• Poniedziałek, 11 maja 2026

    imieniny: Lutogniewa, Mamerta

Sprawdzian po stu dniach rządów

Piątek, 4 marca 2016 (20:30)

Z Andrzejem Maciejewskim, ekspertem w obszarze polityki z Instytutu Sobieskiego, posłem Ruchu Kukiz’15, przewodniczącym sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jaką wagę, Pana zdaniem, mają wybory uzupełniające do Senatu na Podlasiu, które odbędą się w niedzielę? O co toczy się ta walka, czy tylko o jeden mandat?

– W mojej ocenie, wybory te mają charakter bardziej psychologiczny niż polityczny wielkiej wagi. Z drugiej strony jest to pierwszy test – jak odbierane jest Prawo i Sprawiedliwość, kiedy po drugiej stronie pojawia się kandydat popierany przez koalicję trzech ugrupowań: Platformy Obywatelskiej, PSL i Nowoczesnej. Jest to zatem pewien spektakl o wymiarze wojny psychologicznej, a zarazem próba odpowiedzi, jak to, co na przestrzeni ostatnich stu dni dzieje się w Polsce i jak odbiera to społeczeństwo.  

O czym świadczy fakt, iż pierwszoplanowi politycy Platformy, PSL czy Nowoczesnej nie uczestniczą w kampanii na rzecz swojego wspólnego kandydata Mieczysława Bagińskiego? Czy jest to oddanie pola bez walki ze względu na brak realnych szans na sukces, czy może celowe działanie, które ma usprawiedliwić ewentualną przegraną?

– Przede wszystkim jest to sprytne wysunięcie na pierwszy plan kandydata PSL. W przypadku porażki Platforma i Nowoczesna zawsze mogą powiedzieć, że to nie my przegraliśmy, to nie nasz kandydat poniósł porażkę, że jeszcze przed wyborami uznali, iż nie warto się „kopać z czołgiem”, że to nie ich elektorat, nie ten teren itp. Natomiast jeśli wygra kandydat koalicyjny, to wówczas szybko się okaże, że sukces ma wielu ojców i każda z tych formacji politycznych będzie się chciała ogrzać w blasku zwycięstwa. Podsumowując, nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem, że Podlasie to teren, gdzie od lat największe tradycje ma PiS i Platforma, stąd każda ze stron będzie próbowała to wykorzystać, aby się przypodobać wyborcom i ugrać jak najwięcej dla siebie. Wynik pójdzie w świat i zawsze może służyć do udowadniania swoich racji i przenoszenia ich na grunt ogólnopolski.

Co stanowi największe wyzwanie dla formacji politycznych w przypadku wyborów uzupełniających?

– Wybory uzupełniające mają charakter wyrywkowy, a ich wynik, choć często wykorzystywany przez polityków, nie jest wymierny. Ewentualne zwycięstwo kandydatki PiS zostanie szybko odtrąbione jako sukces nie Anny Marii Anders, ale jako sukces PiS. Każda ze stron prowadzi intensywną kampanię na zasadzie „wszystkie ręce na pokład”. Wszyscy znani politycy są tam obecni, wspierają, popierają swojego kandydata, mamy spotkania, konwencje, robi się głośno.  

Patrząc szerzej na polską scenę polityczną, z jednej strony mamy frontalny atak na rząd ze strony Platformy i Nowoczesnej, a z drugiej cały czas bardzo dobry wynik sondażowy PiS. Jakoś ta wroga narracja nie przekłada się na spadek poparcia PiS i wzrost notowań wspomnianych partii opozycyjnych?

– Ugrupowania takie jak Platforma, PSL czy Nowoczesna, a także Kukiz’15 pełnią rolę opozycji, której zadaniem jest patrzeć władzy na ręce. Są różne szkoły: jedna mówi, że nieważne, co rząd robi – dobrze czy źle – to i tak wszystko krytykujemy, a druga szkoła mówi o tym, żeby być tzw. konstruktywną opozycją. Z racji tego, że jestem posłem Kukiz’15, to powiem, że my chcemy i zrobimy wszystko, aby być tą konstruktywną opozycją, co trudno powiedzieć o Platformie czy Nowoczesnej.

Co znaczy być konstruktywną opozycją?

– Konstruktywna opozycja to taka, która mówi o tym, co się jej nie podoba u rządzących, a jednocześnie wskazuje realną alternatywę. Jako Kukiz’15 staramy się wskazywać na słabości i błędy, ale w tym, co robimy, na pewno nie posługujemy się zasadą „im gorzej, tym lepiej”. Natomiast patrząc na Platformę i Nowoczesną, mam wrażenie, że uczestniczymy w przedstawieniu teatralno-pokazowym, które ma na celu rozgrywki PR-owskie. Tymczasem zapomina się o tym, że przecież Platforma, rządząc z PSL przez osiem lat, wiele spraw mogła przeprowadzić dla Polski, a tego nie zrobiła. Mam tu na myśli chociażby zwiększenie kwoty wolnej od podatku czy zwiększenie dochodów samorządów terytorialnych. Te formacje mogły to załatwić pozytywnie, ale nie załatwiły, tymczasem dzisiaj próbują się przedstawiać jako wielcy reformatorzy i udowadniać, że są prospołeczni i proobywatelscy. To wszystko pachnie hipokryzją.

Jak skomentuje Pan wyciek projektu raportu Komisji Weneckiej i wczorajszej decyzji tego gremium, które staje w opozycji do wniosku strony polskiej i nie godzi się na wstrzymanie publikacji ostatecznej wersji raportu do czerwca?

– To tylko pokazuje, że Komisja Wenecka, którą próbowano przedstawić Polakom jako bardzo poważne gremium, z którego opinią bezwzględnie należy się liczyć, de facto zamieniła się w komisję wyborczą, a mówiąc dokładnie, w komisję „Gazety Wyborczej”. Poprzez ten – moim zdaniem – przeciek kontrolowany tylko do jednego medium, zanim dokument trafił do strony rządowej, bezpośrednio zainteresowanej, Komisja Wenecka pokazała, że cała ta sprawa to nic innego jak tylko rozgrywka polityczna. Wskazują na to również argumenty, jakie padają, argumenty polityczne, a nie stricte prawnicze. I to, moim zdaniem, jest błąd, który sprawia, że wiarygodność tego gremium spadła, i to na własne życzenie samej Komisji Weneckiej. Przecieki, które są pewną próbą manipulacji, są niedopuszczalne tym bardziej, kiedy dotyczą instytucji o znaczeniu międzynarodowym.

Czy nie jest to zarazem argument wygodny dla rządu PiS, aby werdyktu Komisji Weneckiej, co by nie powiedzieć – o dość wątpliwej reputacji, nie traktować poważnie?

– Myślę, że może to być argument. Nie może być tak, że instytucja czy organ, który chce uchodzić za poważne gremium, sam z siebie robi ciało niepoważne. Komisja Wenecka jako organ doradczy Rady Europy nie powinna i nie może ośmieszać swoich opinii czy raportów. Nie może być tak, żeby rząd Polski, który jest adresatem, dowiadywał się z mediów o projekcie opinii, której jest podmiotem czy adresatem. To, co obserwujemy, to żenujący spektakl, porażka i jakieś wielkie nieporozumienie, słowem – kompromitacja Komisji Weneckiej i tych, którzy czynili z tego ciała autorytet.

Czekamy zatem na ostateczny werdykt i chyba trudno oczekiwać, aby odbiegał znacząco od projektu opinii, która ujrzała światło dzienne…

– Zaczekajmy, aż ten raport się pojawi w ostatecznej, oficjalnej formie. Nie ukrywam, że sam jestem ciekaw, jak to zostanie rozegrane i co się z tego urodzi. Polska jest krajem wolnym i nie ma obowiązku realizowania opinii ciała, które swą postawą udowodniło, że jest bardziej polityczne niż merytoryczne.  

Dziękuję za rozmowę.        

Mariusz Kamieniecki