• Niedziela, 22 marca 2026

    imieniny: Katarzyny, Bogusława

Próby łatania deficytu

Sobota, 5 marca 2016 (05:16)

Z prof. Jerzym Żyżyńskim, ekonomistą, posłem Prawa i Sprawiedliwości, członkiem sejmowej Komisji Finansów Publicznych, rozmawia Rafał Stefaniuk

Prezydent podpisał ustawę budżetową na 2016 r. i deficyt na poziomie prawie 55 mld zł staje się faktem. Poziom deficytu jest dla Pana niepokojący?

– Na deficyt należy patrzeć w relacji do PKB, czyli do tego, co wytwarzamy. Obecny deficyt nie jest niepokojący, bo gdyby go nie było, to mielibyśmy dwie możliwości: zwiększenie dochodów budżetowych o ponad 17 proc. albo cięcia budżetowe o 15 proc., ale wtedy nie zaspokoilibyśmy wszystkich potrzeb, jakie realizuje państwo. Wydaje się, że z obu tych faktów nie zdają sobie sprawy „mądrale” krytykujący obecny deficyt. W naszej sytuacji podniesienie podatków i cięcia są możliwe tylko teoretycznie. Zdarzały się zabawy w cięcia wydatków, co potem zaszkodziło wielu dziedzinom, za które odpowiada państwo. Możemy sobie pozwolić na niedofinansowanie edukacji czy służby zdrowia? Gdy np. zmniejszymy wydatki na administrację, to albo będziemy wyrzucać ludzi z pracy, albo obetniemy im pensje. I co wtedy? Możliwe, że będą wyciągać ręce po łapówki. Zwiększenie podatków też jest bezcelowe. W sprawie podatków istotna jest zmiana ich struktury, przeniesienie obciążenia z biednych na bogatych, a nie ogólne podwyższanie podatków. Dlatego obecny poziom deficytu uważam za optymalny.

Panie Profesorze, a co z kosztami obsługi długu?

– Dług to jest inna kwestia. Koszt obsługi długu nie wynika z aktualnego deficytu, a ze skumulowanego deficytu z lat poprzednich i ze sposobu finansowania deficytu. Jak finansowaliśmy deficyt za granicą, to teraz ponosimy tego konsekwencje. Zwłaszcza przy osłabieniu złotego koszt obsługi długu jest większy.

To jak należy prowadzić walkę z gigantycznym zadłużeniem Polski?

– Nie ma lepszego sposobu na zmniejszenie zadłużenia jak rozwój gospodarki. Metoda stara i sprawdzona.

Podniesienie kwoty wolnej od podatku będzie stanowić problem dla przyszłorocznego budżetu?

– Na pewno będzie. Ale w sprawie kwoty wolnej od podatku problem będzie mniejszy, niż się sądzi. Pozostawienie pieniędzy u biedniejszych jest o tyle korzystne, że te osoby większość swoich dochodów wydają. A wydatki działają pobudzająco na gospodarkę. Tak więc te pozostawione im pieniądze wrócą do budżetu poprzez podatki, np. VAT i podatki dochodowe. Przypomnę, że w Polsce kwota wolna od podatku jest na wyjątkowo niskim poziomie, to zaledwie 3091 zł. W wielu krajach jest znacznie wyżej i to wcale nie szkodzi ich gospodarkom.

Rząd zapowiada też obniżenie wieku emerytalnego.

– To jest powrót do tego, co już było. Problemem nie jest demografia, a emigracja. Zatrzymamy wyjazdy młodych ludzi z kraju, to i zmieni się sytuacja demograficzna. Emeryci nie emigrują, robią to ludzie młodzi i w pełni sił. Osoby te powinny pracować w Polsce i wytwarzać dochód narodowy.

Uda się znaleźć optymalne rozwiązanie dla tzw. podatku od hipermarketów? Polski handel odetchnie?

– To jest pytanie do twórców projektu ustawy. Osobiście przestrzegałem przed opodatkowaniem przychodów, i to w zaproponowanej formie. Jeżeli chodzi o rentowność obrotów w handlu, to jest ona bardzo zróżnicowana. Małe i średnie sklepy mają niską rentowność przychodów. To znaczy, że trzeba by osiągnąć duży obrót, żeby osiągnąć zysk. Bywa, że marże są niskie, a za to duże koszty funkcjonowania sklepów. W niektórych okresach rentowność sklepów osiąga od 0,5 do 1,5 proc., bywa ujemna.  Ona zmienia się sezonowo i zależy od wielu czynników. O opodatkowaniu przychodów mówią, jak ja ich nazywam: „wynalazcy podatkowi i uszczęśliwiacze ludzkości”. Poznamy ich po tym, że doradzają likwidację PIT i CIT, a chcą opodatkować przychody 1 proc. Wydaje się, że to proste, a podatek niski, ale w wielu branżach rentowność obrotu jest na poziomie właśnie 1 proc. i niższa – taki podatek zabrałby cały zysk albo doprowadził do bankructwa.

Jakie rozwiązanie wydaje się Panu najlepsze?

– Uważam, że powinno się opodatkować powierzchnię handlową. To by było coś na wzór podatku gruntowego. Rolnik płaci od gruntu rolnego, a tu byłoby od powierzchni sklepu. Duży sklep płaciłby dużo. Wysokość tego podatku mogłaby być progresywna, czyli dla dużej powierzchni cena metra byłaby większa, a dla małej mniejsza. Uważam, że to nie kłóci się z zasadami rynkowymi. Oczywiście weszłoby to w koszty. Odbiłoby się to na cenie, ale w niewielkim stopniu. Pamiętajmy, że w gruncie rzeczy podatek przedsiębiorstw pośrednio płacą klienci. Przedsiębiorca tak to sobie wykalkuluje, aby przenieść podatek na ceny i w efekcie zapłaci klient.

Wobec argumentu opodatkowania powierzchni sklepów wysuwa się kontrargument, że duże sklepy podzielą się na kilka mniejszych.

– Dla mnie jest to chybione twierdzenie. Ktoś próbował pójść do hipermarketu i go dzielić? Są galerie, które stanowią zbiór sklepów w jednym budynku. Teraz pytanie, czy opodatkujemy całą galerię, czy każdy sklep oddzielnie? Nawet gdyby się sklepy podzieliły, to można je traktować kapitałowo, czyli liczyć nie sklep, ale to, co je łączy – kapitał. Chyba że doszłoby do podziału w sensie organizacyjnym, ale to by oznaczało likwidację koncernu jako spójnej całości. Jest jeszcze franczyza, czyli drobni handlowcy, których łączy wspólny szyld. To są oddzielni przedsiębiorcy, tylko płacą za logo. To już jest zupełnie inna formuła. To oni szczególnie mocno protestowali, bo boją się, że się ich podciągnie pod jedną sieć i w efekcie zapłacą jak duży koncern handlowy. To są trudne problemy, które trzeba rozwiązać. 

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk