Decyzja już zapadła?
Wtorek, 7 czerwca 2016 (22:32)Z Kazimierzem Gołojuchem, posłem Prawa i Sprawiedliwości, przewodniczącym Prezydium Polsko-Francuskiej Grupy Parlamentarnej, rozmawia Mariusz Kamieniecki.
Jaki jest efekt dzisiejszego spotkania Prezydium Polsko-Francuskiej Grupy Parlamentarnej w sprawie łańcuckiego Polmosu?
– Było to spotkanie grupy polsko-francuskiej, grupy bilateralnej z przedstawicielami firmy Marie Brizard Wine & Spirits na Polskę oraz dyrektorem generalnym MarieBrizard Wine & Spirits Jean-Noël Reynaud, który specjalnie przybył z Francji. Spotkanie, w którym uczestniczył m.in. senator prof. Aleksander Bobko, trwało półtorej godziny. Mogę powiedzieć, że żaden z argumentów, jakie padały z mojej strony, ze strony pozostałych parlamentarzystów za tym, aby kontynuować produkcję w Łańcucie, utrzymując miejsca pracy, żeby podtrzymać ponad 250-letnią tradycję produkcji markowych alkoholi oraz żeby utrzymać jedyne w swoim rodzaju Muzeum Gorzelnictwa, niestety nie został przyjęty. Ze strony francuskiego właściciela praktycznie głos zabierał tylko dyrektor Jean-Noël Reynaud, który w kółko powtarzał to samo.
Czyli co?
– Mogliśmy usłyszeć jedynie, że Francuzi mogą zaoferować budowę gorzelni za sumę 20 milionów euro, że muszą przenieść produkcję do Starogardu Gdańskiego, ograniczyć zatrudnienie w Fabryce Wódek Polmos Łańcut. Mogą też pozostawić w Łańcucie, ale tylko do końca 2017 r., produkcję części alkoholi kolorowych, w tym słynnych słynne Rosolisów – likierów na bazie receptur hrabiego Alfreda Potockiego. Po tym terminie w Łańcucie miałaby pozostać tylko gorzelnia. Z naszej strony na takie warunki, żeby zaprzestać produkcji i zwolnić załogę, zgody nie było, nie ma i nie będzie.
Załoga Polmosu, która w ubiegłym tygodniu pikietowała przed Ambasadą Francji w Warszawie, otrzymała zapewnienie od ambasadora o pomocy w negocjacjach. Czy w dzisiejszym spotkaniu uczestniczył ktoś z ambasady Francji?
– Owszem, w spotkaniu w Sejmie uczestniczył przedstawiciel ambasady Francji w Polsce, ale można powiedzieć tylko, że był, bo nawet nie zabierał głosu. Co więcej, nawet się o to nie starał. Wszyscy po stronie francuskiej patrzyli na dyrektora Jean-Noël Reynaud, który dominował i jako jedyny z tamtej strony zabierał głos. Praktycznie jako takiego wsparcia dla postulatów załogi Polmosu ze strony ambasady Francji nie było. Widać wszyscy wyszli z założenia, że skoro szef, czyli dyr. Reynaud mówi, to pozostałym już nie wypada. Przedstawiciel ambasady Francji czy radca handlowy mógł zabrać głos, ale zwyczajnie tego nie zrobił.
Czy rzeczywiście jest tak, jak twierdzą przedstawiciele załogi uczestniczący w rozmowach w sprawie pakietu socjalnego, że Francuzi nie chcą ustąpić i krok po kroku realizują swój scenariusz likwidacji fabryki?
– Doskonale pan to odczytał. My ze swej strony widzimy to bardzo podobnie. Tak rzeczywiście to wygląda. Jesteśmy w stałym kontakcie z załogą Polmosu oraz ze związkami zawodowymi, którzy bardzo racjonalnie podchodzą do tematu, walcząc jedynie o swoją godność i miejsca pracy. Takie, a nie inne działania francuskiego właściciela mają na celu likwidację zakładu, bo jeśli nie będzie produkcji, jeśli zostanie zwolnionych 130 ze 159 zatrudnionych pracowników, to pozostanie jedynie garstka konieczna do obsługi gorzelni. Oczywiście zakładając, że taka gorzelnia w ogóle powstanie, bo tak naprawdę oprócz ustnych deklaracji dyr. Reynaud żadnej innej gwarancji, że taka gorzelnia powstanie, po prostu nie ma. Fabryka Wódek Polmos Łańcut bez produkcji renomowanych alkoholi – jak to ma miejsce obecnie – de facto przestanie istnieć. Wówczas również Muzeum Gorzelnictwa, o którym wspomniałem wcześniej, które stanowi nasze dziedzictwo narodowe, też stanie przed widmem rozpadu.
