Zmiany w Europie tak, ale w czasie
Piątek, 16 września 2016 (20:47)Z dr. Andrzejem Zapałowskim, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Czy dzisiejszy nieformalny szczyt Unii Europejskiej w Bratysławie – jak liczy szef Rady Europejskiej Donald Tusk – ma szanse stać się przełomowym?
– Osobiście, bardziej określałbym jako szczyt, na którym poszczególne państwa Unii Europejskiej będą się starały ostudzić wzajemne napięcia. Przypomnę, że w ostatnich tygodniach wielu ważnych polityków europejskich przeprowadziło na siebie nawzajem szereg ataków i teraz muszą usiąść, spojrzeć sobie w oczy i poszukać kompromisu. Przełomowy zatem ten szczyt nie będzie. Z jednej strony państwa Grupy Wyszehradzkiej nie są gotowe, przynajmniej na tę chwilę, do formalnej konfrontacji z Brukselą, a z drugiej bardzo trudna sytuacja kanclerz Angeli Merkel we własnym kraju będzie studziła jej zapędy, aby nie otwierać i nie pogłębiać nowych obszarów konfliktów wewnątrz UE.
Państwa m.in. Grupy Wyszehradzkiej chcą jednak większego wpływu na decyzje Unii. Czy to realne oczekiwania?
– To jest na razie deklaracja pewnej części państw UE. Istotne tu będą dopiero zbliżające się w 2017 r. wybory parlamentarne w Niemczech, ale również w tym samym roku wybory prezydenckie we Francji. I tutaj może dojść do istnej rewolucji. Przed tymi wydarzeniami nikt nie będzie zmieniał traktatów unijnych.
Czy ten szczyt został dobrze przygotowany przez Donalda Tuska, który odbył tournée po wszystkich krajach, ale co podkreśliła wczoraj premier Beata Szydło, nie udało się wypracować przed spotkaniem w Bratysławie wspólnego stanowiska państw członkowskich Unii…
– Donald Tusk jest coraz bardziej obserwatorem tego, co się dzieje w UE, niż animatorem unijnej polityki. Jego podróże mają bardziej na celu zorientowanie się w zamiarach i nastrojach, jakie panują w poszczególnych państwach i rządach, niż negocjowanie czegokolwiek.
Wspólne stanowisko w sprawie na szczycie przedstawi Grupa Wyszehradzka. Czy Europa narodów ma szanse w starciu z wizją głębszej integracji narzucanej przez Niemcy i Francję?
– Na razie trwa pośrednia ofensywa Niemiec mająca na celu zastraszenie i rozbicie Grupy Wyszehradzkiej, gdyż „bunt” czterech państw dotyczy nie tylko obszaru UE, ale strefy głównie Mitteleuropy – według Niemców pasa państw od Bałtyku po Bałkany, które byłyby poddane dominacji niemieckiej czy też niemieckim wpływom gospodarczym i politycznym. I to jest dla Berlina wprost egzystencjonalny problem państwowy.
Co jest w tej chwili kluczową sprawą, z którą nie tylko powinna, ale wręcz musi się zmierzyć i rozwiązać UE?
– Na dzisiaj są dwie takie palące kwestie. Po pierwsze, wstrzymanie presji migracyjnej na Europę, a po drugie, już nie zwiększenie bezpieczeństwa wewnętrznego, a wprost bezwzględna rozprawa ze środowiskami terrorystycznymi w Europie i ich zapleczem. Trzeba też podkreślić, że obecne problemy i podziały w Unii wynikają wprost z wieloletniego bagatelizowania tych problemów, które teraz odbijają się czkawką.
To nieformalny szczyt, a więc – jak Pan zaznaczył – trudno się spodziewać wiążących decyzji, po co więc to całe spotkanie?
– Samo to, że jest on nieformalny, wskazuje, iż nie zapadną tam wiążące decyzje. Jest to z jednej strony tak, jak powiedziałem, a więc próba zahamowania dalszych napięć w UE, a z drugiej odniesienie się do problemów i stosunku do Rosji i Ukrainy. Gospodarz szczytu w Bratysławie, premier sprawującej prezydencję Słowacji Robert Fico nie ukrywa, iż jego kraj chce zacieśnienia współpracy z Moskwą, zresztą w tym celu przed miesiącem przeprowadził na Kremlu rozmowy z prezydentem Putinem. Z drugiej strony państwa tzw. starej Unii masowo omijają sankcje i tolerują zacieśnianie naukowych i biznesowych kontaktów z Moskwą, a nawet Krymem. Bruksela zdaje sobie sprawę, iż nie ma pieniędzy na ratowanie Ukrainy. Finansowe kroplówki nie rozwiązują problemu w tym kraju, zwłaszcza że zima może zintensyfikować napięcia.
Niemcy, Francję, Holandię czekają wybory. Czy ewentualna zmiana władzy w tych krajach może pozytywnie wpłynąć na zmianę podejścia tych krajów i całej UE do kryzysu migracyjnego, ochrony granic czy kwestii gospodarczych?
– Nie ma, co ukrywać, że Europę i samą Unię czeka w najbliższych latach renesans upodmiotowienia poszczególnych narodów. Obserwując to, co się dzieje w Wielkiej Brytanii, Belgii, we Włoszech czy w Hiszpanii, można dostrzec, iż zamiast pogłębionej integracji mamy do czynienia z procesem zupełnie odwrotnym, a mianowicie z powstawaniem nowych państw. Z pewnością społeczeństwa poszczególnych krajów Europy wymuszą na swoich rządach większą ochronę granic. Obecnie trwa europejska zmowa milczenia w tej sprawie, a codziennie np. do Włoch dociera ok. dwóch tysięcy nielegalnych imigrantów.
UE oficjalnie przedłużyła o kolejne pół roku sankcje wobec Rosji, co – jak Pan zauważył – nie przeszkadza, zwłaszcza Niemcom, Francji, ale także Węgrom, współpracować gospodarczo z Rosją...
– Nie ukrywam, iż ta decyzja jest dla mnie zaskoczeniem. Jest tak, jak Pan mówi – rzeczywistość skrzeczy. Wydaje się, iż ta faktycznie polityczna deklaracja jest tylko próbą ratowania resztek reputacji Kijowa, gdyż zdjęcie sankcji z Rosji mogłoby przyspieszyć i tak nieuniknione procesy w tym państwie. Wszystko wskazuje na to, iż do wiosny 2017 r. dojdzie tam do jakiegoś rozstrzygnięcia. Miejmy tylko nadzieję, iż nie będzie ono zbyt radykalne.