• Sobota, 21 marca 2026

    imieniny: Benedykta, Filemona

Więcej z „500+” niż z Unii

Piątek, 5 sierpnia 2016 (10:17)

Niedawno w Sejmie w czasie debaty nad wykonaniem budżetu za 2015 rok był prezentowany raport Najwyższej Izby Kontroli (NIK) dotyczący tej problematyki, a w nim między innymi rozliczenia naszego kraju z Unią Europejską.

Z raportu NIK wynika, że w 2015 roku Polska otrzymała z budżetu UE środki w kwocie 54,6 mld zł, a wpłaciła w postaci składki kwotę 18,2 mld zł, co oznacza, że saldo tych rozliczeń było dodatnie i wyniosło 36,4 mld zł.

Taka kwota środków netto, jaką otrzymaliśmy z budżetu UE, oczywiście robi wrażenie, przy czym trzeba pamiętać wydatkowanie środków unijnych jest ściśle zaprogramowane, a więc można je przeznaczać tylko na realizację priorytetów, które krajom członkowskim wyznacza Komisja Europejska.

Co więcej zarządzanie środkami unijnymi wymaga utrzymywania licznej administracji zarówno na poziomie rządowym, jak i samorządowym, idącej w dziesiątki tysięcy pracowników, a ich finansowanie odbywa się już w całości ze środków krajowych.

To są urzędnicy w poszczególnych resortach, w specjalnie powołanych agencjach do obsługi środków unijnych, a także urzędnicy w samorządach województw, które zarządzają tzw. regionalnymi programami operacyjnymi, wreszcie zajmujący się realizacją programów unijnych pracownicy starostw i urzędów gmin.

Chyba najbardziej spektakularnym przykładem w tym zakresie jest Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa zarządzająca środkami ze Wspólnej Polityki Rolnej na dopłaty bezpośrednie oraz modernizację gospodarstw rolnych, zatrudniająca około 12 tysięcy pracowników.

Członkostwo w UE zobowiązuje do realizacji unijnych polityk, z których najbardziej kosztowną jest polityka klimatyczna, ponieważ Unia chce być liderem w świecie, jeżeli chodzi o ochronę klimatu.

Niestety najbardziej „postępowa” w zakresie ograniczenia emisji CO2 jest Unia Europejska. Już w 2008 roku zaordynowała wszystkim krajom członkowskim słynną formułę 3×20% (20% ograniczenie emisji CO2, 20% udział energii odnawialnej w całości zużywanej energii i poprawa o 20% efektywności zużycia energii – to wszystko kraje UE mają osiągnąć do roku 2020).

Niestety ówczesny premier Donald Tusk w grudniu 2008 roku zaakceptował te ograniczenia i teraz już wiemy, że będą one kosztowały naszą gospodarkę i nasze państwo miliardy złotych dodatkowych wydatków rocznie, co w oczywisty sposób uwidoczni się w cenach energii elektrycznej i cieplnej nabywanej zarówno przez przemysł, jak i gospodarstwa domowe.

Jeszcze dalej poszła w tym zakresie premier Ewa Kopacz, która w grudniu 2014 roku w Brukseli zaakceptowała jeszcze ostrzejszą unijną politykę klimatyczną, której najdobitniejszym wyrazem będzie konieczność ograniczenia emisji CO2 aż o 40% do roku 2030.

Wywiązanie się z tych dwóch pakietów klimatycznych podpisanych przez Tuska i Kopacz będzie kosztowało po przynajmniej kilkanaście miliardów złotych rocznie dodatkowych wydatków w zasadzie w każdej dziedzinie naszej gospodarki.

Zarówno utrzymanie administracji związanej z zarządzaniem środkami unijnymi, jak i ogromne wydatki przeznaczone na realizację unijnej polityki klimatycznej w zasadniczy sposób zmniejszają kwotę netto środków, jakie otrzymujemy corocznie z budżetu UE, ostatecznie może to być kwota mniejsza niż 10 mld zł rocznie.

Wygląda ona zupełnie „blado” w zestawieniu z wydatkami programu „500+”, na który rocznie jest przeznaczone około 23 mld zł.

Środki na realizację programu „500+” pochodzą wprawdzie w całości z polskiego budżetu, ale otrzymujące je polskie rodziny mogą je wydatkować w sposób dowolny, w zasadzie w całości trafiają one szybko do obrotu gospodarczego.

Administrowanie nimi jest wyjątkowo tanie, jak podaje Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, wypłata tego świadczenia dla jednej rodziny kosztuje zaledwie 7,5 zł.

Jeżeli więc o środkach unijnych mówi się, że w zasadniczy sposób zmieniają polską rzeczywistość, to jak ją zmienią środki z programu „500+”, skoro są one rocznie ponad 2-krotnie większe.

Dr Zbigniew Kuźmiuk