Nie było franków na magazynie
Czwartek, 9 czerwca 2016 (03:17)Prezydencki zespół powołany do opracowania kształtu tzw. ustawy frankowej zakończył swoją pracę. Kilka dni wcześniej swoją opinię ws. tzw. kredytów frankowych przedstawił Rzecznik Finansowy. Przygotowany przez niego raport, który uważam za wyjątkowo profesjonalny i uczciwy, wnosi nową jakość do sprawy tzw. kredytów frankowych.
Po kolei – rzecznik finansowy, czyli przedstawiciel państwa polskiego, jednoznacznie wskazał, że można mieć zasadnicze wątpliwości, czy udzielane przez banki kredyty, w rozumieniu art. 69 polskiego prawa bankowego, były kredytami walutowymi. Rzecznik twierdzi, że one miały charakter złotowy, a klauzule indeksacyjne i denominacyjne wprowadzały dodatkowe zamieszanie i są równie wątpliwe. Rzecznik mówi wręcz o możliwości obchodzenia prawa przez banki, co mogłoby być podstawą do zwrotu nadpłaconych rat. W tę retorykę wpisuje się też ostatni wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie, który uznał, że banki udzielały kredytów złotowych. Wobec tego nakazał zwrot nadpłaconych rat i pozostawił obniżone stopy procentowe oparte o LIBOR. To wszystko tworzy nową jakość.
W kontekście opinii rzecznika i wyroku sądu propozycje zespołu prezydenckiego nie wydają się atrakcyjne i w pełni klarowne. Dlaczego? Ustalono aż cztery rodzaje tzw. kursu sprawiedliwego czy zastosowano skomplikowaną formułę negocjacyjną między zainteresowanymi a bankami. Co prawda zaproponowano możliwość tzw. odejścia, czyli oddania mieszkania i rezygnacji z dalszej spłaty kredytu, ale nie sprecyzowano, co z zapłaconymi już ratami, które wpłacano przez ostatnie dziesięć czy więcej lat. Nie wiemy, co ze spreadami walutowymi, których kwoty sięgają 13-15 mld zł.
To nie jest jeszcze projekt ustawy, ale pewne założenia i wskazówki. Propozycje zespołu prezydenckiego są wyjątkowo zawiłe i niezrozumiałe dla przeciętnego kredytobiorcy. W mojej ocenie, ustawa ta powinna być prosta i jednoznaczna, żeby mogła być skutecznie zastosowana. Nadmiernie rozbudowany system procedur spowoduje, że żadna ze stron nie będzie zadowolona. Przed nami więc godziny prac legislacyjnych, żeby opracować spójny i korzystny dla 1,5 mln Polaków projekt ustawy.
Osobiście uważam, że najbardziej racjonalnym wyjściem byłoby uznanie tych kredytów za złotowe z natychmiastowym przewalutowaniem po kursie z dnia zaciągnięcia kredytu. Kredytobiorcy, którzy zyskali na tańszych ratach w stosunku do kredytobiorców złotowych, powinni zwrócić różnicę. Natomiast dalej spłacaliby swój kredyt na innych warunkach i od znacznie niższej sumy. Inaczej osoby te nie wydostaną się ze studni zadłużenia. Wielu tzw. frankowiczów jest w takiej sytuacji, że po 10 latach spłacania kredytu, biorąc 1 mln, mają do spłacenia 2 mln.
Warto przypomnieć bankom, że nie sprzedaje się towaru, jak się go nie ma na magazynie, a banki nagminnie udzielały kredytów, nie mając franków. Dzisiaj doprowadziły do tej niebezpiecznej sytuacji, kiedy jedynym zabezpieczeniem dla tzw. 30-letnich kredytów frankowych na olbrzymią kwotę 40 mld franków są depozyty i lokaty 3- czy 6-miesięczne w polskich złotych. To jest rzecz niedopuszczalna również z punktu widzenia prawa europejskiego i ktoś powinien za to ponieść odpowiedzialność.
Ewidentnie zawiedli w tej sprawie nie tylko politycy, ale przede wszystkim organy nadzoru i kontroli nad rynkiem finansowym, a zwłaszcza KNF.
Sprawa tzw. ustawy frankowej jest o tyle delikatna, że trzeba tak ją opracować, aby nie legalizować bezprawia. Uznanie tzw. kredytów frankowych nawet za częściowo legalne będzie powodować roszczenia banków i w konsekwencji budżet państwa będzie musiał wypłacać odszkodowania. Arbitraż i odszkodowania narażą Skarb Państwa na gigantyczne koszty. Do tego nie można dopuścić, bo przeciętny podatnik nie może dokładać do bezprawnych działań banków i nadmiernej chciwości.
Janusz Szewczak