• Niedziela, 15 marca 2026

    imieniny: Klemensa, Ludwiki, Longina

Tak przegrać to nie wstyd

Wtorek, 18 października 2016 (23:04)

Piłkarze Legii Warszawa przegrali w Madrycie z Realem 1:5 w meczu trzeciej kolejki Ligi Mistrzów, ale wstydu nie przynieśli. Co więcej, gdyby wykorzystali swe szanse, mogli rywali nawet postraszyć.

Wynik jest wysoki, to fakt, ale to nie była ta sama Legia, która na inaugurację Champions League została upokorzona przez Borussię Dortmund. Warszawianie zagrali na Santiago Bernabeu bez kompleksów, z wielkim sercem i pasją, pokazując przy okazji kilka naprawdę niezłych akcji. I wreszcie strzelili gola i mogli, i powinni strzelić ich więcej.

Choćby w 11. minucie Vadis Odjidja-Ofoe. Belg, jeszcze przy stanie 0:0, znalazł się w idealnej sytuacji. Wydawało się, że musi zdobyć bramkę, ale trafił w słupek. Choćby w 36. minucie, przy wyniku 2:1, gdy Michał Kucharczyk był na czystej pozycji, lecz źle podkręcił piłkę i ta przeleciała w sporej odległości od słupka – a okazja była z gatunku tych niemal stuprocentowych.

Jak wykorzystuje się takie szanse, pokazał w 16. minucie Gareth Bale. Walijczyk bardzo ładnie, dokładnie przymierzył z kilkunastu metrów, nie dając szans Arkadiuszowi Malarzowi. Chwilę później Tomasz Jodłowiec interweniował tak niefortunnie po strzale Marcelo, że wpakował piłkę do własnej bramki. Niektórzy obawiali się, że kolejne gole będą kwestią czasu i Legia zostanie w Madrycie rozbita totalnie. Ale wkrótce było 2:1! Miroslav Radovic, niezwykle aktywny, został sfaulowany w polu karnym i sam trafił z jedenastu metrów. W ten sposób warszawianie zdobyli pierwszego gola w tegorocznej edycji Ligi Mistrzów. Potem szansę na wyrównanie miał Kucharczyk, a kilkadziesiąt sekund po tym, jak legionista fatalnie przestrzelił, Real przeprowadził popisową akcję, Cristiano Ronaldo wystawił piłkę Marco Asensio, a ten bardzo sprytnym strzałem pozbawił podopiecznych Jacka Magiery złudzeń.

Legia grała jednak całkiem przyzwoicie. Z pomysłem, jakimś taktycznym planem, realizowanym przez piłkarzy. Real oczywiście dominował, ale mecz nie przypominał błagania o litość i łagodny wymiar kary. W drugiej połowie Hiszpanie zadali jeszcze dwa ciosy. Najpierw po akcji rezerwowych Alvaro Moraty i Lucasa Vazqueza ten drugi płaskim strzałem z woleja pokonał Malarza, a w końcówce, po kapitalnym zagraniu Ronaldo, wynik ustalił sam Morata. 5:1 to oczywiście wynik wysoki, dotkliwa porażka, ale pamiętajmy, z kim Legia dziś grała. Pamiętajmy też, jak się zaprezentowała i że podjęła walkę. Za to należą jej się brawa.

W drugim meczu grupy F Sporting Lizbona przegrał u siebie z Borussią Dortmund 1:2 (0:2). Honorowego gola dla gospodarzy zdobył w 67. minucie Bruno Cesar, dla gości trafiali Pierre-Emerick Aubameyang (9) i Julian Weigl (43).

Real Madryt – Legia Warszawa 5:1 (3:1). Gareth Bale (16), Tomasz Jodłowiec (20. – samobójcza, Marco Asensio (37), Lucas Vazquez (68.), Alvaro Morata (85.) – Miroslav Radovic (22. – karny). Sędzia: Ruddy Buquet (Francja). Widzów: 65 535. Żółte kartki: Real – Cristiano Ronaldo; Legia – Thibault Moulin, Miroslav Radovic.

Real: Keylor Navas – Danilo, Pepe, Raphael Varane, Marcelo – Marco Asensio (79. Mateo Kovacic), Toni Kroos, James Rodriguez (63. Lucas Vazquez) – Gareth Bale (64. Alvaro Morata), Karim Benzema, Cristiano Ronaldo.

Legia: Arkadiusz Malarz – Bartosz Bereszyński, Jakub Rzeźniczak, Jakub Czerwiński, Adam Hlousek – Guilherme (74. Waleri Kazaiszwili), Tomasz Jodłowiec, Thibault Moulin (81. Michał Kopczyński), Vadis Odjidja-Ofoe, Michał Kucharczyk – Miroslav Radovic (74. Nemanja Nikolic).

Piotr Skrobisz