• Czwartek, 5 marca 2026

    imieniny: Adriana, Fryderyka, Oliwii

Byłem zwykłym sportowcem

Wtorek, 20 listopada 2012 (02:07)

Z Robertem Syczem, dwukrotnym mistrzem olimpijskim w wioślarstwie rozmawia, Piotr Skrobisz

Ile lat uprawiał Pan wioślarstwo?

- Dwadzieścia pięć.

I co Pan sobie myśli, oglądając się wstecz?

- Że to kawał czasu, że wiele się wówczas wydarzyło, tak w życiu sportowym, jak i prywatnym. Wiele dobrego.

Najpiękniejsze wspomnienia - zatrzymując się przy tych sportowych - dotyczą zapewne dwóch złotych medali olimpijskich, które zdobył Pan razem z Tomaszem Kucharskim. Który z nich sprawił Panu więcej satysfakcji?

- Kiedyś myślałem, że ten z Sydney. Był pierwszy, zdobyty w pięknym stylu, w wyjątkowych okolicznościach. Wygraliśmy z wielką łatwością, nie dając rywalom żadnych szans. Dziś natomiast oba te krążki cenię sobie po równi. Nie tak dawno nasz były trener Jerzy Broniec zwrócił mi uwagę, że przecież i w Atenach wygraliśmy po niesamowitej bitwie. Mieliśmy spore problemy w przygotowaniach, prezentowaliśmy poziom trochę niższy niż cztery lata wcześniej, a mimo to, dzięki ambicji i waleczności, znów stanęliśmy na najwyższym stopniu podium.

Niektórzy uważają, że po tym, co Pan osiągnął i zrobił dla polskiego sportu, powinien Pan siedzieć w dużym domu, w bujanym fotelu, popijać drogie wino i odcinać kupony od sławy...

- Nie, to nie dla mnie. Nigdy nie marzyłem o bujanym fotelu i popijaniu drogiego wina, tylko o podróżach motocyklowych. Kiedyś tak właśnie wyobrażałem sobie sportową emeryturę. Polskie realia są jednak, jakie są, wioślarstwo nie było i nie jest dyscypliną dochodową, majątku na nim nie zrobiłem, nie stać mnie na to, by nic nie robić, wypoczywać, odcinać kupony od sławy. Mam wspaniałą rodzinę, troje dzieci, którymi muszę się zajmować, wychowywać i zapewnić im godny byt. Tuż po odstawieniu wioseł na półkę od razu musiałem zatem pójść do pracy.

Kiedy uwierzył Pan, że może dotrzeć na szczyt, zostać wioślarskim mistrzem?

- Nigdy! Nigdy nie snułem takich planów, nie wyobrażałem sobie siebie nie wiadomo gdzie. Robiłem swoje, wiosłowałem najlepiej, jak potrafię, a wyniki przychodziły. Miałem szczęście, że trafiłem na Tomka, że razem trafiliśmy na takiego trenera, jakim był pan Broniec. Nawet gdy zdobywaliśmy olimpijskie medale, gdy zostawaliśmy mistrzami świata, nie uważałem siebie za mistrza, kogoś wyjątkowego. Podobnie jak nie uważałem siebie za kogoś specjalnie utalentowanego. Prędzej za zwykłego sportowca, który musi niesamowicie harować, by zasłużyć na wynik.

Ile czasu potrzebował Pan, by przekonać się, że osada z Kucharskim to jest to?

- Wystarczył jeden trening. Wcześniej pływałem z Tomkiem Fiłką, który zwolnił się z tych jednych akurat zajęć, bo chciał pojechać na ślub kolegi. Przypadkowo do łódki wsiadł Tomek Kucharski i nagle pokonaliśmy dystans 2000 m w absolutnie rekordowym czasie. Po chwili powtórzyliśmy to już pod okiem pana Brońca i trener stwierdził, że musimy w tym składzie popłynąć w jakichś zawodach. Ja od razu wiedziałem, że to jest to. Czułem, że łódka z nami w składzie płynie niesamowicie, że osiąga kapitalną prędkość. Tomek w niczym nie przeszkadzał, tylko pomagał, a przecież nigdy wcześniej razem nie pływaliśmy, przynajmniej w takiej konfiguracji. Owszem, znaliśmy się z czwórki, ale w takiej osadzie nie sposób wyłapać, że dwóch zawodników idealnie do siebie pasuje. Po trzech tygodniach zajęliśmy trzecie miejsce w Pucharze Świata, a po siedmiu zostaliśmy mistrzami świata.

