• Niedziela, 5 kwietnia 2026

    imieniny: Wincentego, Ireny

Czas jest drogi

Czwartek, 31 marca 2016 (12:42)

Z o. dr. Andrzejem Zającem, franciszkaninem, rozmawia Małgorzata Pabis

Dziś obchodzimy 95. rocznicę śmierci Sługi Bożego o. Wenantego Katarzyńca. Co zrobił ten człowiek, który żył przecież tak krótko, że dziś toczy się jego proces beatyfikacyjny?

– Aż chciałoby się powiedzieć: nic. Nic szczególnego z pozoru. Nie był bowiem jak jego przyjaciel, św. Maksymilian Kolbe, który zasłynął spektakularnością swoich działań. Trzeba jednak pamiętać, że spektakularność – dziś powiedzielibyśmy: medialność – działań nie jest potwierdzeniem świętości. W świętości chodzi raczej o wierność Bogu, niezależnie od tego, jak bardzo wymierne i nośne są wyrazy tej wierności. Ciekawe, że to właśnie Maksymilian jako pierwszy zaczął mówić głośno o heroiczności i świętości życia Wenantego, którego zresztą znał bardzo dobrze. Podkreślał, że on nie silił się na czyny nadzwyczajne, ale te zwyczajne wykonywał w sposób nadzwyczajny. I w tym jest jego niezwykłość. Dla Wenantego zwyczajność i prozaiczność codziennych, mozolnych zdarzeń była okazją do świadczenia o wierności i bezgranicznym oddaniu się Bogu. On rzeczywiście żył krótko, bo tylko 31 lat. Ten czas wystarczył jednak, by inni poznali go jako człowieka cichego, skromnego i mądrego, oddanego zakonnej i kapłańskiej misji. Zdążył być roztropnym i wymagającym magistrem nowicjatu, cenionym spowiednikiem i kaznodzieją, zawsze gotowym do pomocy drugiemu. Niby nic nadzwyczajnego. Taka prosta droga, mistyka codzienności, która może szczególnie w dzisiejszych czasach – kiedy można mieć przeświadczenie, że to, o czym nie mówią media, nie istnieje – jest jak najbardziej aktualna. Ojciec Wenanty to taka Mała Tereska, tyle że w męskim i franciszkańskim habicie.

Kiedy Ojciec mówi o ojcu Wenantym, często podkreśla to, że nie wiadomo, czy dziś np. istniałby „Rycerz Niepokalanej” , gdyby nie właśnie ojciec Wenanty. Co on miał wspólnego z ojcem Maksymilianem Kolbem?

– Ojciec Maksymilian, myśląc o wydawaniu „Rycerza Niepokalanej”, zaczął kompletować zespół współpracowników. Zwrócił się również do o. Wenantego, który od początku zachęcał go do realizacji tego zamierzenia. Sam nie był przekonany co do swoich zdolności literackich, ale od razu obiecał swoją pomoc. Maksymilian był wtedy w Krakowie, a Wenanty we Lwowie. Zachował się list z czerwca 1920 roku z odpowiedzią Wenantego na propozycję współpracy. Nie doczekał jednak pierwszego numeru pisma. Zmarł 31 marca 1921 roku, a „Rycerz” ukazał się w styczniu 1922 roku. Maksymilian był jednak człowiekiem sprytnym, również w wymiarze duchowym. Przekonany o świętości życia swojego przyjaciela, wierzył, że jego wstawiennictwo może wiele pomóc. Wyraził zresztą przekonanie, że jeśli pierwszy numer ukaże się z początkiem 1922 roku, to na pewno będzie to sprawka o. Wenantego. I tak się stało. Maksymilian docenił to, poświęcając mu w nowym piśmie krótki artykuł. W końcowych słowach zwrócił się wprost do niego: „Teraz, gdy już stoisz przed tronem Najwyższego i wstawiasz się za zbłąkanemi duszami, gdy słabość ciała nie stawia Ci zapory w intenzywnej pracy – spojrzyj! Oto bracia Twoi urzeczywistniają Twe gorące zamiary: pisemko, któregoś tak wyczekiwał, powstaje, aby dusze dla Niepokalanej zdobywać”. Co więcej, ogłosił go patronem „Rycerza Niepokalanej”, napisał bowiem tak: „Spojrzyj i zajmij się nim szczerze: wymódl pomyślny rozwój i bądź mu Patronem!”.

Kiedy patrzę na dorobek o. Wenantego, zadziwia mnie fakt, że on wiele pisał. Każde rekolekcje, spotkanie to notatka, a w nich wielka głębia. Co Ojciec odkrył w nich dla siebie i co jest tam ważnego dla każdego z nas?

