• Piątek, 10 kwietnia 2026

    imieniny: Michała, Makarego

Jest błąd, nie ma winnego

Czwartek, 29 listopada 2012 (02:00)

Prokurator wojskowy kwestionuje dane przekazane w interpelacji poselskiej przez resort obrony. Chodzi o harmonogram pobytu polskiej delegacji w Smoleńsku i Moskwie w pierwszych dniach po katastrofie.

W odpowiedzi na jedną z interpelacji poselskich w sprawie katastrofy smoleńskiej są błędy. Odpowiedzialnością za fałszywe informacje przerzucają się MON i Naczelna Prokuratura Wojskowa. Rząd niechętnie dzieli się z opinią publiczną informacjami o katastrofie. Na interpelacje ministrowie odpowiadają niechętnie, wymijająco i z opóźnieniem. A kiedy już po pięciokrotnym przekroczeniu terminu dochodzi pismo z podpisem ministra i wydaje się zawierać pożądane informacje, okazuje się, że są w nim błędy.

Taki los spotkał serię interpelacji posła Bartosza Kownackiego (PiS), który jako adwokat reprezentuje rodzinę gen. Andrzeja Błasika i kilku innych ofiar katastrofy. Prawdziwa batalia na pisma wysyłane za pośrednictwem marszałek Sejmu między parlamentarzystą a resortem obrony i kancelarią Donalda Tuska konieczna była, by ustalić dokładne daty pobytów przedstawicieli Rzeczypospolitej Polskiej na terenie Federacji Rosyjskiej po 10 kwietnia 2010 roku.

O ile plan wyjazdów Edmunda Klicha i prokuratorów wojskowych udało się wydobyć względnie szybko, o tyle co do członków komisji Jerzego Millera resort obrony był niezwykle oporny. Uznał, że wszelkie informacje o pracach KBWLLP są poufne i tylko premier może zadecydować o ich udostępnieniu. Szef rządu okazał się łaskawy i wiceminister Czesław Mroczek przysłał odpowiednie tabele. Wciąż brakuje w nich części osób; chodzi o skierowanych do pomocy akredytowanemu i członkom komisji Millera, ale niebędących jej członkami. Wśród nich jest płk Wiesław Kędzierski, który rozpoznał głos gen. Błasika w nagraniu z czarnej skrzynki. Niestety, wkrótce okazało się, że udostępnione informacje zawierają fałszywe dane.

Żeby błędy wyszły na jaw, nie trzeba było długo czekać. Kilka faktów przekazanych przez MON w odpowiedzi na interpelację "Nasz Dziennik" wykorzystał w artykule na temat rozpoznania głosu gen. Błasika. Błyskawicznie zareagował płk Zbigniew Rzepa. Rzecznik Naczelnego Prokuratora Wojskowego był w Smoleńsku i w Moskwie, pracował przez pewien czas przy odsłuchiwaniu nagrań.

"Nasz Dziennik" wspomniał o nim w artykule, podając za wiceministrem Mroczkiem, że wrócił do Polski 22 kwietnia 2010 roku. Pułkownik Rzepa uznał, że podaliśmy błędną datę, i powołał się na dokumenty prokuratury, które bardzo dokładnie wyliczają czas jego delegacji do Rosji. Wynika z nich, że razem z gen. Krzysztofem Parulskim wrócili dzień wcześniej wieczorem. O Parulskim wiceminister też pisze, że przebywał w Rosji dzień dłużej.

"Do Polski wróciłem w dniu 21 kwietnia 2010 roku o godz. 21.50. Tym samym samolotem wracali także gen. Parulski oraz Edmund Klich. W dniu 22 kwietnia 2010 roku Naczelny Prokurator Wojskowy wydał rozkaz dzienny nr 59/10, w którym zawarto ustalenie dla celów ewidencyjno-finansowych, że właśnie 21 kwietnia 2010 roku powróciłem do Polski" - tłumaczy pułkownik Rzepa.

"Rozliczenie kosztów mojej podróży nastąpiło na podstawie mojego oświadczenia do celów rozliczenia kosztów zagranicznej podróży służbowej oraz Rachunku kosztów podróży nr sprawy 143/2010/OF/DGW. W dokumencie tym jako termin mojego wyjazdu do Federacji Rosyjskiej przyjęto: wyjazd 10.04.2010, godz. 15.30, powrót: 21.04.2010, godz. 21.50. Czyli w podróży służbowej przebywałem 11 dni, 6 godzin i 20 minut" - dodaje prokurator Zbigniew Rzepa.

Protokół niezgodności

Skąd rozbieżność? Rzepa jest przekonany, że w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej wszystko zostało opisane znakomicie, do tego na jego korzyść świadczą inne okoliczności, takie jak lot samolotu 21 kwietnia i zapamiętani współpasażerowie. "Jak Pan zatem widzi, pomyłki zdarzają się także w odpowiedziach na interpelacje" - napisał do "Naszego Dziennika" pułkownik Rzepa.

Oburzenie rzecznika NPW nie jest wcale przesadne, zważywszy, że w ostatnich latach zdarzyło się w wojsku kilka poważnych afer, w których żołnierze manipulowali rozliczeniami delegacji, pobierali nienależne diety lub brali pieniądze za noclegi w hotelach na podstawie sfałszowanych faktur.

