• Sobota, 21 marca 2026

    imieniny: Benedykta, Filemona

Czekamy na seryjną produkcję

Niedziela, 26 czerwca 2016 (08:35)

Z Henrykiem Szostakiem, przewodniczącym Międzyzakładowej Organizacji Związkowej NSZZ „Solidarność” w Hucie Stalowa Wola, rozmawia Mariusz Kamieniecki

W kwietniu premier Beata Szydło w Hucie Stalowa Wola mówiła, że uruchomienie produkcji moździerza samobieżnego Rak oznacza korzyści dla HSW, daje bowiem gwarancję pracy zatrudnionym tam na wiele lat, ale też umożliwia tworzenie nowych miejsc pracy. Jak te słowa przekładają się na czyny?

– Jeśli mamy mówić o faktach, to te na dzień dzisiejszy przedstawiają sie następująco: rzeczywiście umowa na produkcję i dostarczenie naszej armii moździerza samobieżnego Rak została podpisana, ale warunki tej umowy są niestety tak rygorystyczne, że póki co nie ma mowy o zyskach, a tym samym o nowych miejscach pracy.

Co konkretnie ma Pan na myśli?

– Pierwsze pieniądze w ramach tego zamówienia pojawią się dopiero po rozpoczęciu seryjnej produkcji i dostarczeniu pierwszego modułu moździerza samobieżnego Rak wojsku, czyli dopiero w okolicach połowy przyszłego roku. Owszem, będą zaliczkowane pewne wydatki na materiały dla kooperantów, ale my jako Huta Stalowa Wola póki co musimy zarobić na bieżące funkcjonowanie, czyli wypłaty dla pracowników itp. A zatem nie jest tak różowo, jak mogłoby się wydawać. Umowa, owszem, jest podpisana, ale jej warunki są trudne i ciężkie do zrealizowania. To jednak nie wszystko, bowiem w warunkach kontraktu, jakie HSW wynegocjowała, nie było mowy o pięciu procentach „haraczu”, który będziemy musieli zapłacić Polskiej Grupie Zbrojeniowej. W związku z tym te pięć procent zostanie wliczone w coś, co nie było wcześniej wynegocjowane – czyli de facto obniży nam zyskowność produkcji w ramach tego kontraktu. Chcąc nie chcąc, mamy kolejny problem.

W tej sytuacji są jakieś szanse na nowe miejsca pracy w HSW, o których wcześniej była mowa?

– Nie można tego wykluczyć, ale z pewnością nie teraz. Ponadto sytuacja w tym przedziale może się znacząco poprawić, kiedy zostanie podpisana umowa – co, mam nadzieję, nastąpi jeszcze w tym roku – na dostawę samobieżnych armatohaubic kaliber 155 mm Krab, które także mają się znaleźć na wyposażeniu Wojska Polskiego. Być może wówczas przyjęcia do pracy w HSW staną się faktem, ale na dzień dzisiejszy nie ma o tym mowy z uwagi na wspomniane problemy. Tak czy inaczej cieszymy się, że mimo trudności mamy podpisaną umowę na produkcję moździerza samobieżnego Rak, bo było naprawdę bardzo ciężko, ale do pełni szczęścia dużo jeszcze brakuje.

Proszę powiedzieć, w jakim konkretnie momencie jesteśmy, jeśli chodzi o realizację programu moździerza samobieżnego Rak?

– Jeśli chodzi o terminy, to – jak informuje zarząd HSW – nie ma tu opóźnień, przeciwnie, możemy mówić o pewnym wyprzedzeniu. W tej chwili trwa realizacja pierwszego modułu i dopiero pod koniec tego pierwszego etapu, czyli w czerwcu 2017 r., kiedy planowany jest odbiór, poznamy – jak wspomniałem – rentowność tego projektu. Wówczas przekonamy się, czy i ile HSW zarobiła i jak wyglądają rokowania co do realizacji całego przedsięwzięcia.      

Jak dzisiaj kształtuje się zatrudnienie w HSW i o ile może ono wzrosnąć przy założeniu powodzenia programu Rak?

– W tej chwili w HSW SA zatrudnionych jest niecałe 780 osób. O ile ta liczba może wzrosnąć w momencie, kiedy program Rak wejdzie w decydującą fazę, trudno dzisiaj powiedzieć. Wstępnie zastanawialiśmy się i z wyliczeń wychodziło nam, że w momencie realizacji nie tylko programu Rak, ale również programu Krab może to być wzrost o jakieś 100, może 150 osób w sferze produkcji. Ale póki co jest to tylko wróżenie z fusów. Pewne natomiast jest, że największe zapotrzebowanie na pracowników będzie w początkowej fazie realizacji, a więc na maszynach ciężkich, na spawalni itp., a dopiero na samym końcu będzie montaż. Jeśli już, to zapotrzebowanie będzie w drugiej połowie tego roku. W tej chwili trwa nabór do obsługi obrabiarek sterowanych numerycznie, ale ludzie przychodzą i widząc, jakie są im proponowane zarobki, nie decydują się na podjęcie pracy.

Czyli kwalifikacje niekoniecznie przekładają się na wysokość zarobków?

– Niestety, podnoszenie kwalifikacji załogi nie idzie w parze z zarobkami. Nie ukrywam, że aby ściągnąć do HSW kolejnych fachowców, zarobki muszą się poprawić.  

Pozostając przy HSW, chciałbym poruszyć jeszcze jedną kwestię, a mianowicie dzięki działaniom obecnego rządu i zarządu HSW udało się uratować sanocki Autosan. Jak dzisiaj wyglądają perspektywy tego producenta autobusów?

– Z tego, co się mówi, to produkcja w sanockim Autosanie ma być prowadzona niejako dwufazowo. Z jednej strony ma być kontynuowana produkcja autobusów, z czego ta firma słynie, a z drugiej w Sanoku miałyby być produkowane wozy dwuosiowe dla wojska. Jeśli ten projekt wypali, to myślę, że przy takich założeniach Autosan ma szanse nie tylko na trwanie, ale również na rozwój. Plany są zatem bardzo ciekawe. Natomiast jeśli chodzi o stopień ich realizacji, to szczegółów nie znam. Sądzę, że jeśli zostałby zrealizowany pomysł, że autobusy z Sanoka kupowałyby samorządy, a wojsko specjalistyczne pojazdy, to Autosan czeka rozkwit. I o to chodzi. Ale z realizacją tych planów trzeba się spieszyć i działać.   

Jak wygląda sytuacja w spółce Axtone – dawnej sprężynowni i jednym z najstarszych wydziałów Huty Stalowa Wola?

– W zakładzie, którego właścicielem bodajże od dwóch lat jest niemiecki fundusz  inwestycyjny Axtone, zatrudnionych jest obecnie 107 osób. Od ponad roku pracownicy domagają się podwyżek płac. 16 maja tego roku w zakładzie przeprowadzono dwugodzinny strajk ostrzegawczy. Zarząd firmy uznał protest za nielegalny i ukarał jego uczestników. Sześć osób – działaczy związkowych straciło pracę, a wielu otrzymało nagany. To spowodowało konflikt między związkami zawodowymi a zarządem spółki Axtone, który niestety narasta. Zajmuje się nią Podkarpacka Wojewódzka Rada Dialogu Społecznego. Zawiadomiliśmy prokuraturę i Państwową Inspekcję Pracy. Sprawa dwóch osób trafiła do sądu pracy, bo zwolnieni to działacze związkowi chronieni mocą ustawy o związkach zawodowych. Jeśli się nie dogadamy, jeśli nie dojdzie do ugody i ludzie ci nie zostaną przywróceni do pracy, to niestety, ale w spółce Axtone spokoju nie będzie, tym bardziej że właściciel nie ukrywa, że ma pieniądze.

Co w tej sytuacji stoi na przeszkodzie, żeby podwyższyć pensje pracownikom?

– Tak jak wspomniałem wcześniej, jest to obcy kapitał, który inwestuje w Polsce. Oni nie ukrywają, że celem jest maksymalny zysk, wydrenowanie zakładu, ile się tylko da, a następnie odsprzedanie go inwestorowi branżowemu. Zasada jest prosta: obcy kapitał nie kupuje polskich firm, żeby „litować” się nad pracownikami, ale po to żeby zarobić szybko i jak najwięcej. To nie pracownik ma być zadowolony, ale ten, który w zakład zainwestował. Według tego scenariusza polski pracownik ma tyrać, a w zamian może otrzymać tyle, ile wynosi średnia w tym wypadku na podkarpackim rynku pracy, która wysokością nie zwala z nóg. Na produkcji są ludzie, którzy zarabiają po dwa i pół tysiąca złotych, a nawet poniżej dwóch tysięcy. Kiedyś to była doskonała firma przynosząca zyski i nigdy z nią nie było problemów, a dzisiaj, jak widać, są. Nie ma pieniędzy na podwyżki, nie ma pieniędzy na wypłatę premii, a zyski – jak wspomniałem – są, tyle że nie dla pracowników. Tak trudno się podzielić z ludźmi. Wychodzi na to, że zagranicznego pracodawcy nie wolno prosić o podwyżki, bo wylatuje się na bruk. Tak nie może być.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki