Zarobki ciągle za niskie
Czwartek, 16 czerwca 2016 (03:25)Według zapowiedzi rządu płaca minimalna od przyszłego roku ma wynieść 2 tys. zł brutto. To wzrost o 150 zł. Wielu tzw. ekspertów uważa, że uderzy to w małe firmy, gdyż nie stać ich na wyższe wynagrodzenie pracowników.
Jak wiemy, płaca minimalna jest co roku podnoszona, a bezrobocie raczej spada niż rośnie. To, do czego próbują przekonać nas tzw. eksperci, to są strachy na Lachy. Nie możemy godzić się na niskie płace w polskiej gospodarce, bo dotychczas taka polityka przyniosła nam więcej szkód niż pożytku.
Między bajki należy włożyć wyliczenia, które pokazują, że przeciętne wynagrodzenie w Polsce wynosi 4 tys. zł. Taki wynik można osiągnąć tylko wtedy, gdy uwzględnimy wynagrodzenia prezesów banków. Polacy zarabiają skandalicznie mało.
MRPiPS proponowało, aby płaca minimalna w roku 2017 wynosiła 1920 zł. Rząd, podnosząc ją do 2 tys. zł, po raz kolejny dowodzi swojego prospołecznego charakteru. Z drugiej strony jest to apel do przedsiębiorców, aby rozważyli kwestię podniesienia płac w Polsce. W Unii Europejskiej w płacach wyprzedzamy tylko: Litwę, Łotwę, Bułgarię i Rumunię. Exodus młodych ludzi za granicę nie wziął się znikąd. Nasz kraj opuszczają specjaliści, pielęgniarki, osoby z wyższym wykształceniem, a nawet te w trakcie studiów. Przykre jest to, że nie wyjeżdżają pojedyncze osoby, tylko całe rodziny. To są olbrzymie straty, których niczym nie możemy zastąpić. Dlatego potrzebujemy radykalnych działań w sferze wynagrodzeń.
Płaca jest niska, ludzie wyjeżdżają z kraju, a pracodawcy zgłaszają, że coraz częściej brakuje im wykwalifikowanych pracowników. Sytuacja osiągnęła już taki poziom, że nawet Ukraińcy, którzy przyjeżdżają do prac sezonowych, nie chcą pracować za proponowane im stawki.
Płaca minimalna ma jeszcze jedną istotną zaletę – ma chronić pracowników przed wyzyskiem. Tak jak wszędzie na świecie tak i u nas jest grupa pracodawców, którzy żerują na swoich pracownikach, wymagając od nich ciężkiej pracy, unikając przy tym płacenia godnych pieniędzy. To jest podejście patologiczne, i mam nadzieję, że takich firm jest w Polsce niewiele.
Z kolei duża grupa pracodawców inwestuje w swoich pracowników. Chcą mieć dobry zgrany team, w którym każdy czuje się potrzebny i doceniony. Dobrym rozwiązaniem byłoby, gdyby rząd docenił te osoby. Można opracować pakiet ulg podatkowych albo zmniejszyć wymagania biurokratyczne dla tych, którzy uważają, że pracownika należy szanować i doceniać. Być może tak zwiększy się procent firm, które zdecydują się na podniesienie płacy swojej załogi?
Przed nami jeszcze szereg wyzwań. Ciągle otwarta jest kwestia klinu podatkowego czy reformy ZUS. Tam potrzeba dokonać poważnych zmian. Ale jak na pierwsze miesiące rządu Prawa i Sprawiedliwości mamy bardzo dużo działań prospołecznych i prorozwojowych.
Wyższe wynagrodzenie motywuje do większej konsumpcji. To podobnie jak program „500+” wpływa na wzrost koniunktury i większe wpływy do budżetu państwa i firm. Jeśli na to nałożymy rozwiązania uszczelniające system podatkowy, to wydaje się, że o dochody budżetu możemy być spokojni.
Są osoby, które wzrostu płac doszukują się w likwidacji podatku dochodowego. Oczywiście nikt nie lubi płacić podatków, ale dochodowy w Polsce jest jednym z niższych w Europie. Co prawda w Rosji jest podatek liniowy, ale chyba nie zamienilibyśmy się na warunki pracy i poziom płacy z Rosjanami. W tej kwestii skupiłbym się jednak na pytaniu o reformę podatku PIT. Np. czy on ma być progresywny. Sensownym rozwiązaniem jest to, aby najbogatsi płacili składki. Przecież po przekroczeniu 30- krotności przeciętnego wynagrodzenia najbogatsi przestają w ogóle płacić składki na ZUS. A wynagrodzenia mają takie, że ich wpływy do ZUS kończą się w styczniu czy lutym.
Kwestia wyższych płac wymaga wielu rzeczy do naprawienia, reformowania i zmieniania. To będzie postępowało stopniowo. Na razie posunięcia rządu cieszą się dużą aprobatą społeczną, co możemy wyczytać w sondażach poparcia. Idąc swoją drogą, rząd Beaty Szydło może zapewnić Prawu i Sprawiedliwości drugą kadencję.
Janusz Szewczak