Żenująca gra Berlina
Wtorek, 23 sierpnia 2016 (18:18)Z gen. dyw. Romanem Polką, byłym dowódcą jednostki specjalnej GROM, w latach 2006-2008 zastępcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, rozmawia Rafał Stefaniuk.
Rząd Niemiec zachęca swoich obywateli do gromadzenia zapasów jedzenia i wody. Jak odczytuje Pan to wezwanie?
– Jest to absurd, bo raczej III wojna światowa nam nie grozi, a w innych kategoriach trudno to rozpatrywać. Pamiętamy wezwania do gromadzenia zapasów z czasów „zimnej wojny”. Kupowano więc niezdrowe konserwy. Co prawda one mają długi okres ważności, ale je także trzeba co jakiś czas wymieniać. Gromadzenie takich zapasów jest więc bardzo kosztownym przedsięwzięciem. Gdybym miał szukać analogii do obecnej sytuacji w Niemczech, to znalazłbym ją w Albanii. W marcu 1971 r. na XII Plenum KC Albańskiej Partii Pracy podjęto decyzję o zobligowaniu obywateli do budowy schronów i gromadzenia zapasów. I tak gdy ktoś budował dom, to musiał postawić też bunkier. Albańczycy budowali je, ale one i tak nie byłyby w stanie ochronić kogokolwiek. Zapasy, które mają gromadzić Niemcy. nie gwarantują przetrwania w dłuższym czasie.
To, że Berlin poruszył tę kwestię, jest już najlepszym dowodem na to, że sprawa jest poważna?
– W ostatnich miesiącach rząd Niemiec zachowuje się nieracjonalnie. Pamiętamy, jak szef dyplomacji Niemiec nazwał wielkie manewry Anakonda-16 „wymachiwaniem szabelką”. Co jakiś czas słyszymy płynące z Berlina wezwania do zbliżenia z Rosją, jakby nie dostrzegano tego, że to Putin jest poważnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa w Europie. Teraz rzuca się hasła wzywające do robienia zapasów. Myślę, że one mają posłużyć do wewnętrznych rozgrywek. Ktoś może sobie, w ten nieczysty sposób, budować siłę polityczną. Wystarczy strach i panika i można łatwo kierować społeczeństwem. W takim kraju, jak Niemcy, który słynie z porządku i posłuszeństwa obywateli, władza powinna kierować się większą dozą rozsądku. A tak mamy sytuację, w której ktoś chce wywindować swoje akcje w górę. Tylko z tego względu jest to żenujące.
Prawdopodobne jest to, że Niemcy stosują ten sam manewr, na który zdecydował się George W. Bush po zamachach 11 września? Wtedy to w związku z zagrożeniem podniesiono poziom inwigilacji społeczeństwa.
– Zawsze istnieje to niebezpieczeństwo, że władza wykorzysta prawo i aparat państwowy do wewnętrznych gier. I tak Erdogan masowe czystki w swoim kraju tłumaczy nieudanym puczem. To jest skrajny przypadek, ale mówi wiele. Istotą problemu jest zbudowanie takiego systemu ochrony kraju, który wyeliminuje patologie i pozbawi władzy tych, którzy używają prawa do prywatnych rozgrywek. W Polsce nie ma takiego zagrożenia, ale – jak widzimy – w Niemczech trwa nieczysta kampania. Oczywiście, można zmuszać obywateli do gromadzenia zapasów i żyć jak jaskiniowiec, ale co to za życie?
Minister Mariusz Błaszczak twierdzi, że rząd Niemiec reaguje na możliwe zagrożenie terrorystyczne, a my możemy być spokojni. Tak jest? Podróż z Berlina do Warszawy zajmuje kilka godzin…
– Niemcy, Francja, Belgia i wiele innych krajów, bardzo poprawnych politycznie, same wygenerowały sobie zagrożenia. Mimo tak wielu ofiar dalej słyszymy, że tzw. uchodźcy nie mają negatywnego wpływu na poziom bezpieczeństwa. Myślę, że to, czego Niemcy się obawiają, to mogą to być ataki na infrastrukturę krytyczną, która może sparaliżować system dostaw: wody, energii czy żywności. Na szczęście w Polsce nie popełnialiśmy takich błędów jak nasi sąsiedzi za naszą zachodnią granicą. Nie można siedzieć bezczynnie i dlatego konieczne są działania uprzedzające. Dobrze się stało, że ustawa antyterrorystyczna została przyjęta wtedy, kiedy akty terroru nie dotknęły naszego kraju. To daje czas na przygotowanie się na zagrożenia oraz uniknięcie błędów, do których doszło w innych krajach.
Policja udaremniła zamach w Kirkuku w Iraku, zdejmując w ostatniej chwili z 12-letniego chłopca pas szahida. Podczas zamachu na weselu w Gaziantep w Turcji, w którym zginęło 51 osób, zamachowcem było dziecko. To pojedyncze przypadki, a może metody terrorystów ewoluują w tę stronę?
– Kiedyś mogliśmy mówić o pojedynczych przypadkach, ale nie teraz. Niejednokrotnie terroryści i bandyci chowają się za plecami dzieci i kobiet. One są przez islamistów wykorzystywane na dwa sposoby. Pierwszy z nich to propaganda. Każdy z nas widział zdjęcia zapłakanych kobiet i dzieci wśród tzw. uchodźców lub na terenach objętych konfliktami zbrojnymi. To działa na wyobraźnie, prawda? Drugie wykorzystanie to właśnie święta wojna. Spotkałem się z tym podczas misji. Tzw. Państwo Islamskie najpierw wprowadziło do walki kobiety i tak wiele z nich stało się zabójcami. To miało ukryty cel, bo oni są świadomi tego, że nasze kulturowe wychowanie nakazuje nam traktowanie kobiet z szacunkiem. Co do dzieci, to powstają specjalne obozy treningowe, w których zamyka się jeszcze maleńkie dzieci i wbija się im tam propagandę do głowy. Kobieta-zamachowiec może mieć chwile wahania – czy rzeczywiście słusznie postępuje, wysadzając się w powietrze i mordując niewinne osoby. Dziecko, któremu wyprano mózg, nigdy się nie zawaha, gdy przyjdzie mu nacisnąć spust lub odpalić ładunek wybuchowy. Dzieci są okrutną bronią terrorystów.
Ten rodzaj zamachów – gdzie zamachowcami są dzieci – możliwy jest do powtórzenia w Europie?
– Z pewnością tak. Nie po to islamiści prowadzą od kilku miesięcy obozy szkoleniowe dla dzieci, aby ograniczać się tylko do najbliższego terytorium. Kiedy tylko pojawią się ku temu możliwości, IS podejmie decyzję o przeniesieniu dzieci do Europy i wykorzystaniu ich w atakach. Śledząc zachodnie media, obserwuję, jak dziennikarze i eksperci zachwycają się, że kolejne bastiony IS padają. Zapominają przy tym, że tzw. Państwo Islamskie ma ciekłą strukturę. Dziś zniszczymy je na Bliskim Wschodzie, a jutro odrodzi się w zupełnie innym miejscu. Na to musimy brać poprawkę. Ta ideologia jest trująca. Naśladowcy bliskowschodnich dżihadystów mogą się znaleźć w Europie, a zamachowcem może być dziecko, które właśnie mijamy na ulicy.