Ewangelizator w mundurze
Środa, 21 listopada 2012 (02:39)Poruszające do żywego świadectwa wiceszefa komendy służby zdrowia włoskich karabinierów, niemieckiego księdza i polskiej wolontariuszki na watykańskim kongresie o misji szpitala.
Generał brygady Vito Ferrara to postać wyrazista i dobrze znana w Watykanie. Wicedyrektor Komendy Służby Zdrowia Korpusu Karabinierów, wyznaczany do bardzo ważnych zadań. Jest też lekarzem i diakonem stałym, a prywatnie – głową licznej rodziny.
Wspierał przygotowanie ceremonii pogrzebowej Jana Pawła II, uczestniczył w zabezpieczeniu uroczystości inauguracji pontyfikatu Benedykta XVI.
Generał Ferrara swoją bezpośredniością i spokojem robi wrażenie. Od lat bierze udział w operacjach zagranicznych. Za swoją służbę – co podkreślono w prezentacji jego sylwetki na międzynarodowej konferencji Papieskiej Rady ds. Służby Zdrowia i Duszpasterstwa Chorych – wielokrotnie został uhonorowany złotymi medalami od włoskiego rządu i instytucji międzynarodowych, m.in. za ochronę cywilów podczas misji w Kosowie i Macedonii. Sam przyznaje, że na operacje jeździ uzbrojony. A jednak swoje zadania streszcza frazą: „Ewangelizacja w duchu pokoju”.
– Bardzo dziękuję za zaproszenie ks. abp. Zygmuntowi Zimowskiemu i prowadzącej obrady, która chciała wymieniać wszystkie przyznane mi ordery. W rzeczywistości najważniejsze jest stać się narzędziem w rękach Boga – rozpoczyna swoją opowieść.
– To Pan, za pomocą naszych kompetencji i zdolności, uzdalnia nas do pracy na Jego chwałę, na chwałę żywego Boga – mówi generał.
Przy chorych
Z relacji Ferrary wyłania się imponująca panorama tego, jak wiele dobrego można – inspirując się Ewangelią – zrobić na misjach w zapalnych rejonach świata, dotkniętych konfliktami i nienawiścią. Choć nie są to zazwyczaj kraje katolickie, karabinierzy widzą tam sposobność do dawania chrześcijańskiego świadectwa. Świadectwa, które przemienia także ich samych.
Generał i jego koledzy służą, zakładając szpitale polowe. W namiotach lub prefabrykowanych barakach zlokalizowane są całe oddziały – w jednym chirurgia, w innym ginekologia. We współpracy z Międzynarodowym Czerwonym Krzyżem prowadzili szpital w Bagdadzie, podobnie jak w Czadzie czy Bośni. Sami gotują chorym posiłki w kuchni polowej.
– Trzeba pamiętać, że w krajach muzułmańskich nie wolno używać wieprzowiny ani substancji z alkoholem – ostrzega.
– Zdarzały się ataki na takie obiekty – wzmiankuje generał. Karabinierzy dysponują różnymi typami ambulansów, które służą jako mobilne sale operacyjne czy miejsca, gdzie odbywa się intensywna opieka medyczna. Funkcjonuje też centrum telemedyczne, bardzo przydatne, bo pozwala na błyskawiczne konsultacje ze specjalistami z rzymskiego szpitala wojskowego.
– Można w ten sposób przeprowadzać np. diagnostykę kardiologiczną – zachwala Vito Ferrara.
Miejscowi patrzą na nich raczej jak na żołnierzy niż lekarzy. Niewyobrażalnie trudno jest zdobyć ich zaufanie. Oznaką przełamania międzyludzkich barier jest moment, w którym pozwalają obcym zbadać swoje dzieci i żony. Karabinierzy kierują się zasadą, że cierpienie – podobnie jak głód – nie ma rasy, koloru skóry.
Pomagają też w więzieniach, jakże innych od tych europejskich, gdzie osadzeni oglądają telewizję i mają czas wolny. W rejonach misji państwo więźniów nawet nie karmi, robią to karabinierzy, dbając przy okazji o ich higienę i warunki sanitarne.
Na zdjęciach uczestnicy watykańskiej konferencji oglądają dzieci z Kosowa, Bośni, Czadu, Macedonii. Czasami udaje się zorganizować szkołę, także dla dziewczynek, które dzięki temu poznają inny styl życia.
– Nie robimy między dziećmi różnicy – zapewnia generał. Obok szpitali włoscy karabinierzy zakładają domy opieki i sierocińce.
