• Sobota, 21 marca 2026

    imieniny: Benedykta, Filemona

Czas na konkrety

Sobota, 28 maja 2016 (12:37)

Z Romanem Jakimem, przewodniczącym Sekcji Krajowej Przemysłu Lotniczego NSZZ „Solidarność”, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Niedawno sąd oddalił wniosek PZL Świdnik wobec MON o zamknięcie przetargu. Czy to, jakkolwiek nie spojrzeć, może oznaczać zwiastun końca walki o kontrakt śmigłowcowy?

– Z pewnością mamy zakończenie procesu, ale na pewno nie jest to zakończenie walki o przetarg śmigłowcowy. Informacja na dziś jest taka, że sąd oddalił pozew PZL Świdnik, w który producent domagał się, aby MON zakończyło przetarg bez wskazywania zwycięzcy. Sąd zdecydował o oddaleniu pozwu i zasądził koszty postępowania, które ma pokryć PZL Świdnik. Póki co nie mamy jednak uzasadnienia, na które czeka załoga ze Świdnika i cała branża lotnicza w Polsce. Jako Sekcja Krajowa Przemysłu Lotniczego NSZZ „Solidarność” podtrzymujemy swoje stanowisko, ale też swoje oczekiwania wobec rządu, że zgodnie z deklaracjami składanymi w trakcie kampanii wyborczej zarówno przez obecnego prezydenta Andrzeja Dudę, jak i premier Beatę Szydło, a także ministra obrony Antoniego Macierewicza będą wspierać polski przemysł i przemysł w Polsce, a więc dbać o miejsca pracy w naszych zakładach. Stąd też liczymy ostatecznie na pozytywne rozstrzygnięcie. Póki co trwa procedura negocjacji offsetu i z jednej strony towarzyszy temu napięcie, ale z drugiej strony staramy się zrozumieć, że obecny rząd nie bardzo ma możliwość powiedzenia definitywnie „koniec”, żeby nie zostać oskarżonym o złą wolę, a w konsekwencji żeby nie płacić wysokich odszkodowań.

Ten temat jeszcze rozwiniemy, ale pozostając przy procesie sądowym, co, Pana zdaniem, zdecydowało o takim, a nie innym rozstrzygnięciu pozwu PZL Świdnik?

– Nie wyobrażam sobie, żeby sąd, wydając werdykt, wziął pod uwagę inne powody niż jakieś formalne niedociągnięcia. Stan wiedzy, jaką my posiadamy jako strona związkowa na temat szczegółów postępowania przetargowego, pozwala sądzić, że tylko względy merytoryczne mogły zdecydować o oddaleniu pozwu. W innym wypadku wychodziłoby na to, że po kolei wszyscy mówili nieprawdę, zarówno prezesi ze Świdnika, jak i z Mielca.

Czy to nie dziwne? Skoro mówi się, że żadna z ofert nie spełniała wymogów formalnych, to jakim cudem do dalszego etapu zakwalifikowano ofertę Airbus Helicopters, odrzucając pozostałe – Świdnika i Mielca?

– To jest dobre pytanie… Osobiście nie bardzo rozumiem, jak do tego doszło. Jeśli zaś chodzi o decyzję sądu, to więcej będzie można powiedzieć po uzasadnieniu, choć wiele wskazuje, że uzasadnienie to zostanie utajnione, zresztą jak większość kwestii dotyczących przebiegu przetargu śmigłowcowego. Jednak takie podejście niczego nie załatwi, bo nadal będziemy tkwili w przekonaniu, że Airbus Helicopters, podobnie jak oferty PZL Świdnik i PZL Mielec, nie spełnił wymogów.

Przetarg na śmigłowiec wielozadaniowy dla polskiej armii to tysiące miejsc pracy.  Czy jest jeszcze szansa, że powstaną one w Polsce, a nie we Francji?

– Znamy ofertę offsetową Mielca, Świdnika. Wiemy, że w przypadku wygranej tych firm zostaną utrzymane, a dodatkowo powstanie kilkaset miejsc pracy. Natomiast w przypadku wygranej Airbus Helicopters nie wierzę w żadne deklaracje co do utworzenie montowni w okolicach Łodzi. To firma, która nie dotrzymuje słowa i już raz nas oszukała. Przypomnijmy sobie, że przed kilku laty mieliśmy przetarg na śmigłowiec dla Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, gdzie Airbus Helicopters, który wówczas startował i wygrał pod nazwą Eurocopter Group, miał stworzyć Centrum Obsługi Posprzedażnej dla Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, zatrudniając ponad dwieście osób. Minęły lata, a zapowiadanego centrum jak nie było, tak nadal nie ma. Stąd uważam, że w przypadku gdyby doszło do wygranej Francuzów w przetargu śmigłowcowym dla polskiego wojska, miejsca pracy w Polsce i tak nie powstaną. Tym bardziej że według planów bodajże już w przyszłym roku ok. 20 śmigłowców miałoby trafić na wyposażenie naszych sił zbrojnych. Pytanie brzmi, gdzie te śmigłowce miałyby zostać wyprodukowane, czy do tego czasu jest w ogóle możliwe wybudowanie zakładu w Polsce i ile miejsc pracy powstałoby u nas. Odpowiedź jest prosta – to nierealne. Dlatego dla mnie Airbus Helicopters jest firmą niewiarygodną.  

