Brakuje tylko uznania cudu
Środa, 27 kwietnia 2016 (21:49)Ojciec Święty Franciszek podpisał wczoraj dekret o heroiczności cnót Polaka o. Wenantego Katarzyńca. Franciszkanin był przyjacielem o. Maksymiliana Kolbego. Teraz do jego beatyfikacji konieczne będzie uznanie autentyczności cudu. W tym roku minęła 95. rocznica jego śmierci.
O. dr Andrzej Zając, rektor WSD franciszkanów w Krakowie i czciciel o. Wenantego, zauważa, że to właśnie o. Maksymilian jako pierwszy zaczął mówić głośno o heroiczności i świętości życia Wenantego.
– Maksymilian podkreślał, że on nie silił się na czyny nadzwyczajne, ale te zwyczajne wykonywał w sposób nadzwyczajny. I w tym jest jego niezwykłość – mówi franciszkanin i dodaje, że dla Wenantego zwyczajność i prozaiczność codziennych, mozolnych zdarzeń była okazją do świadczenia o wierności i bezgranicznym oddaniu się Bogu.
– On rzeczywiście żył krótko, bo tylko 31 lat. Ten czas wystarczył jednak, by inni poznali go jako człowieka cichego, skromnego i mądrego, oddanego zakonnej i kapłańskiej misji. Zdążył być roztropnym i wymagającym magistrem nowicjatu, cenionym spowiednikiem i kaznodzieją, zawsze gotowym do pomocy drugiemu. Niby nic nadzwyczajnego. Taka prosta droga, mistyka codzienności, która może szczególnie w dzisiejszych czasach – kiedy można mieć przeświadczenie, że to, o czym nie mówią media, nie istnieje – jest jak najbardziej aktualna. Ojciec Wenanty to taka Mała Tereska, tyle że w męskim i franciszkańskim habicie – zaznacza o. Zając.
Sługa Boży o. Wenanty Katarzyniec urodził się 7 października 1889 r. w Obydowie koło Lwowa. Pochodził z ubogiej wiejskiej rodziny. Święcenia kapłańskie przyjął w Krakowie w 1914 roku. Po roku został skierowany do Lwowa, gdzie mimo młodego wieku sprawował funkcję magistra nowicjatu. Swoim wychowankom starał się wpoić, aby każdy z nich „był naprawdę dobrym zakonnikiem, a nie tyko z habitu i imienia”. Służył także posługą duszpasterską wśród chorych, sióstr zakonnych, głosił rekolekcje. Wyczerpująca praca poważnie odbiła się na jego zdrowiu. Mimo ograniczenia obowiązków przez przełożonych oraz krótkich wyjazdów uzdrowiskowych jego stan się pogarszał. W celu odpoczynku i podratowania zdrowia trafił do Kalwarii Pacławskiej. Tam zmarł 31 marca 1921 r. na gruźlicę płuc.
Małgorzata Pabis