Zaprogramowany na wygrywanie
Środa, 28 listopada 2012 (02:14)Z Tadeuszem Błażusiakiem, mistrzem świata w SuperEnduro, rozmawia Piotr Skrobisz
Gdy niedawno - po raz czwarty - zdobył Pan mistrzostwo Ameryki za oceanem, porównano Pana do perfekcyjnej maszynki zaprogramowanej na wygrywanie. To chyba miły komplement?
- Całkiem (śmiech). Po letniej przerwie, trwającej niemal półtora miesiąca, wygrałem wszystko, co było do wygrania. Zmieniłem pewne drobne rzeczy w motocyklu i jak się okazało, przyniosło to dobry wynik. Wcześniej miewałem bowiem małe problemy przy starcie, plasowałem się gdzieś w połowie stawki, nie zaś z przodu, jak chciałem.
Czyli ta maszynka ma jednak słabości?
- Każdy człowiek ma jakieś słabości. Ja mam jednak także dobrych ludzi dookoła siebie, dobry team, dobry motocykl i sam staram się, by owe niedostatki były jak najmniej widoczne.
Coś się Panu nie udało w 2012 roku?
- Na X-Games, czyli igrzyskach sportów ekstremalnych w Los Angeles, zająłem czwarte miejsce, pierwszy raz od lat wypadając poza podium. To ważne zawody, zarówno dla mnie, jak i dla moich partnerów i sponsorów. Słabo wystartowałem, spadłem niemal na ostatnie miejsce i musiałem szaleńczo gonić konkurentów. Zabrakło mi czasu i dystansu.
Była to jednak jedyna wpadka. Zresztą wszystkie Pana niepowodzenia z ostatnich pięciu lat można by pewnie policzyć na palcach jednej ręki.
- Chyba tak (śmiech).
Kilka tytułów mistrzowskich w SuperEnduro, mistrzostwa Ameryki Północnej, wygrane X-Games, seria triumfów w Erzbergrodeo to tylko przykłady, bo lista sukcesów jest dużo dłuższa. A tak naprawdę startów w tej dyscyplinie Pan nie planował, początki były niespodziewane, zaskakujące. Bajka?
- W 2007 roku wygrałem Erzbergrodeo, choć kilka tygodni wcześniej nie wiedziałem, że na tej ekstremalnie ciężkiej imprezie w ogóle wystąpię. Wtedy bowiem uprawiałem trial. Wszystko się w jednej chwili zmieniło, błyskawicznie otrzymałem ofertę z fabrycznego zespołu KTM, podpisałem kontrakt i...
...i dokonał Pan przewrotu w świecie enduro.
- Miałem szczęście znaleźć się w dobrym czasie w dobrym miejscu. A ta bajka, o której pan wspomniał, podparta jest gigantyczną pracą moją i całego teamu.
Co Pan myśli, spoglądając na wszystkie swoje trofea?
- Kilka mam w domu, większość w KTM-ie, część jeździ po przeróżnych wystawach. Nie chcę, by zabrzmiało to nieskromnie, ale jako sportowiec znam swoją wartość. Tyle że nigdy nie pomyślałem, że jestem nie wiadomo kim. Jak wygrywam jakieś zawody, mam dwa dni, czasem dzień, a czasem kilka godzin na celebrowanie, po czym wstaję rano i zabieram się do ciężkiej pracy. Konkurenci nie śpią.
Nie ma Pan problemów z motywacją, po jednym, drugim, dziesiątym zwycięstwie?
- Dla sportowca największą nagrodą jest wygrywanie. Jeśli w jakichś zawodach zwyciężę, koncentruję się na następnych. Każdy wyścig, każde okrążenie jest bowiem nową historią i takim samym wyzwaniem jak poprzednie.
Zawsze tak mocno stał Pan obiema nogami na ziemi?
- Nigdy się od niej nie oderwałem. Taki mam charakter, taki jestem, nigdy nie pomyślałem, że mam wszystko i na wszystko. Co chwilę stawiam sobie nowe cele, najważniejsze jest dla mnie ściganie się, stawanie się coraz lepszym zawodnikiem i człowiekiem. Nie rozumiem ludzi, którzy docierają na szczyt i całkowicie się zmieniają, stają aroganccy, wyniośli. To nie dla mnie, podobnie jak na razie nie wyobrażam sobie, abym mógł zasiąść wygodnie i bezczynnie na kanapie. Nie ma nic za darmo. Jak stajemy na starcie, każdy ma taką samą szansę wygrać i przegrać, każdy ma taki sam dystans do pokonania.
Ile poświęcił Pan, by dotrzeć do miejsca, w którym obecnie się znajduje?