Jakie argumenty za likwidacją przedstawia dyrektor Jean-Noël Reynaud?
– Te argumenty to m.in. konieczność konsolidacji produkcji w związku z coraz większą konkurencją na rynku i spadkiem sprzedaży ich wyrobów. Zdaniem dyr. Reynaud środki, jakie muszą wydawać na reklamy, to grube miliony, których firma nie ma. Padał też argument, że w Łańcucie w zasadzie się nie produkuje wódki, a jedynie się ją rozlewa, a spirytus trzeba na Podkarpacie sprowadzać aż ze Starogardu Gdańskiego.
Co stoi na przeszkodzie, żeby spirytus był produkowany w Łańcucie?
– Z naszej strony oczywiście takie pytania padały. Zresztą były to nie tylko pytania, ale propozycje, żeby oprócz produkcji destylatu w Łańcucie sprowadzić tu w przyszłości urządzenia do produkcji czystego spirytusu i ruszyć z taką produkcją. Przecież można by było produkować w Łańcucie spirytus do celów medycznych czy bioetanolu stosowanego jako biokomponent benzyn silnikowych. Jednak te i inne argumenty nie docierały do Francuzów. W odpowiedzi niczym mantrę słyszeliśmy, że oni muszą stanąć na nogi, muszą zwiększyć swoje dochody, w tym celu m.in. wybudować destylarnię. Temu ma służyć koncentracja produkcji w Starogardzie Gdańskim itd. Niestety, obok wspomnianych przeze mnie żadnych innych argumentów ze strony Francuzów nie usłyszeliśmy, również nasze uwagi trafiały niczym kula w płot. Słyszeliśmy: „Nie, bo nie…”.
Pozostając w retoryce Marie Brizard Wine & Spirits, próbując stanąć na nogi, kładzie na łopatki dobrze prosperującą fabrykę w Łańcucie, wysyłając na bruk jej pracowników i ich rodziny…
– To wielka tragedia dla załogi, dla rodzin oraz dla powiatu łańcuckiego i dla miasta Łańcut, które stracą wpływy z podatku od nieruchomości, ale wizerunkowo też dla woj. podkarpackiego. Oznacza to także wymierne straty dla państwa z tytułu zmniejszenia wpływów z akcyzy. Warto też zauważyć, że w Łańcucie powstają kremy, do produkcji których rocznie potrzeba dwustu ton cukru. Pośrednio stracą też producenci cukru.
Łańcucki Polmos nie jest pierwszym zakładem w Polsce, jaki firma Marie Brizard Wine & Spirits kupiła, a następnie dąży do likwidacji. Wystarczy tylko wspomnieć Polmos w Krakowie. Czy biorąc pod uwagę te działania i to, co widzimy, możemy w tym wypadku mieć do czynienia z tzw. wrogim przejęciem?
– Trudno mi się do tego jednoznacznie ustosunkować, bo szczegółów nie znam, ale muszę powiedzieć, że przemysł monopolowy czy szerzej przemysł rolno-spożywczy w Polsce na przestrzeni minionych lat przechodził dziwne zawirowania i przechodzi nadal. Jakie są zamysły obecnych właścicieli Polmosu i co tak naprawdę tkwi w ich umysłach, tego nie wiem. Natomiast działania te rozpoczęły się, kiedy ministrem przekształceń własnościowych był Wiesław Kaczmarek, bo to za jego rządów nastąpiła prywatyzacja Polmosu, grabieżcza prywatyzacja, co trzeba otwarcie powiedzieć. Są na to raporty NIK, raporty, które są w moim posiadaniu i dokładnie je przeanalizowałem. To wówczas sprzedano Polmos Łańcut obcemu podmiotowi za 13 milionów złotych, podczas gdy same marki, jakie posiadała ta firma, a także znaki towarowe były warte wielokrotnie więcej. Do tego należy doliczyć magazyny pełne alkoholi w momencie prywatyzacji. To dodatkowo zwiększało wartość tej fabryki. I to działanie w 2001 r. było z całą pewnością grabieżcze. Następstwem tych działań były kolejne sprzedaże, kiedy Polmos Łańcut – można powiedzieć –przechodził z rąk do rąk, a na światło dzienne wychodziły tylko niektóre posunięcia. Zmieniali się właściciele i nazwy, stąd mieliśmy po drodze takie firmy jak: Sobieski, Belvedere Dystrybucja, Sobieski Dystrybucja, a w końcu Marie Brizard Wine & Spirits. I mimo tych zawirowań, braku inwestowania w zakład łańcucki Polmos przez tyle lat trwał, produkował i nie przynosił strat. Co więcej, z wypracowanych przez Łańcut środków pokrywano zadłużenie, które wygenerowały inne zakłady właściciela.