– W archiwum krakowskiego klasztoru zachował się niemały zbiór jego pism. Zasadniczo są to jego kazania i notatki z rekolekcji i różnych lektur. Dawno temu przewertowałem wszystkie te materiały. Miałem nawet pisać pracę magisterską z homiletyki u ks. prof. Kazimierza Panusia, później jednak przełożeni wysłali mnie na inne studia. Miałem już nawet temat: „Formalny aspekt kazań Sługi Bożego o. Wenantego Katarzyńca”. Jest rzeczą wiadomą, że jego kazania odzwierciedlały ducha epoki, ale były proste, niewydumane, napisane językiem egzystencjalnym, z wymownymi przykładami. Były dobrze przemyślane. Ciekawe, że kiedy nawet przyszło mu głosić to samo kazanie w dwóch różnych miejscach, to zmieniał chociażby wstęp, uwzględniając przy tym charakterystykę społeczności, do której się zwracał, a mówił do Polaków, Ukraińców, Rusinów. Co odkryłem? Może szczególnie powagę, z jaką podchodził do człowieka i jego problemów, a w konsekwencji do powierzanych mu zadań. To, co dla mnie niezwykle ważne w jego pismach, to również wszechobecna perspektywa Nieba, która jest przekonującym argumentem za wiernością Bogu nawet w najdrobniejszych sprawach.

Pamiętam, że kiedy kilka lat temu podróżowaliśmy razem, przywoływał Ojciec takie zdanie Wenantego: „Znośmy cierpliwie to, co i tak, mimo niecierpliwości naszej, znosić musimy”. Ma Ojciec jeszcze inne takie mądrości, które mogą nam pomóc w życiu?

– Wenanty był realistą z krwi i kości, zresztą podobnie jak Franciszek i Maksymilian. Nie narzekał, ale w każdym położeniu starał się widzieć najlepszą drogę wyjścia, która swój początek miała w ewangelicznej i sprytnej interpretacji rzeczy, które się dzieją. Zresztą on wszystko starał się wiązać z Bogiem i przeżywać w duchowej łączności z Nim. Może brzmieć mało poważnie stwierdzenie św. Maksymiliana ze wspomnianego już artykułu: „Modlitwa – to jego najmilsza rozrywka: usuwał się też często na osobność, aby dowoli nacieszyć się rozmową z Oblubieńcem swej duszy”. To, co pozwalało mu przyjmować i przeżywać godnie różnego typu przeciwności, to właśnie stała łączność z Panem.

Co o. Wenanty może powiedzieć nam dziś, zagonionym ludziom?

– Zagonionym ludziom mówi o czasie, o jego znaczeniu i wartości. Zresztą temat czasu stale powraca w jego myślach: „Dnia jutrzejszego jestem niepewny, i tylko dniem dzisiejszym mogę rozporządzać i użyć go na chwałę Bożą. Bóg mi użyczył jeszcze czasu do zasługi. Muszę więc skorzystać z tego czasu, tak drogiego jak niebo, jak przenajświętsza Krew Pana Jezusa, jak sam Bóg”. Zastanawiam się nad tą niezwykłą prawdą. Czas jest drogi jak Niebo, bo przecież od tego czasu tutaj zależy moja wieczność. Czas jest drogi jak Przenajświętsza Krew Pana Jezusa, bo On wkroczył w czas i swoją Krwią – przed którą notabene klękam przy ołtarzu – obmył każdy ułamek sekundy, a więc i czas jest święty. Czas jest drogi jak sam Bóg, bo spotykam Go w konkretnym czasie i miejscu, przez co czas naznaczony jest Jego obecnością. Porusza mnie to. Bóg daje mi czas, żebym był z Nim.

Wiem, że wiele osób modli się za wstawiennictwem o. Wenantego. Ojciec zna takich ludzi? Łaski?

– Dawniej miałem listowny kontakt z osobami znającymi o. Wenantego czy to z opowiadań swoich dziadków, którzy spotkali go osobiście, czy też z doświadczenia jego wstawiennictwa. Są tacy ludzie. Znam kogoś, kto na przykład zawdzięcza jego wstawiennictwu dobrą żonę, bo modlił się przez kilka lat, by poznana przez niego dziewczyna została jego żoną. Trudno się dziwić, że ich pierworodny jako drugie imię ma Wenanty.

Niedawno byliśmy na beatyfikacji franciszkańskich męczenników. Czy ma Ojciec nadzieję przeżyć i beatyfikację o. Wenantego?

– To Pan Bóg wyznacza czas właściwy – czas, w którym dany człowiek przemówi w Kościele najmocniej. Jeśli doczekam takiego dnia, będzie to dla mnie wielka radość.

Dlaczego on jest obecny w Ojca życiu?

– Mam wrażenie, że z Wenantym znam się od piaskownicy. W rzeczywistości znam go od 1988 roku, czyli od mojego nowicjatu w Kalwarii Pacławskiej, gdzie jest pochowany. Zaimponowała mi jego biografia. Wcześniej przyjaźniłem się już ze św. Maksymilianem, który przyciągnął mnie do franciszkanów. Czyli pozostajemy w kręgu przyjaciół. Pamiętam, jak od początku mówiłem, komu się dało, o Wenantym, przekonany o tym uniwersalnym modelu świętości, jaki reprezentował. Często przywołuję go, prosząc o wsparcie. Przywołuję też w pamięci jego postawy, które mnie mobilizują. To jego poukładanie, rzetelność, organizacja czasu. Nie dorastam do tego, ale się uczę.

Dziękuję za rozmowę.

Małgorzata Pabis