• Sobota, 21 marca 2026

    imieniny: Benedykta, Filemona

Polska wojna o handel

Środa, 25 maja 2016 (04:12)

Ministerstwo Finansów poinformowało o założeniach podatku od hipermarketów. Podatek będzie miał dwie stawki –  0,8 procent i 1,4 procent oraz 17 mln zł kwoty wolnej od podatku. 

Przed nami kolejna odsłona polskiej bitwy o handel. Z pierwszą mieliśmy do czynienia przed II wojną światową. Wtedy ona odbywała się pod hasłem: „Swój do swego i po swoje”. Była przejawem zdrowej oddolnej samoorganizacji społeczeństwa i ówczesnych środowisk kupieckich.

Druga odsłona naszej wewnątrz polskiej bitwy o handel miała zdecydowanie czarne barwy, bo realizowały ją po 1945 r. rządy komunistyczne w osobie ministra Hilarego Minca. Jej celem było unicestwienie resztek prywatnej przedsiębiorczości.

Teraz mamy trzecią bitwę o handel. Jej celem jest nie tyle dyskryminacja obcego kapitału w naszym sektorze bankowym, co po prostu wyrównanie boiska, na którym toczy się gra rynkowa pomiędzy mniejszymi podmiotami handlowymi Polski a większymi zagranicznymi. Właśnie obcy inwestorzy zdominowali handel wielkopowierzchniowy i wysokoobrotowy w Polsce w ostatnich latach. Nie płacili przy tym podatków lub płacili je w niewielkim procencie w stosunku do wielomiliardowych zysków. Czasem, o zgrozo,  otrzymywali zwroty podatków z działalności w naszym kraju, tak jakby ta działalność miała charakter charytatywny.

Na czym polegać ma to wyrównanie szans? Oczywiście nie możemy segregować przedsiębiorstw handlowych ze względu na pochodzenie kapitału, bo na to nie pozwoli nam Komisja Europejska. Wiadomo, kapitał nie ma narodowości, ale ma właściciela, który ma konkretne obywatelstwo. Nie da się zrobić prostego rozróżnienia ze względu na kraj czy osobę. Trzeba więc tak obrać kryteria w ten sposób, aby bez mówienia wprost osiągnąć efekt równania boiska. Dlaczego to boisko było nierówne? Bo polski przedsiębiorca w porównaniu do tych z zagranicy będących częścią dużych grup kapitałowych nie miały możliwości dokonywania ponad granicami optymalizacji podatkowej, a więc przerzucania się dochodami i kosztami w tak odpowiedni sposób, by w naszym kraju nie płacić podatków. To przerzucanie się przychodami i kosztami w przypadku podatku od obrotu nie będzie możliwe od 1 lipca, bo taką datę podają media, powołując się na resort finansów.

Jako że nie można powiedzieć wprost, dlaczego podatek ten będzie wprowadzony, zdecydowano, że będzie on progresywny z kwotą wolną do 17 mln zł rocznie. Z tego podatku wyłączone będą sklepy internetowe, z których wiele ma polskich właścicieli lub są start-upami. Bardzo dobrze się stało, że ktoś postanowił wyłączyć spod tego podatku ten rodzaj sklepów.

Rząd liczy, że w drugiej połowie tego roku osiągnie dodatkowy dochód z tytułu tego podatku w wysokości około 1 mld zł, myślę, że jest to cel do osiągnięcia. Ale zwrócę uwagę, że od pierwszego dnia funkcjonowania nowych rozwiązań należy sytuację  monitorować, szczególnie w zakresie skutków.

Myślę, że po wprowadzeniu tego podatku przyjdzie czas na to, na co czekają wszyscy podatnicy, czyli obniżenia obciążeń pracy. Ta jest w Polsce nadmiernie obciążona, to prowadzi do większego bezrobocia, do niższego standardu życia etc. Praca jest fundamentem i źródłem bogactwa i zamożności każdego z nas i całych narodów. Jeżeli rząd chce polską gospodarkę naprawiać, powinien przede wszystkim ulżyć osobom pracującym.

Nie uczestniczyłem w pracach nad tym podatkiem, ale dzięki mediom mogliśmy je obserwować. Prace trwały długo, konsultacje były szerokie i wnikliwe. Powołano specjalny zespół do opracowania projektu tego podatku, nie tylko w resorcie finansów, ale również w Sejmie, pod przewodnictwem posła Adama Abramowicza, który prawie przez całe życie był kupcem. Ufam, że rozwiązania te zostały dopracowane, a cel został osiągnięty. Nie znam całego projektu, więc przy swoich słowach zostawiam znak zapytania. Mimo wszelkich zastrzeżeń jestem dobrej myśli.

Dr Marian Szołucha