• Środa, 25 marca 2026

    imieniny: Marii, Wieńczysława

Krwawe żniwo wojny

Środa, 13 lipca 2016 (23:04)

Uchodźcy z Syrii i Iraku czekają na powrót do domu.

Wojna jest straszna, i to chyba żadne odkrycie. Podczas ostatniej wizyty w Libanie i w Iraku po raz pierwszy zobaczyłem wojnę. Przerażone i zbolałe twarze. Wszędzie pełno ludzi szukających nie wiadomo czego, idących nie wiadomo dokąd. Z drugiej strony chęć pomocy i współczucie.

Liban: trauma wygnańców

Każda powierzchnia możliwa do zamieszkania jest zajęta przez uchodźców. W domach mieszka od kilkunastu do kilkudziesięciu osób. Niektórzy zatrzymali się u kuzynów, znajomych, a najwięcej po prostu wynajmuje lokum za pieniądze.

Wielu boi się rozmowy o tym, co ich spotkało. Każdy mówi swoimi oczami: „Pomóż mi”. W Libanie nie ma obozów dla uchodźców. Są jednak wygnańcy z Syrii, którzy wołają o pomoc. Papieskie Stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie płaci za wynajem wielu domów, garaży i innych pomieszczeń, gdzie można czuć się bezpiecznie i schronić przed straszną wojną. Koszt wynajęcia pomieszczenia dla jednej rodziny to około kilkuset euro miesięcznie.

Matka Samira pokazuje ręce i gardło swojego syna. Został porwany, ręce miał związane drutem kolczastym. Widać ślady po podciętym gardle. Chłopak jakoś tak nieswojo się uśmiecha. Pytam: – Jak się czujesz? – Nie odpowie, stracił głos – mówi matka. – Dzisiaj nie wie nawet, gdzie się znajdujemy. Zdolny, młody, piękny chłopiec. Muszę się nim na co dzień opiekować. Był już kilka razy w szpitalu dla ludzi po traumie wojny. Wszystko na nic – opowiada ze łzami w oczach.

Inny mężczyzna, który nie chce powiedzieć, jak się nazywa z obawy przed ISIS, przyjechał do Libanu z Syrii. – Jestem tu i dziękuję Bogu, że żyję. Pamiętam, jak spotkałem dwóch ludzi, którzy szli do naszego domu. Przypadkowo zapytali mnie, gdzie mieszka człowiek o moim nazwisku. Powiedziałem im, że za chwilę wróci, że widziałem go, jak poszedł w drugą stronę. Uciekłem do sąsiadów, gdyż to o mnie chodziło. Uratowałem się tylko dlatego, że oni nie wiedzieli, kogo szukają. Nie mogę spać, boję się, że ktoś mnie tu znajdzie – mówi z lękiem nieznajomy.

Takich ludzi jest naprawdę bardzo dużo. To są nasi bracia i siostry! Czekają na zakończenie wojny. Ich największym marzeniem jest powrót do domu.

Inny obraz to młoda dziewczyna, również nie chce ujawniać swojego imienia. Przyjechała wraz z rodzicami do Libanu i zamieszkała tuż za granicą z Syrią w rejonie Beka. – Czy masz kolegów? Chcesz się uczyć? – usiłuję się dowiedzieć. – Moi koledzy zostali w Syrii, codziennie patrzę w ich stronę, tu nie mam nikogo oprócz rodziców. Chcę wrócić tam, gdzie było mi dobrze.

– A może chcesz wyjechać do Europy? – pytam. – Nigdy o tym nie myślałam. Ja jestem stąd i chcę tu pozostać. Chrześcijanie z Syrii są bardzo mocno związani ze swoją ziemią. Nie chcą wyjeżdżać tylko dlatego, żeby było im lepiej ekonomicznie. Oni czują się odpowiedzialni za swoją ziemię, świętą ziemię.

