Powalczymy o fundament
Piątek, 29 kwietnia 2016 (05:16)Z Janem Krzysztofem Ardanowskim, posłem PiS, byłym doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego do spraw wsi i rolnictwa, rozmawia Rafał Stefaniuk.
Komisja Europejska przyjrzy się przyjętej przez Sejm ustawie o ochronie ziemi pod kątem zgodności z prawem unijnym. Skąd te niepokoje Brukseli?
– Dziwię się Komisji Europejskiej, że chce recenzować prawo polskie, ale ma do tego prawo. Myślę, że w tym przypadku nie mamy do czynienia tylko z naturalnym procesem kontroli prawa w Polsce. Nie można tego ukrywać, że UE jest grą interesów narodowych. Rolnicy z krajów Zachodu, którzy liczyli, że w Europie Środkowej i Wschodniej, w tym w Polsce, będą mogli nabywać ziemię rolniczą, pewnie są z naszej ustawy nie zadowoleni. Nie jesteśmy dziećmi i mieliśmy świadomość, że to może takie reakcje spowodować. Natomiast poprawianie tej ustawy i eliminowanie jej mankamentów, które pojawiły się na początkowym etapie procedowania, sprawia, że jestem spokojny o ocenę ze strony Komisji Europejskiej, tym bardziej że rozwiązania, które przyjęliśmy, są w niektórych elementach łagodniejsze od tych, które są w Niemczech, we Francji czy Danii. Zgodnie z prawem unijnym, każdy kraj ma możliwość do ochrony własnej ziemi rolnej i Polska to czyni. Podobnie jak to zrobiły: Węgry, Bułgaria, Czechy czy Łotwa, a więc kraje, które są w podobnej sytuacji jak my. Komisja ma prerogatywy do sprawdzania prawa, a my mamy możliwość do tworzenia nowych normatywów, które służyłyby Polsce i Polakom.
Już raz polska dyplomacja poniosła klęskę na forum unijnym, myślę tu o rezolucji o sytuacji w Polsce w Parlamencie Europejskim. Co pozwala twierdzić, że teraz będzie inaczej?
– Prawnicy, którzy opiniowali projekt ustawy, nie dostrzegają zagrożenia konfliktu z prawem unijnym. A są to prawnicy ministerialni, jak i Biura Analiz Sejmowych. Również przeprowadzono analizę prawną rozwiązań z innych krajów europejskich, rozwiązań zbliżonych bądź tożsamych z naszymi. To pozwala sądzić, że skoro Komisja nie kwestionuje przepisów określających sprzedaż ziemi we Francji, ingerencji administracyjnej w Niemczech czy bardzo restrykcyjnych warunków w Danii, to dlaczego miałaby to robić u nas? Oczywiście musimy być przygotowani do dyskusji. Musimy stworzyć wspólny front polskich polityków do obrony ustawy. Obawiam się jednak, że podobnie jak w sytuacjach żenujących skarg na Polskę do instytucji europejskich, że za kwestionowaniem tej ważnej dla Polski ustawy nie stoją komisarze unijni tylko donosy i oskarżenia, które płyną ze strony opozycji. A jak pamiętamy, opozycja w Polsce powiedziała, że się z niczym nie będzie liczyć, bo jest „totalną opozycją” i będzie negowała wszystko, wykorzystując do tego urzędników unijnych.
Cała opozycja jest krytyczna co do zapisów ustawy. Przemawiają do Pana argumenty oponentów politycznych?
– Dyskutuję o niej często, również z tymi, którzy tę ustawę źle oceniają, i dochodzę do wniosku, że są nieprzygotowani do jej oceniania. Jeżeli rozmawiam z kimś, kto twierdzi, że ustawa utrudni przekazywanie ziemi w rodzinie, że ktoś z miasta nie będzie mógł kupić ziemi na wsi i zbudować sobie dom, to znaczy to, że osoba ta nie czytała ustawy, którą podpisał prezydent. To jest opowiadanie bzdur i głupot oraz wylewanie własnych lęków i strachów, a nie merytoryczna dyskusja o tym, co jest zawarte w ustawie. Ustawa w żadnym zapisie tego nie zabrania, a wręcz przeciwnie, pozwala osobom, które nie są rolnikami, nimi zostać po uzyskaniu kwalifikacji rolniczych. Rozszerzyliśmy możliwość uzyskania tych kwalifikacji. Chciałbym, abyśmy dyskutowali o konkretnej ustawie, która jest dobrze przygotowana. Nie twierdzę, że ona nie ma wad, dopiero w trakcie jej realizacji okaże się, czy nie ma luk i nieszczelności. Jeżeli będą, to w najbliższych miesiącach będziemy je poddawać drobnym korektom. Najważniejsze, że ona wchodzi w życie 30 kwietnia, tak żeby od 1 maja nie było żadnych wątpliwości, że ktoś będzie próbował przejmować polską ziemię.
Poruszył Pan kwestię mitów wokół ustawy. Może po prostu zabrakło rzetelnego przekazu do opinii publicznej?
– Bez dyskusji spotkaliśmy się z sytuacją straszenia Polaków. Mówiono, że czyhamy na prywatną własność, że chłopów czeka nacjonalizacja. Mówiono nawet, że Kościół katolicki będzie latyfundystą w Polsce. Są to rzeczy kłamliwe, które mają być elementem wpisującym się w atak na Prawo i Sprawiedliwość. Ludzie boją się o swoje prawa materialne, o swoje nieruchomości. Nie tak dawno rozmawiałem z panią z lobby zajmującego się obrotem nieruchomości i twierdziła, że będzie trudno sprzedać mieszkanie czy dom. To ordynarne kłamstwo. Gdzie ta ustawa wchodzi w zakres obrotu mieszkaniami czy domami? W tej krytyce PiS-u trzeba mieć też opamiętanie.
Lobby zmierzające do uwolnienia rynku ziemi rolniczej jest silne. Nie uważa Pan, że problemem może być to, że Beata Szydło i Witold Waszczykowski są pochłonięci wyjaśnianiem sporu o Trybunał Konstytucyjny?
– Ustawa ta jest wynikiem programu rolnego Prawa i Sprawiedliwości. To nie jest wrzutka, która nikogo nie interesuje i nie warto o nią walczyć. Ta ustawa jest fundamentem i wpisuje się w ochronę polskiej ziemi rolniczej i leśnej. Należy domniemywać, że jeżeli Komisja próbowałaby zakwestionować tę ustawę, to pewnie zajmie się też jedną z ustaw, która chroni ziemię leśną. Nie boję się braku determinacji ze strony premier i jej ministrów. Dlaczego? Bo to nie jest wymysł tylko lobby rolniczego w PiS-ie, a jest to ustawa niezwykle ważna dla Polski i dla gospodarki. A przy tym premier świetnie czuje ten problem.