mógł mieć miejsce przy tym przetargu śmigłowcowym?
– Były prezydent Aleksander Kwaśniewski autorytetem oczywiście nie jest, ale jego wypowiedź – niezwykle szczera – świadczy, że nawet w tym lewicowym obozie te wątpliwości, na które wskazywaliśmy w ubiegłym roku, nazywając ten przetarg śmigłowcowy przekrętem, nie są odosobnione. Zobaczymy, czy te nasze przypuszczenia się potwierdzą. A zatem poczekajmy cierpliwie na wyniki postępowań prokuratury i CBA. Myślę, że mogą być one bardzo ciekawe.
Czy ma Pan coś konkretnego na myśli…?
– Trudno być odkrywcą tego, o czym już od dawna się mówi w mediach, ale też w środowiskach polityków – chyba nie tylko polskich, że mogła być to transakcja wiązana. Jeśli rzeczywiście potwierdziłoby się, że kontrakt dla Francuzów miał być formą rewanżu czy też rekompensaty za stanowisko Donalda Tuska w Brukseli, czy za rezygnację Francuzów z dostarczenia Rosji zamówionych okrętów desantowych Mistral, to byłby to skandal. Myślę, że będzie to trudne do udowodnienia, co nie oznacza, że niemożliwe. Jak to w życiu bywa, z czasem na światło dzienne będzie wychodzić coraz więcej faktów odsłaniających kulisy tego przetargu.
O czym może świadczyć utyskiwanie polityków Platformy, ale też niektórych mediów nad rzekomo skrzywdzonymi Francuzami?
– Jakoś dziwnym trafem, kiedy rząd Platformy ustami ówczesnego prezydenta Bronisława Komorowskiego ogłaszał wybór caracali, to nikt z tego środowiska nawet się nie zająknął, że jest to mocny impuls dla francuskiego przemysłu, a tym samym utrzymywanie miejsc pracy nie w Polsce, ale we Francji. Kiedy były zwolnienia w Mielcu czy w Świdniku też nie specjalnie wywoływało to zainteresowanie mediów, a już tym bardziej polityków koalicji PO – PSL. Dlatego wylewane dziś żale przez te środowiska uzasadniają pytanie, czy nie mieliśmy do czynienia z lobbingiem części polityków i mediów właśnie za obcymi interesami. Osobiście nie mam wątpliwości, że tak było, ale wyjaśnienie tych wszystkich kwestii i potwierdzenie tych przypuszczeń to już zadanie dla służb. Skoro tyle czekaliśmy, to poczekamy jeszcze trochę.