Podczas kampanii wyborczej PiS zapowiadało rewizję przetargu, w którym poprzedni rząd postawił na ofertę francusko-brytyjską. Od wyborów minęło już ponad pół roku, tymczasem decyzji jak nie było, tak dalej nie ma. Czy jakieś informacje docierają do związków zawodowych?

– Oficjalnie – tak jak zresztą już wspomniałem – są prowadzone umowy offsetowe w resorcie gospodarki i to wszystko, co na ten temat można powiedzieć. Są one prowadzone w dobrej wierze, po to, aby nie dać nikomu argumentu do ręki, że nie spełniono wymogów, co oznaczałoby odszkodowania. Chociaż według naszej wiedzy na etapie składania ofert każda ze stron – tak zrobił i Mielec, i Świdnik – zastrzegła, że w przypadku przegranej w przetargu nie będzie sobie rościć prawa do odszkodowania. I przyznam Panu, że nie wiem, co takiego się wydarzyło, że teraz rząd polski miałby płacić odszkodowania, gdyby ten przetarg został unieważniony czy rozstrzygnięty bez wyboru ofert. Chyba że w tzw. międzyczasie przez rząd PO – PSL zostało zrobione coś, czego nie wiemy, np. jakieś ustalenia zostały poczynione, które teraz nakładałyby surowe konsekwencje na obecny rząd. W mojej ocenie takie rzeczy nie powinny mieć miejsca. Tymczasem dzisiaj mamy informacje ze strony resortu obrony, że dopóki nie zostanie podjęta decyzja w sprawie offsetu, to sprawa jest w toku. I to też jest jakaś paranoja, bo okazuje się, że to nie polski rząd, a więc ten, który płaci za sprzęt, stawia warunki i decyduje o tym, kiedy i jak zakończą się rozmowy na temat offsetu, ale oferent, w tym wypadku Francuzi. Jeżeli ktokolwiek może mieć prawo powiedzieć „koniec! – nie przyjmujemy tych warunków” czy „nie godzimy się na takie warunki”, to może to być tylko polski rząd.

Kwestie szczegółowe są objęte tajemnicą, ale można tylko domniemywać, że być może obecny rząd odziedziczył takie, a nie inne warunki po poprzedniej ekipie. Czy, Pana zdaniem, na finiszu negocjacji prowadzonych przez rząd PO – PSL mogło dojść do czegoś, czego skutki dzisiaj odczuwamy?

– Nie można tego wykluczyć. Co zatem się wydarzyło, co minister Siemoniak z wiceministrem Mroczkiem podpisali czy też do czego się zobowiązali, że dzisiaj są takie problemy? Czy jest to słuszny tok myślenia, czy też nie i cokolwiek nie wydarzyłoby się za poprzedniej ekipy, to jedno jest pewne, że nie mieli prawa zrobić niczego, co mogłoby wywrzeć negatywne skutki dla tego przetargu. W przypadku negocjacji offsetowych na każdym etapie każda ze stron ma prawo powiedzieć „koniec”. Natomiast dzisiaj otrzymujemy informację, że minister obrony nic nie może zrobić, i wychodzi na to, że tylko Francuzi mogą powiedzieć „koniec”, jeśli uznają za stosowne i nie godzą się na stawiane warunki. To niedorzeczne, to coś niebywałego, żeby ktoś, kto kupuje przecież nie łyżki czy widelce, ale sprzęt obronny wart miliardy złotych nie miał nic do powiedzenia. Z drugiej jednak strony, kiedy wsłuchać się w debatę sejmową na temat audytu i tego, co odziedziczył rząd PiS po ośmiu latach rządów koalicji PO – PSL, to można mieć podejrzenia, że wszystko się mogło wydarzyć.

Panie Przewodniczący, proszę powiedzieć, jakie skutki już wywołała w polskich zakładach w Mielcu i Świdniku – wprawdzie nieostateczna jeszcze – decyzja poprzedniego rządu o wyborze francuskich caracali?

