• Niedziela, 15 marca 2026

    imieniny: Klemensa, Ludwiki, Longina

Łysenko... czyli historia pewnego oszustwa

Środa, 12 października 2016 (20:50)

Tatiana Łysenko mnie okradła – te zdecydowane słowa Anity Włodarczyk, od wtorku dwukrotnej mistrzyni olimpijskiej w rzucie młotem, najdobitniej świadczą o tym, co sądzi o dopingowej (kolejnej) wpadce swej onegdaj najgroźniejszej rywalki.

Włodarczyk w ciągu ostatnich dwóch miesięcy dokonała rzeczy nadzwyczajnej, bo w jednej i tej samej konkurencji zdobyła dwa złote medale olimpijskie. Wpierw normalnie, wygrywając w niewiarygodnym stylu, z nowym rekordem świata, konkurs w Rio de Janeiro. We wtorek pani Anita dowiedziała się natomiast, że otrzyma złoto za zawody sprzed czterech lat, w Londynie.

Zajęła wówczas drugie miejsce. Wyprzedziła ją jedynie Łysenko, za którą ciągnęła się dopingowa przeszłość. W latach 2007-2009 w ogóle nie startowała, zawieszona za stosowanie zakazanych specyfików. Do sportu wróciła i choć budziła kontrowersje, nikt nie zakazał jej startu w Londynie. Tam okazała się najlepsza, podobnie jak rok później podczas mistrzostw świata w Moskwie.

Niektórzy zwracali jednak uwagę na pewną osobliwość tyczącą jej przygotowań do najważniejszych imprez. Mniej więcej na dwa miesiące przed nimi oficjalnie łapała kontuzje i przestawała startować w zawodach. Gdzieś się zaszywała i robiła… właściwie tylko ona sama i jej otoczenie wie co. Wracała na imprezy docelowe, najważniejsze, jak igrzyska oraz mistrzostwa świata. Na nich prezentowała się rewelacyjnie, przerzucała konkurentki, a już kilka tygodni później uzyskiwała dużo słabsze wyniki. Budziło to wątpliwości, pojawiały się głosy, że to nienormalne, że za takim zachowaniem coś musi się kryć, ale Rosjanka testy przechodziła.

Teraz jednak potwierdziło się, że za jej sukcesami – przynajmniej tym w Londynie – stało zwykłe oszustwo. Droga na skróty. Ponownie przebadane próbki, jakie zostały wówczas od niej pobrane, wykazały obecność w organizmie zawodniczki zakazanego sterydu o nazwie turinabol. MKOl w trybie natychmiastowym zwrócił się do IAAF, czyli federacji lekkoatletycznej, o korektę wyników i pozbawił Łysenko złotego medalu olimpijskiego. A jako że to druga jej podobna wpadka – zostanie zapewne dożywotnio zdyskwalifikowana, bo taka kara jest stosowana wobec recydywistów. W ten sposób złoty medal olimpijski za rywalizację w Londynie trafi, po czterech latach, w ręce Włodarczyk.

Polka nie ukrywała, że takiego scenariusza – przynajmniej jeśli chodzi o historię Rosjanki – się spodziewała i to od dawna. Co więcej, Włodarczyk przyznała, że pewne osoby prawdopodobnie wiedziały o tym, że Rosjanka bierze doping, lecz sprawę tuszowały. – Pewności oczywiście nie mam – podkreśliła jednak. O swej byłej najgroźniejszej rywalce mówi wprost – oszustka.

Wracając do Łysenko – rosyjska dopingowiczka w dość osobliwy i niecodzienny sposób reagowała na pisma i doniesienia pytające, a potem potwierdzające stosowanie przez nią dopingu. Przez miesiące odsyłała je zdecydowanie do adresatów, oburzona, że ktoś próbuje burzyć jej domowy spokój, bo przecież „opiekuje się małym dzieckiem”. W końcu, postawiona pod ścianą, ogłosiła, że nie zgadza się z wynikami próbki pobranej od niej w Londynie. Miało to miejsce kilka miesięcy temu. Osobiście, w cztery oczy, z przedstawicielami MKOl ani agencji antydopingowych się jednak nie spotkała, bo nie znalazła czasu. Zajmowała się dzieckiem…

Piotr Skrobisz