- Ta bajka od wewnątrz wcale nie jest taka sielska i spokojna, jakby się mogło wydawać. Musiałem wykonać ogromną pracę, większą, niż kiedykolwiek sądziłem. Wiem doskonale, że gdy rano pójdę na trening, to będzie mnie wszystko bolało, a wieczorem będzie jeszcze gorzej. Wiem, że uprawiam sport ekstremalny, że ryzykuję i łatwo mogę wszystko stracić w wyniku wypadku czy drobnej nawet kontuzji. Ale nie narzekam, bo kocham to, co robię.
Na motocyklu uwielbiałem jeździć już jako dzieciak. Wtedy traktowałem to jako zabawę. Dziś też sprawia mi to mnóstwo radości i frajdy, lecz stało się pracą. Kiedy jednak praca, nawet ta najcięższa, równa się pasji, łatwiej znieść wyrzeczenia. Poza tym nie poświęcam swojemu sportowi ośmiu godzin dziennie, czyli i tak pracuję mniej niż urzędnik za biurkiem. Mam dzięki temu więcej czasu dla siebie.
Po sezonie nie może Pan patrzeć na motocykl czy przeciwnie, nie zsiada Pan z niego i jeździ dla przyjemności?
- To drugie. Jazda motocyklem jest dla mnie przyjemnością, czy to szybka, czy techniczna, bo jestem w tym naprawdę dobry. Po sezonie, gdy nie muszę ścigać się na kilometry, z zegarkiem w ręku, uwielbiam podróżować na nim dla własnej satysfakcji. W czasie wolnym jeżdżę sobie zresztą gokartem, motocyklem szosowym po torze czy samochodem wyścigowym.
Rywalizując na przykład z Kimim Raikkonenem?
- Chociażby. Niestety, trasa, na której się ścigaliśmy, preferowała samochody, a ja jechałem motocyklem, więc Kimi ze mną wygrał. Niedawno dzięki sponsorowi mogłem pokonać ją autem rajdowym i to była zupełnie inna bajka. Samochód był zdecydowanie szybszy, później hamował, lepiej wychodził z zakrętów. Mam nadzieję, że kiedyś dostanę szansę do rewanżu.
Jak to możliwe, że dobry trialowiec stał się mistrzem absolutnym w enduro?
- Do końca sam nie znam odpowiedzi na to pytanie. Po mnie sił w enduro spróbowało wielu znakomitych zawodników z trialu i żaden nawet nie zbliżył się do czołówki. Przez to, że długo startowałem w trialu, posiadam wypracowane odruchy, dzięki którym pewne czynności wykonuję automatycznie, bez zastanowienia i nie zużywam tyle energii co rywale na szczególnie trudnych technicznie odcinkach trasy. Enduro w wydaniu ekstremalnym łączy w sobie wyzwania techniczne z niesamowitą prędkością i okazało się, że to coś właśnie dla mnie.
Odnalazł się Pan w prędkości?
- Powiem tak: trial słynie z finezji, dawniej ją uwielbiałem. To dyscyplina, w której wszystko odbywa się wolno, na małych prędkościach, w której trzeba być niezwykle precyzyjnym. Obecnie pociąga mnie prędkość, odkrywanie limitu swojego i motocykla. Zdarzają się zawody, na których jadę na 98 procent możliwości, ale zdarzają i takie, że muszę cisnąć na 104 procent. Wtedy przesuwam granicę limitu.
Z czego jest Pan najbardziej dumny, jeśli chodzi o swoją sportową karierę?
- Od 16. roku życia jeżdżę w fabrycznych zespołach, i to na ich zaproszenie. Dziś reprezentuję barwy największego z nich, KTM, mój motocykl jest wystawiony w jego muzeum. Gdy potrzebuję wymiany jakiejś części, która moim zdaniem szwankuje, mogę błyskawicznie skontaktować się z fabryką. Dysponuję motocyklami technologicznie wyprzedzającymi co najmniej o rok maszyny dostępne na rynku. Popularność? Specjalnie o nią nie dbam, nie jestem celebrytą, ale w USA czy w Hiszpanii kibice mnie rozpoznają.
Ma Pan jakieś marzenia, których do tej pory nie udało się zrealizować?
- Mam cele, nie marzenia. Chciałbym nadal czerpać ze sportu przyjemność, wygrywać, próbować nowych rzeczy. W tym roku pierwszy raz wystartowałem w rajdzie terenowym w Argentynie. Dakar? Interesuje mnie, to niesamowite wyzwanie, ale czy kiedyś w nim pojadę, to się dopiero okaże. Na razie nie podjąłem żadnej decyzji w tym temacie.