• Piątek, 10 kwietnia 2026

    imieniny: Michała, Makarego

Rząd szuka wroga

Czwartek, 22 listopada 2012 (02:00)

Czy aparat władzy próbuje używać służb specjalnych do pacyfikacji prawicowej opozycji?

Posłowie wysłuchają dzisiaj informacji w sprawie "planu prewencji przeciw zwiększonej aktywności ugrupowań skrajnie prawicowych oraz eskalacji incydentów o podłożu ksenofobicznym i nacjonalistycznym".

O informację wnioskował klub Ruchu Palikota. Zadziwiająca koincydencja z teatralną konferencją prasową ABW i prokuratury sprzed dwóch dni, na której ujawniono informację o udaremnieniu rzekomego zamachu terrorystycznego na "konstytucyjne organy państwa", a konkretnie premiera i jego gabinet, prezydenta i posłów.

Szybko wyszło na jaw, że niedoszły zamachowiec był bardzo krytyczny wobec premiera Donalda Tuska i prezydenta Bronisława Komorowskiego, sympatyzował z partiami prawicy, a jego poglądy polityczne prokurator Mariusz Krasoń określił jako "nacjonalistyczne, ksenofobiczne i antysemickie".

Do dziś nie milkną również echa tego, co wydarzyło się podczas ostatniego Marszu Niepodległości. Policja została oskarżona przez organizatorów marszu o prowokowanie zamieszek. Świadczyć o tym miało wmieszanie się w tłum wywiadowców policyjnych, których twarze maskowały kominiarki i kaptury bluz dresowych.

Dziś działaniami policji na marszu zajmie się sejmowa Komisja Spraw Wewnętrznych. Wczoraj przedstawiciel SLD złożył wnioski: o delegalizację stowarzyszenia Młodzież Wszechpolska oraz o "wyjaśnienie formalnego działania ONR". SLD zwrócić ma się też do premiera o "lustrację środowisk faszyzujących".

Zdaniem Roberta Winnickiego, prezesa Młodzieży Wszechpolskiej, establishment polityczny, w tym ekipa sprawująca władzę w Polsce, próbuje walczyć z organizatorami Marszu Niepodległości, który zgromadził 11 listopada kilkadziesiąt tysięcy uczestników.

- Wskazuje na to zarówno to, co dzieje się od tygodnia po Marszu Niepodległości, jak i historia związana z ujawnieniem przez ABW rzekomego zamachowca - tłumaczy Winnicki.

W jego ocenie, sprawa Brunona K., chemika i zarazem pracownika naukowego Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie, prowadzona od ponad roku została ujawniona i wyeksponowana w najbardziej dogodnym dla władzy momencie.

- Czekano tylko, by ten temat odpalić w mediach. Moim zdaniem, ABW do końca miała kontrolę nad potencjalnym zamachowcem i tylko czekała, by temat został publicznie ujawniony w takim, a nie innym sosie ideologicznym. Chodzi oczywiście o z gruntu lewacki i komunistyczny dyskurs, w którym każdy niewygodny oponent polityczny zostaje oskarżony o faszyzm, radykalizm i antysemityzm - dodaje prezes Młodzieży Wszechpolskiej.

Poseł Artur Górski (PiS) nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z "tworzeniem poczucia zagrożenia państwa, demokracji czy władzy ze względu na rzeczywiste czy domniemane siły skrajne.

- Stanowi to po prostu uzasadnienie dla większych kompetencji służb specjalnych i sił porządku publicznego. Jeśli państwo chce być państwem represyjnym, ale nie ma wrogów, to ich sobie stwarza. To typowe działanie dla państwa, które chce być bardziej represyjne - tłumaczy Górski.

Jak podkreśla, świadczy o tym choćby zmiana ustawy o zgromadzeniach publicznych. Postanowiono ją zaostrzyć po ubiegłorocznym Marszu Niepodległości, w którym fatalną rolę odegrały sympatyzujące z obozem władzy media i policja.

- Lewica musi mieć wroga. Taki wróg jest lewicy potrzebny, aby mieć paliwo napędowe dla swojej działalności. Problem polega na tym, że zarzut faszyzmu, radykalizmu antypaństwowego przypisuje się organizacjom prawicowym, które nie mają z nimi nic wspólnego. To polowanie na czarownice, których nie ma - podkreśla poseł Artur Górski (PiS).

Echo wtorkowej konferencji prasowej Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie oraz tamtejszej delegatury ABW w sprawie niedoszłego zamachowca-chemika jest głośne. Sprawa, o której z wielkim hukiem postanowiono poinformować całą Polskę, może mieć drugie dno. Dostrzegli to nie tylko posłowie opozycji i komentatorzy.

Chodzi o zdanie, które wypowiedział prokurator Artur Wrona, szef krakowskiej apelacji, jednocześnie nadzorujący śledztwo w sprawie Brunona K., pracownika Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie.

"Uważam, że funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego winni mieć uprawnienia, które posiadają obecnie" - powiedział prokurator.

Ta fraza obnażyła rzeczywiste powody, dla których postanowiono ujawnić historię "zamachowca". Wątpliwości budzi również sam fakt zagrożenia terrorystycznego, z jakim mieliśmy mieć do czynienia.

Reformę służb specjalnych od wielu miesięcy postuluje ośrodek prezydencki. Mówił o niej już kilka razy publicznie szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego gen. Stanisław Koziej. Wczoraj skrytykował publicznie w rozmowie radiowej apel prokuratora Wrony, który stanął w obronie ABW, jej kompetencji, wychwalając działania funkcjonariuszy Agencji.

- Myślę, że panu prokuratorowi pomyliły się miejsca i czas mówienia. Uważam, że to była niezręczność - bardzo niedobra przy takiej okazji - poruszać kwestie zupełnie inne i nieleżące w jego kompetencjach - oświadczył gen. Koziej.

Co więcej, jeszcze raz przyznał, że zdaniem BBN połączenie, skumulowanie w jednej służbie różnych funkcji nie jest najlepszym rozwiązaniem.

- Musi być większa specjalizacja między tym, który rozpoznaje, a tym, który analizuje. Wywiad dostarcza informacji osobom, które te informacje analizują. Ktoś inny powinien je uogólniać, analizować i przedstawiać, a kto inny powinien ścigać, śledzić, prowadzić dochodzenia i tak dalej - tłumaczył Koziej.

W jego ocenie, "skumulowanie w jednej instytucji jest niedobre dla samej instytucji". Według niego, zaczyna się ona wówczas w swoich kompetencjach gubić, "ze szkodą być może dla czegoś, co jest o wiele ważniejsze".

- Tego typu reforma moim zdaniem jest jak najbardziej wskazana - mówił szef BBN.

Tym samym przedstawiciel ośrodka prezydenckiego w jednoznaczny sposób zakwestionował istnienie ABW w obecnym kształcie. Głos w sprawie apelu prokuratora Wrony o niepozbawianie kompetencji ABW zabrał także minister sprawiedliwości.

Jarosław Gowin uznał, że prokuratura "nie jest od tego, żeby określać skalę uprawnień poszczególnych służb". - To jest decyzja rządu, a konkretnie premiera - podkreślił szef resortu, wskazując, że apel prokuratora jest nie na miejscu.

Maciej Walaszczyk