• Piątek, 10 kwietnia 2026

    imieniny: Michała, Makarego

W imię Męża

Sobota, 17 listopada 2012 (06:24)

Z Krystyną Kwiatkowską, żoną śp. gen. Bronisława Kwiatkowskiego, dowódcy operacyjnego Sił Zbrojnych RP, rozmawia Marta Ziarnik

Dlaczego postanowiła Pani publicznie zaapelować o powołanie międzynarodowej komisji?

- Jestem bardzo zaniepokojona tym, co się dzieje prawie trzy lata po katastrofie. Mój Mąż nie był człowiekiem polityki - wojsko miało być apolityczne, dlatego zaraz po katastrofie byłam na wszystkich spotkaniach z prokuratorami, spotkaniach z panem premierem, byłam też w Parlamencie Europejskim. Na zaproszenie pana prof. Wiesława Biniendy poleciałam do Nowego Jorku. Tam miałam możliwość spotkania się z prof. Badenem - patomorfologiem, który był w Polsce i zgłosił chęć pomocy, ale nie dopuszczono go do ekshumacji. Tłumaczył dokładnie, jak powinno zostać zabezpieczone miejsce katastrofy, bo wszystkie, nawet najmniejsze szczegóły są bardzo ważne. A w przypadku katastrofy w Smoleńsku nic nie zrobiono. Po tych wszystkich spotkaniach widzę, ile jest nieprawidłowości. Raport MAK, tak jak słyszałam, jest raportem psychologicznym: "był w kokpicie", "był pijany", "kłócił się", "niedoszkoleni piloci", "wywierał presję". Tymczasem pytam, gdzie są sprawy techniczne tego samolotu? Potem zostało to sprostowane, że nikogo w kokpicie nie było, ale pierwsze kłamstwa poszły w świat. I one wciąż są podawane przez większość portali internetowych i środowisk. Dlaczego polskie władze oficjalnie nie dementują tych nieprawdziwych informacji? Nigdy nie zgodzę się, jakoby piloci działali pod presją. Akurat ci piloci pracowali w takiej jednostce, że ciągle latali z VIP-ami. Żeby pomniejszyć swoją odpowiedzialność, najlepiej zrzucić winę na nieżyjących - tak zawsze robił minister Klich. A co on sam zrobił jako minister obrony? Mam pytanie: dlaczego wszystko, co dotyczy tej katastrofy, zostało utajnione? Zdjęcia satelitarne, dokumenty, z których korzystała komisja Millera, nawet dokumenty sekcyjne. Ja nie mam i podobno nigdy nie otrzymam dokumentacji dotyczącej mojego Męża. Nie mogę sobie nic odpisać, zrobić żadnych notatek. Mogę jedynie poczytać i oddać wszystko do archiwum. Dlaczego jestem przeszukiwana? I jest ze mną osoba kontrolująca, kiedy przeglądam dane o moim Mężu? Dlaczego?

Na pierwszym spotkaniu z panem gen. Parulskim usłyszałam, że przez pierwsze 2 tygodnie nikt z Polski nie był do końca przy naszych bliskich, że pan premier oddał to wszystko Rosjanom. Pamiętam, jak było mi przykro, kiedy to usłyszałam. Pomyślałam: jakiemu krajowi służył mój Mąż, że po śmierci nikt nie zadbał o niego? Dlaczego nie wysłali nikogo z Polski, żeby zabezpieczyć i samodzielnie udokumentować dowody lub chociaż uczestniczyć w procedurach, a przynajmniej patrzeć na ręce Rosjanom? Dlaczego w tak krótkim okresie zatarli wszystkie ślady katastrofy? Kłamstwa pani minister Ewy Kopacz, błędy przy ekshumacji, to wszystko skłoniło mnie do wystosowania tego apelu do rządu o powołanie komisji międzynarodowej.

Twierdzi Pani, że tylko taka komisja wygasi napięcia społeczne. Patrząc na wydarzenia z 11 listopada, trudno nie przyznać Pani racji.

- Nie chciałam być czarną wyrocznią, ale to było do przewidzenia, bo sprawy w naszym kraju zaszły za daleko. I dziwię się, że rząd udaje, że tego nie widzi, i jeszcze stara się wmówić, że to wina nas - rodzin. Przecież to absurd! Ludzie, którzy nas atakują - co mnie osobiście bardzo dziwi, bo są to również osoby z rządu i Sejmu - są odarci z wszelkich uczuć. Wmawiają nam, że chcemy wojny. To są ich wymysły, kłamstwa. Niech każdy z nich ze swojego zakresu odpowiedzialności odpowie, co zrobił, żeby przeciwdziałać obecnej sytuacji. Dlaczego samolotów nie można było wyczarterować już wcześniej, a teraz to już jest możliwe? No tak... przecież wcześniej ważniejsze były orliki, a nie bezpieczeństwo głowy państwa, najwyższych dowódców i reprezentantów Polski. Jak widać, nic w tym względzie nie zostało zrobione, a mnóstwo ludzi - mówię o rządowych urzędnikach - awansowało po katastrofie i to jest bardzo niepokojące.

Chciałabym wiedzieć, dlaczego generał będący dowódcą Brygady Desantowo-Szturmowej, która za jego kadencji pierwsza zdawała egzaminy i weszła do NATO, generał, który służył w ONZ i trzykrotnie został wysłany przez naszą Ojczyznę do Iraku, zginął w wolnej Polsce. Nigdy nie przestanę o to pytać. I do samego końca będę walczyła o prawdę. Pan premier, będąc w Kosowie, powiedział, że nie ma nic cenniejszego niż bezpieczna Ojczyzna, i to jest prawda. Nikt o zdrowych zmysłach nie chce wojny i my - rodziny - też tego nie chcemy. Każdy obywatel, a tym bardziej polityk, chciałby być szanowany i doceniony. Ale to działa w dwie strony - również każdego obywatela trzeba szanować, mieć wyważone myśli w wypowiadaniu się, tak żeby nawet jeśli ktoś myśli inaczej niż ekipa sprawująca władzę, jak najmniej go urazić. Wiemy natomiast, że pan premier niczego nie zakwestionował i nie wypowiedział się negatywnie na temat swoich kolegów z partii, a przecież nawet raport NIK pokazał, że było wiele niedociągnięć i błędów.

Jak Pani sądzi, dlaczego PAP nie opublikowała Pani listu?

- Niestety. Jest to dla mnie przykre. Myślę, że niektórym mediom wygodniej jest unikać tematu smoleńskiego. Myślę, że tak samo jak prokuratura otrzymuje wytyczne, co utajnić, czego nie podawać do wiadomości opinii publicznej, tak samo media mają swoich właścicieli, którzy wytyczają linię informacji.

Ale są rodziny, które aprobują cały ten skandal, choćby Paweł Deresz.

- Wypowiedzi pana Deresza są dla mnie zaskakujące. Jeszcze niewiele wiedzieliśmy na temat katastrofy, a on już jednoznacznie opowiadał swoją wersję. Zastanawiam się też, dlaczego nie było go, jak również innych rodzin, na konferencji profesorów, która odbyła się 22 października w Warszawie, i nie posłuchali tego, co mają do powiedzenia specjaliści. Im więcej się dzieje i bada w temacie katastrofy, tym lepiej dla wyjaśnienia jej przyczyn. Niestety, niektórym wystarczą informacje podane przez Rosję. A co dotyczy mojej rodziny, to cóż, byliśmy potrzebni, jak Mąż był potrzebny Ojczyźnie. Stworzyłam piękny, spokojny dom, do którego Mąż bardzo chętnie wracał, w którym odpoczywał, by potem móc być na rozkaz polityków. Pewnie są jeszcze zdziwieni, że się odzywam. Ale, jak widać, nie mam prawa nawet wiedzieć, dlaczego nie ma mojego Męża. Pan premier prawie wszystko utajnia, tak jakby mój Mąż był jego własnością.

Sejmowa Komisja Ustawodawcza głosami posłów Platformy storpedowała możliwość powołania wysokiej komisji obywatelskiej ds. wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej.

- Nie jestem zaskoczona taką decyzją. Po prawie 3 latach nasi politycy ochłonęli, zdali sobie sprawę, że jest to tragedia, jakiej nigdy nie było na świecie. Widzą, ile jest zaniedbań z ich strony, i idą w zaparte, że oni zrobili wszystko, co mogli. Jeśli tak, to tylko świadczy o tym, jak niewiele mogą. Nie wierzę teraz w nic. Dlatego musi być komisja międzynarodowa. Zastanawia mnie bardzo, dlaczego dla spokoju naszego ducha i spokoju kraju nie można zrobić wszystkiego, żeby było wreszcie jasno powiedziane, co stało się w Smoleńsku? Kontrola NIK wykazała wiele nieprawidłowości, za które powinno się z urzędu ścigać winnych, a tu się wszystko umarza. Ja tego w ogóle nie mogę pojąć. Pamiętam, jak przez 41 lat Mąż, pełniąc wszystkie stanowiska dowódcze, odpowiadał za każdego żołnierza, chociaż czasami nie miał żadnego wpływu na ich bezpieczeństwo, gdy np. żołnierze byli na wojnie. Bardzo często myślę, jaką odpowiedzialność poniósłby mój Mąż, jak by zorganizował taki przelot np. w Iraku, gdy miał pod sobą 10 tys. żołnierzy z 25 krajów. W poniedziałki zawsze były odprawy i 12 kwietnia 2010 r. pan minister Klich nie zastał żadnego generała. Przecież gdyby to spotkało normalnego człowieka, to by się kajał do końca swoich dni. Czy jako minister obrony pan Klich zrobił wszystko, co powinien? Czy choć raz się za to pokajał? Muszę też powiedzieć, bo pewnie dużo ludzi nie wie, za jakie pieniądze służył mój Mąż w Iraku. Ciągle minister Klich mówił, że jadą tam dla pieniędzy. Otóż będąc na pierwszej, a potem na drugiej zmianie jako szef szkolenia armii irackiej, mój Mąż miał 2,8 tys. dolarów. Będąc dowódcą siódmej zmiany, miał 3 tys. dolarów, przy czym dolar był wówczas wart mniej niż 2 złote. Tak więc po pół roku Mąż przywiózł 35 tys. złotych. Proszę samemu ocenić, czy to są duże pieniądze za nieprzespane noce, tygodnie pracy bez wolnych weekendów i świąt. Nie miał też premii, jakie przyznawał pan Drzewiecki swoim kolegom. Mojemu Mężowi, kiedy był dowódcą, należał się dodatek reprezentacyjny. Faktycznie, przywieźli mu ten dodatek na lotnisko, jak wracał z Iraku, ale warunkiem otrzymania paru dolarów były faktury z Bagdadu. Takie to właśnie było wojsko za ministra Klicha. A teraz to już tylko ochrona kolegów partyjnych.

Dziękuję za rozmowę.

Marta Ziarnik