– Ważne są dla nas świadectwa, że nasz uśmiech odbierany jest jako gotowość do pomagania, wstawania w nocy, kiedy jesteśmy potrzebni. To stwarza zarazem możliwość pokazania, że jesteśmy katolikami – konstatuje. Korpus Karabinierów – ale też włoska marynarka wojenna czy siły powietrzne – buduje kaplice w miejscach swojego stacjonowania.
– Jest Przenajświętszy Sakrament, który możemy każdego dnia czcić i uświadomić tym samym miejscowej ludności, że my jesteśmy katolikami. Niech zobaczą, że nosimy różańce w naszych kieszeniach. Nie jest przecież dla nikogo zniewagą, że uczynimy znak krzyża przed posiłkiem, trzeba dawać takie świadectwo – zaznacza generał.
Paradoksalnie w katolickiej ojczyźnie bywa to trudniejsze. – We Włoszech kazali nam zdjąć krzyże w szkołach, a tu daliśmy radę je utrzymać – porównuje, nawiązując do głośnej sprawy, która pod pretekstem ograniczania wolności religijnej i świeckiego charakteru państwa trafiła przed Trybunał w Strasburgu i dopiero w apelacji znalazła szczęśliwy finał. Na misjach celebrowane są również święta chrześcijańskie. Na Boże Narodzenie obowiązkowo jest choinka dla dzieci.
Po powrocie pamiętają o nowych przyjaciołach. Wysyłają święte obrazki, mleko dla dzieci, zabawki.
-To staje się jak choroba, ponieważ gdziekolwiek jesteśmy, ciągle myślimy o ludziach, do których chcielibyśmy wrócić – dodaje.
Ryzyko związane ze służbą jest ogromne i nieprzewidywalne. Karabinierzy narażają swoje życie, aby chronić życie innych i wzmocnić przerażoną ludność.
– Na misjach panuje wielkie napięcie – jedna godzina liczy się jak 30 dni i cena za to jest naprawdę wysoka. Jesteśmy w pełni świadomi ryzyka, ale jest to coś, co trzeba zrobić, jeżeli naprawdę chcemy wykonywać również zawód lekarza. Wiemy, czym jest dyscyplina i co może oznaczać ofiarowanie swojego życia za życie innych – stwierdza.
– Choć jesteśmy wojskowymi, oficerami, chcemy, żeby broń stała się narzędziem rolniczym. Nasza formacja ma swoją modlitwę – nie mówimy w niej o zabijaniu naszych wrogów. Modlimy się o pomoc Maryi – konkluduje ewangelizator w mundurze.
Dzieci Matki Teresy
Pani Anna Janowicz z Gdańska gdy tylko może, unika mówienia o sobie. Używa raczej form „my” lub „wolontariusze hospicyjni”. Tylko kolejne slajdy uzmysławiają, ile już w życiu zrobiła z przyjaciółmi za jeden uśmiech. Pracuje wśród chorych onkologicznie. Znajduje czas także dla innych wolontariuszy, koordynując ich działania, współorganizując projekty na poziomie ogólnokrajowym. Promuje bezinteresowny sposób pomagania w służbie zdrowia, hospicjach, szpitalach i w domach opieki.
Wolontariusze powinni wiedzieć, co mogą robić i jak pomagać profesjonalistom – tym właśnie zajmuje się na co dzień Janowicz, zainspirowana przykładem życia bł. Matki Teresy z Kalkuty. Jak zaznacza, obecność wolontariuszy przy chorych jest ważna zwłaszcza ze względu na emocjonalne i duchowe aspekty opieki.
W Polsce przybywa inicjatyw promujących hospicyjną opiekę paliatywną. Anna Janowicz, psycholog i prezes Fundacji Lubię Pomagać, współpracuje z Fundacją Hospicyjną i krajowym duszpasterzem hospicjów ks. dr. Piotrem Krakowiakiem. Jest w gronie tych, którzy aktywnie dbają, aby idea stała się znana ludziom z różnych środowisk i w różnym wieku. Co ciekawe, na apel odpowiada wiele osób dorosłych, z myślą o których powstał program „50+”. Jak zaznacza wolontariuszka, włączenie tej grupy, często we współpracy z parafiami i grupami modlitewnymi, okazało się sukcesem, który zmienia stereotyp wolontariatu jako sfery zarezerwowanej dla młodych.
– W naszym hospicjum w Gdańsku, gdzie jestem wolontariuszką, mamy jeszcze jedną szczególną grupę wolontariuszy – są to więźniowie – mówi. Trzeba ich do tej pracy starannie przygotować. – Niektórzy z pacjentów nazywają ich „aniołami”. Aniołowie z więzienia – uśmiecha się Janowicz.
Kolejny typ wolontariatu, w który się angażuje, to pomoc w Zespołach Opieki Duszpasterskiej zakładanych przez polską prowincję Zakonu Szpitalnego św. Jana Bożego od 2009 roku. Są już w 10 miejscach. Janowicz przyczynia się do szkolenia ochotników i koordynatorów tych przedsięwzięć.
Jak podkreśla, polscy wolontariusze hospicyjni wiele zawdzięczają Papieskiej Radzie ds. Służby Zdrowia i Duszpasterstwa Chorych. Dzięki pomocy ks. abp. Zygmunta Zimowskiego po raz pierwszy udało się opublikować w języku polskim teksty z wydawanego przez tę dykasterię periodyku „Dolentium Hominum”, z myślą o wsparciu naukowym służby przy terminalnie chorych. – To dla nas bardzo ważna książka – mówi Anna Janowicz.
Rozwój wolontariatu hospicyjnego okazuje się udanym przykładem współpracy między Kościołem, placówkami opieki zdrowotnej i wolontariuszami. – Mamy nadzieję, że wolontariat parafialny służący pomocą osobom starszym i u schyłku życia, których liczba rośnie, będzie kolejnym sposobem budowania praktycznych narzędzi nowej ewangelizacji w Polsce – kończy prelegentka.
Kapelan 24/24
Ksiądz Werner Erhard Demmel, kapelan szpitalny z Niemiec, posługuje przy chorych od 30 lat. Na początku szpital był miejscem o wyraźnym chrześcijańskim rysie, a jego obecność powszechnie uważano za rzecz oczywistą. W wyniku procesów komercjalizacji służby zdrowia, sekularyzacji, odchodzenia z Kościoła i szeregu innych czynników, jest mu coraz trudniej nawiązać kontakt z chorym.
– Same kliniki bardzo się w tym czasie zmieniły pod względem leczenia i zarządzania. Zmieniła się też moja posługa – mówi. Na czoło wysunęła się ekonomia – jest klient, któremu sprzedaje się pakiety medyczne. Kaplica? Taka z krzyżem często nie jest akceptowana.
W niektórych szpitalach, owszem, oferuje się specjalne „strefy ciszy”, bez żadnych symboli religijnych. Menedżerowie nie biorą pod uwagę aspektów duszpasterskich, a swoją religię praktykuje coraz mniej personelu medycznego. Spustoszenie duchowe sięga spraw zupełnie podstawowych. Rośnie liczba pacjentów nieochrzczonych i obojętnych na sprawy wiary.
Kapelan pracuje w szpitalu z 490 łóżkami i w szpitalu gruźliczym z 300 łóżkami. Jak wyjaśnia ks. Demmel, ze względu na ochronę danych osobowych i coraz krótszy pobyt w szpitalu (statystycznie to 4 dni) zaplanowanie takiej posługi jest dla parafii – gdzie i tak brakuje księży – bardzo kłopotliwe.
Z obserwacji kapelana wynika, że liczba udzielanych sakramentów znacznie się zmniejszyła, czasami chorzy proszą o nie spontanicznie, ale bardzo późno. – Wtedy sakrament namaszczenia chorych staje się rodzajem rytuału śmierci zamiast rytuału życia – zauważa.
Te okoliczności zmuszają do szukania nowych sposobów docierania do cierpiących. Praca kapłana wspierana jest przez wolontariuszy włączonych w zespół duszpasterski. Ksiądz Werner Demmel sam ich przeszkolił. – Chodzą do pacjentów regularnie i informują mnie, czy pacjent chciałby przyjąć sakrament. Są jak most między chorymi i duszpasterzami – wskazuje. W sytuacji gdy brakuje księży pracujących w szpitalach, przychodzą tam świeccy teologowie, którzy jednak nie mogą udzielać sakramentów.
Rola księdza jest bardzo czytelna w ewangelizacji, która dokonuje się w szpitalu. Spotkania z chorymi są zaplanowane albo następują przypadkowo. Jeśli chory nie jest katolikiem, idzie po prostu porozmawiać z cierpiącym człowiekiem.
– Będąc w szpitalu jako ksiądz z sakramentami, stwarzam szansę chorym, ich rodzinom, personelowi na otwarcie się na Bożą rzeczywistość. Jako kapelan szpitalny jestem gotowy 24 godziny na dobę na każdą nagłą sytuację. Czasem chory potrzebuje mnie do pojednania z Bogiem, a czasem z bliskimi – jako mediatora – podkreśla kapelan.
Jolanta Tomczak, Watykan