Co takiego mieliście, że błyskawicznie stworzyliście jeden organizm?

- Technikę, idealnie zgraną. Nie byliśmy już młodzi, mieliśmy za sobą lata spędzone w osadach z innymi partnerami. Tymczasem okazało się, że pływamy stylem absolutnie takim samym, wręcz co do ułamka sekundy. To chyba ewenement na skalę światową, bo nie znam przykładów, że dwóch ludzi, którzy tak długo się mijali, nagle się spotkało, wsiadło do łodzi i płynęło identycznie. Byliśmy niesamowicie zgrani, dopasowani do siebie. Wiele osad na brzegu, w ergometrze, czy w jedynkach uzyskiwało dużo lepsze czasy, ale nie potrafiło przełożyć tego na dwójkę. Wszystko dlatego, że wypracowaliśmy perfekcyjną technikę wiosłowania, idealnie dopasowując ją do naszych możliwości fizycznych.

Po wspaniałym początku niewiele jednak brakowało, by historia osady tak szybko, jak się zaczęła, tak szybko dobiegła swego kresu.

- Prawda. Rok 1999, bo pewnie o nim pan wspomniał, był dla nas niesamowicie ciężki. Przyplątało się trochę kontuzji, uciekło nam mnóstwo treningów, pojawiły się problemy z wagą. Nie wyszedł nam występ na mistrzostwach świata. Po powrocie do kraju zostaliśmy wręcz zlinczowani, media nie pozostawiły na nas suchej nitki. Byłem tak zdruzgotany, że chciałem ogłosić zakończenie kariery. Ba, byłem na sto procent pewny, że tak uczynię, ale zmieniłem zdanie po rozmowie z prezesem mojego klubu, Bydgostii. Po pewnym czasie nabraliśmy ogromnej chęci udowodnienia krytykom, że się mylili, udowodnienia, że stać nas na wszystko. Ogłosiliśmy gigantyczną mobilizację. Zdobyliśmy kwalifikację na regatach ostatniej szansy, a w Sydney... Cóż, to była bajka. Wygraliśmy w stylu kapitalnym, bezstresowym, z wielką przewagą. A teoretycznie nie mieliśmy szans, bo w wioślarstwie nie da się w ciągu jednego sezonu zrobić dwóch szczytów formy. My jeden przygotowaliśmy wcześniej na zdobycie kwalifikacji...

Potrafi Pan wymienić jeden wyścig, który był i jest dla Pana najważniejszy?

- Fantastycznych wyścigów było kilka, na równi stawiam przynajmniej cztery. Zwycięskie z igrzysk i mistrzostw świata.

Miał Pan swoją receptę na sukces?

- Nie, w sporcie nie ma czegoś takiego jak recepta na sukces. W naszym przypadku każdy miał po 33,3 procent udziału w medalach - myślę tu o Tomku, trenerze Brońcu i o sobie.

Ile musiał Pan poświęcić, by stanąć na najwyższym stopniu podium igrzysk, zostać mistrzem świata?

- Na sport postawiłem już w bardzo młodym wieku, w szkole podstawowej. Podczas gdy koledzy przykładali się do budowania swojej przyszłości zawodowej, ja spędzałem godziny, trenując w pocie czoła. Nie z lenistwa, nie z niechęci do nauki. Po prostu chciałem pływać, marzyłem o tym. Do dziś płacę za to cenę, bo wciąż walczę na uczelni ze studiami. Wioślarstwo wymaga ogromnych nakładów pracy. To dyscyplina bardzo wymierna, bardzo fair. Każdy ma swoją łódkę, swój dystans do pokonania, nie ma niedomówień, jeśli chodzi np. o oceny sędziowskie, bo takowych nie ma. Wygrywa ten, kto pierwszy osiąga metę, a czyni to najlepiej przygotowany i wytrenowany.

Mówiąc o kosztach, nie sposób nie wymienić zdrowia. Ja do 30. roku życia nie za bardzo je szanowałem. Trenowałem chory, z urazami, bo liczył się wynik. Dopiero z wiekiem dojrzałem do tego, że kiedyś skończę karierę i będę musiał jakoś żyć. I zacząłem trochę się oszczędzać...

Co dalej? Jaki ma Pan pomysł na swoją przyszłość po zakończeniu czynnej kariery?

- Kiedyś będę chciał przekazać nabytą przez lata wiedzę młodzieży, ale to dosyć odległa przyszłość. Na razie pracuję jako specjalista ds. marketingu w Bydgostii.

Dziękuję za rozmowę.