Myślę, że każdy, kto nawet nie znał języka angielskiego, będąc kilka dni z chrześcijanami w Libanie czy w Iraku, nauczy się słów: kidnapped, killed (porwany, zabity). Te dwa chyba najczęściej używane wyrażenia w tragiczny sposób opisują los wielu wykształconych, zdolnych ludzi z Bliskiego Wschodu. Chrześcijanie, aby przetrwać 1400 lat z islamem, musieli być użyteczni społecznie. Często byli to nauczyciele, lekarze, inżynierowie, po prostu elita społeczna.

Irak: została im tylko wiara

Tu są już obozy dla uchodźców. Razem mieszkają muzułmanie i chrześcijanie. Najczęściej przesiedleni całymi miejscowościami. Wraz z duchownymi, władzami samorządowymi. Z problemami i radościami.

– Nasza ziemia i nasze kościoły dawały nam nadzieję, wiarę. Tutaj jesteśmy bez korzeni. Tu nic nie ma naszego, co by nam przypominało nasze miasta i wioski. Co zdążyliśmy zabrać ze sobą? Prawie nic. Dziękujemy, że nam pomagacie. Dziękujemy, że jesteście z nami. Módlcie się za nas i za naszą wiarę – mówią mieszkańcy Elqush. Jest ich około 560 rodzin. Kiedyś mieszkali kilka kilometrów dalej, w Telusquf. Teraz tuż za tym miastem przebiega linia frontu pomiędzy irackim Kurdystanem a terenami zajętymi przez tzw. Państwo Islamskie. W fakcie, że znaleźli schronienie w Elqush, widzą działanie Opatrzności Bożej, gdyż w tłumaczeniu nazwa tej miejscowości znaczy „Bóg jest mocny”. To miasto proroka Nahuma.

Jadąc samochodami wojskowymi na linię frontu, ksiądz proboszcz pokazuje nam, jak tętniło życiem Telusquf, co znajdowało się w konkretnych miejscach. Teraz nawet zmarli nie zaznają tu spokoju – przed kilkoma dniami bomba spadła na groby. Tuż za rogiem widzimy zniszczony cmentarz.

– Tutaj się modliliśmy, z kościoła wyniesiono prawie wszystko, teraz jest dobrym punktem dla snajperów, stąd widać całą okolicę. Wszystkie domy są puste. Przy drodze zabito amerykańskiego żołnierza, dalej pochowano kilku bojowników z ISIS – wylicza ksiądz proboszcz. Jedziemy dalej. Ale wcześniej pytanie: – Czy chcecie jechać? Będziemy w zasięgu broni maszynowej wroga.

Jeszcze więcej ochrony, żołnierze coraz silniej uzbrojeni, samochody coraz bardziej opancerzone. Przed nami zasieki, okopy i swąd spalenizny. To wojna. Jeden z żołnierzy uspokaja: – Teraz jest czas modlitwy muzułmanów, nic nam nie zagraża. Ale od dowódcy słyszymy, że tam znajdują się oddziały ISIS. – To miejsce jest kluczowe do zajęcia całego Iraku. Jak zajmą ten skrawek, to jest wielce prawdopodobne, że zajmą resztę kraju. Walczymy, aby inni mogli żyć bezpiecznie – mówi wojskowy.

Ksiądz proboszcz z niedowierzaniem ogląda swoją parafię, ostatni raz był tu kilka miesięcy temu. Łzy tęsknoty. I pytanie: dlaczego?

Konflikt zbrojny na Bliskim Wschodzie może dobić już słaby Kościół różnych rytów w Ziemi Świętej. Patriarcha chaldejski ks. abp Louis Sako raz po raz wyraża swoje obawy, że może być ostatnim patriarchą Kościoła chaldejskiego na Bliskim Wschodzie. Patrząc w oczy irakijskich chrześcijan, łatwo można dostrzec przerażenie, obawy, smutne pytanie: co dalej?


Pomoc dla ofiar wojny w Syrii można przekazywać na konto:

Papieskie Stowarzyszenie
Pomoc Kościołowi w Potrzebie
ING Bank Śląski O/ Warszawa
31 1050 1025 1000 0022 8674 7759

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w wersji elektronicznej

ks. dr Mariusz Boguszewski