Ale MON też nie chce się przyznać do błędu. "Departament Prawny przygotował odpowiedź na interpelacje na podstawie pisma Ministerstwa Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej, pisma Naczelnej Prokuratury Wojskowej i Szefa Inspektoratu Ministerstwa Obrony Narodowej ds. Bezpieczeństwa Lotów. Sprawę prowadził pracownik Departamentu Prawnego MON, którego praca podlegała weryfikacji Szefa Oddziału, w którym ten pracownik jest zatrudniony, oraz Dyrektora Departamentu Prawnego" - czytamy w wyjaśnieniu resortu, dopytywanego o rozbieżności w datach. MON zapewnia, że jeszcze raz sprawdziło wszystkie pisma z macierzystych instytucji delegowanych osób i okazuje się, że wszystkie daty przepisano prawidłowo. Zatem może błąd powstał jednak w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej?

- Moim zdaniem, to jest sprawa rozwojowa. Trzeba poznać rzeczywiste daty pobytów wszystkich osób w Smoleńsku i Moskwie - uważa mec. Bartosz Kownacki. W jego ocenie, przyczyną rozbieżności w zapisach dokumentów jest chaos w polskiej administracji po katastrofie.

- To kwestia gigantycznego bałaganu, który wówczas panował i panuje do dzisiaj, w wyniku którego nikt nie wie, co się działo w Smoleńsku, co się działo w Moskwie, już nawet nie wie, kiedy byli. To się potwierdza w wielu innych dokumentach, jak protokoły sekcyjne, protokoły identyfikacji ciał, transportu trumien. Wszystko robiono w bałaganie i nikt nie przywiązywał wagi do rzetelnego prowadzenia dokumentacji - dodaje.

To nie jedyna jego interpelacja zlekceważona przez rząd. Poseł próbował się na przykład kilkakrotnie dowiedzieć, na jakiej podstawie Polska zgodziła się, by badanie przyczyn wypadku prowadzone było na podstawie załącznika 13 do konwencji chicagowskiej. Urzędnicy kancelarii premiera odpowiadają z zasady po terminie i powtarzają lakoniczne, bezużyteczne formuły, znane od dwóch lat z wypowiedzi Donalda Tuska.

- Błędy pokazują, jak się traktuje posłów. To nie jest pierwszy raz, gdy interpelacja nie spotyka się z pełnymi i precyzyjnymi odpowiedziami - ocenia poseł.

Niestety niewiele można w tej sprawie zrobić. Jak wyjaśnia poseł Kazimierz Ujazdowski, wiceprzewodniczący komisji regulaminowej, interpelacja to jedynie bardziej sformalizowana postać debaty politycznej.

- Prawo karne nie obowiązuje w relacjach między rządem a opozycją. Nie ma mechanizmu odpowiedzialności prawnej za udzielenie błędnej czy nieprawdziwej odpowiedzi na interpelację. Nie mają tu zastosowania przepisy o poświadczeniu nieprawdy. Konsekwencje mogą mieć charakter wyłącznie polityczny. Z drugiej strony, jeśli premier albo minister udziela fałszywej odpowiedzi, to po to, żeby coś ukryć. Zazwyczaj jest to jakieś naruszenie prawa, które może być ścigane - zaznacza Ujazdowski.

Związane ręce

Naruszeniem Regulaminu Sejmu jest jednak nieudzielenie odpowiedzi lub znaczące przekroczenie terminu. Formalnie premier albo odpowiedni minister musi odpowiedzieć posłowi w ciągu 21 dni. W wyjątkowych sytuacjach można prosić marszałka o przedłużanie terminu o kilka tygodni. Za uchybienie tym wymogom też jednak nic nie grozi. Dlatego w praktyce spóźnienie może być dowolnie duże. Kownackiemu na pierwszą interpelację o pobytach Polaków w Rosji z 22 lutego odpowiedziano 26 kwietnia. Druga, z 11 kwietnia, czekała na odpowiedź do 27 lipca. To pięć razy dłużej niż przewiduje Regulamin. I tu także opozycja nie może zrobić nic poza protestowaniem.

- Unikanie odpowiedzi to po prostu bardzo zły obyczaj polityczny - ocenia Ujazdowski.

W praktyce interpelacja ma bardzo słabą rangę prawną. Chodzi w niej zazwyczaj bardziej o efekt polityczny. Zwykłe zapytanie skierowane w trybie wniosku o dostęp do informacji publicznej jest znacznie silniejszym narzędziem, które ma do dyspozycji każdy obywatel.

Na brak odpowiedzi, niepełną lub fałszywą odpowiedź może się poskarżyć do sądu, a odpowiedzialnym urzędnikom grozi surowa kara. Mechanizm ten jednak nie zawsze działa dobrze. Urzędy stosują mnóstwo uników, by zbywać zainteresowanych sekretami władzy albo przewlekać odpowiedź w nieskończoność. Stąd posłowie wolą uciekać się do interpelacji.

W sprawach różnych wątków związanych z katastrofą smoleńską jedna i druga droga często zawodzi. Praktycznie wszystkie resorty miały coś wspólnego ze sprawą i często nie wywiązały się ze swoich obowiązków, jak należy. Dziś urzędnicy nie są w stanie objąć wszystkich wątków i okoliczności sprawy, obawiają się podawania jakichkolwiek informacji, bo mogą one postawić w złym świetle ich instytucje. Długo wszystko sprawdzają, ale jak się okazuje, nie po to, żeby rzetelniej odpowiedzieć, ale aby jak najmniej potencjalnie kompromitującej wiedzy dostało się do opinii publicznej.

Piotr Falkowski