Przed dzisiejszym spotkaniem mówiło się, że będzie to ostatnia szansa na uratowanie Polmosu Łańcut. Czy w tej sytuacji jest scenariusz „B”?
– Mając na uwadze zaprezentowane dzisiaj bardzo twarde, wręcz nieprzejednane stanowisko dyrektora Jean-Noël Reynaud, który – jak wspomniałem – mówił w imieniu i za wszystkich, nie napawa to optymizmem, że coś się może zmienić na lepsze. Ze strony posłów obecnych na spotkaniu były kierowane prośby, aby nie robić ludziom krzywdy, ale wątpię, żeby Francuzi się zreflektowali i zmienili czy też złagodzili swoją decyzję.
Jest jeszcze jedna kwestia, a mianowicie co stało na przeszkodzie, żeby w dzisiejszym spotkaniu mogli uczestniczyć przedstawiciele załogi, którzy byli przed Sejmem?
– Owszem, część pracowników przyjechała do Warszawy. Oczywiście nie wszyscy, bo większości nie pozwolono wziąć urlopów. Tak czy inaczej Francuzi nie zgodzili się, żeby obecni przed Sejmem przedstawiciele załogi Polmosu mogli uczestniczyć w spotkaniu. Co więcej, z trudem udało mi się ich przekonać do udziału w rozmowach przedstawicieli samorządu Łańcuta. Jeśli zaś chodzi o załogę, to padło kategoryczne „nie”. W przeciwnym wypadku Francuzi zagrozili nawet zerwaniem spotkania.
To dziwne. Jak zatem wyobrażają sobie dalsze relacje z załogą Polmosu Łańcut, skoro jej wyraźnie unikają czy wręcz ją lekceważą?
– To dziwny styl komunikowania się z pracownikami. Zresztą dowiedziałem się, że dyrektor Jean-Noël Reynaud, jeśli w ogóle już pojawia się w jakimś zakładzie, to nie spotyka się z całym zarządem jednocześnie, ale każdego wzywa pojedynczo do gabinetu. Dzisiaj podczas spotkania w Sejmie w sposób butny zaznaczył, że firma mogła postąpić z załogą Łańcuta znacznie ostrzej, a mianowicie zlikwidować zakład bez tłumaczenia. Odniosłem wrażenie, że wielką łaskę nam zrobił, przylatując do Polski na to spotkanie. Nie było to tylko moje wrażenie, ale także pozostałych osób uczestniczących w dzisiejszym spotkaniu. Wszyscy zgodnie podkreślali, że nie widzieli gotowości do kompromisu czy w ogóle wykazania dobrej woli, absolutnie tego nie było. Mieliśmy za to pokaz ignorancji i kategoryczną demonstrację z pozycji właścicielskiej surowej, zimnej analizy finansowej, z której wynikało, że decyzja już zapadła, a dalsze rozmowy nie mają sensu czy wręcz są stratą czasu. Tak to wyglądało.
Takie zachowanie zakrawa na butę…
– Ale tak było. I to nie jest tylko pana czy moje spostrzeżenie. Proszę mi wierzyć, że brałem już udział w wielu negocjacjach, często trudnych, bo bywało różnie, ale z taką butą i arogancją jak dzisiaj ze strony dyrektora generalnego Marie Brizard Wine & Spirits nigdy wcześniej się nie spotkałem. Owszem, często negocjacje były odkładane na później, żeby każda ze stron mogła jeszcze coś przemyśleć, rozważyć propozycje drugiej itd., ale w tym wypadku nie było nawet mowy o kompromisie. Nawet nie zachowano pozorów, była za to zimna i twarda kalkulacja. Jasno dano nam do zrozumienia, że kolejnych spotkań nie będzie. Chcę jeszcze dodać, że w tym spotkaniu brali udział parlamentarzyści reprezentujący wszystkie kluby w Sejmie i Senacie, które – jak wiemy – rzadko są zgodne w ocenach, ale po tym, co dzisiaj zobaczyliśmy, zgodnie podsumowaliśmy, że z czymś podobnym nie spotkaliśmy się nigdy wcześniej. Odbiór przez wszystkich był jednakowy, a mianowicie, że podejście francuskiego właściciela do parlamentarzystów, ale też do pracowników jest skandaliczne. Szkoda, że przedstawiciele Marie Brizard Wine & Spirits nie wzięli pod uwagę, że nie są jedynymi inwestorami w Polsce i że skandaliczne, lekceważące zachowanie dyrektora tej firmy może rzutować na postrzeganie innych francuskich biznesmenów, którzy mają dobre intencje i chcą robić u nas interesy.