– W PZL Mielec zwolnionych zostało pięćset osób i gdybym powiedział, że jest to tylko i wyłącznie skutek odrzucenia oferty Black Hawków, to byłaby to duża przesada, ale prawdą jest, że decyzja rządu PO – PSL nie była bez znaczenia, gdy chodzi o redukcję zatrudnienia w tej firmie, która bardzo liczyła na kontrakt. Druga niesłychanie istotna sprawa to fakt, że firma Sikorsky – właściciel PZL Mielec, która od listopada ubiegłego roku wchodzi w skład największego koncernu zbrojeniowego na świecie Lockheed Martin, też czeka na decyzje w sprawie przetargu śmigłowcowego i póki co nie inwestuje w mielecki zakład tak, jak tego życzylibyśmy sobie. Gdyby natomiast ten przetarg został rozstrzygnięty po myśli Mielca, to najprawdopodobniej Lockheed Martin poczyniłby znacznie szersze plany, co oznaczałoby poważniejsze inwestycje. Póki co trwa wyczekiwanie, i to zarówno w Mielcu, jak i w Świdniku, co absolutnie nie służy tym zakładom. Jeżeli okazałoby się, że ostatecznie zwycięzcą przetargu jest Airbus Helicopters, to również PZL Świdnik zacznie redukować zatrudnienie. Dziś tego nie robi, bo – jak sądzę – liczy na korzystne rozstrzygnięcie trwającego postępowania. Jeżeli nadzieja umrze i to Francuzi zaczną dostarczać nam śmigłowce, to prawdopodobnie w Świdniku trzeba się będzie liczyć ze zwolnieniami.

Przeciąganie tego procesu przetargowego nie służy nie tylko PZL Mielec czy PZL Świdnik, ale – w obecnej sytuacji geopolitycznej i przy wydarzeniach, jakie mają miejsce za naszą wschodnią granicą – wręcz zagraża naszemu bezpieczeństwu…

– Takie są fakty. Ponadto mamy nieustającą nagonkę Komisji Europejskiej na polski rząd, a w lipcu w Warszawie odbędzie się szczyt NATO. Wiemy też, jak do tych kwestii podchodzą np. Francuzi, a zwłaszcza Niemcy, którym nie zależy na wzmocnieniu wschodniej flanki, w tym Polski, bo oba te państwa prowadzą „miękką” politykę wobec Kremla i bardziej zależy im na interesach niż na bezpieczeństwie poszczególnych państw. I co by w tej sytuacji nie powiedzieć, to z całą pewnością należy stwierdzić, że jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji.

Tak czy inaczej nie zwalnia to obecnego rządu od odpowiedzialności za bezpieczeństwo Polski i Polaków...

– Kiedy sobie przypominam nasze debaty, rozmowy na antenie Radia Maryja czy w Telewizji Trwam z wówczas jeszcze posłem Antonim Macierewiczem czy Bartoszem Kownackim, to nie ukrywam, że wówczas zastanawiałem się, kto z nas jest bardziej związkowcem, kto bardziej kategorycznie stawia sprawę: politycy czy związki zawodowe. Jednak kiedy przejmuje się władzę, to  na pewne sprawy patrzy się nieco inaczej. Ale jak głosi przysłowie: „słowo się rzekło, kobyłka u płotu” i my czekamy na takie decyzje ministra, które pozwolą naszym zakładom na utrzymanie miejsc pracy, funkcjonowanie, rozwój i dostarczanie najwyższej jakości sprzętu wojskowego naszej armii. Bo śmigłowce zadaniowe to jest ważny, ale tylko jeden z tematów. Przypomnę, że będą jeszcze m.in. śmigłowce szturmowe i ja liczę, powiem więcej: wierzę, że minister Macierewicz i wszyscy ministrowie tego rządu to są polscy patrioci i nie pozwolą na likwidację miejsc pracy w Polsce.

No właśnie, obok wciąż nierozstrzygniętego przetargu na śmigłowiec wielozadaniowy dla polskiej armii do gry zaczyna wchodzić Boeing, który w ostatnich dniach podpisał list intencyjny z Polską Grupą Zbrojeniową. Czy i jakie nadzieje należy wiązać z tym projektem, o ile dojdzie do skutku?

– Nie ukrywam, że patrzymy na to z optymizmem. Jak widać, obecny szef MON chce w taki sposób powiązać międzynarodowe koncerny z Polską Grupą Zbrojeniową, aby w przyszłości przyniosło to pozytywne efekty zarówno pod kątem wzmocnienia produkcji w tych zakładach, ale też tworzenia miejsc pracy i rozwoju tych zakładów. Czekamy na konkrety, bo – tak jak powiedziałem – w przypadku przetargu na śmigłowiec wielozadaniowy dla polskiej armii nasze załogi w Mielcu i Świdniku coraz bardziej się niecierpliwią. Z jednej strony można powiedzieć, że daliśmy temu rządowi kredyt zaufania, bo rozumiemy, że są to sprawy trudne, ale z drugiej strony uważamy, że najwyższy już czas na konkrety.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki