• Niedziela, 10 maja 2026

    imieniny: Antonina, Gardenii, Izydora

Brakowało jedynie pewnych ogniw

Sobota, 20 lutego 2016 (05:21)

Z dr. Dariuszem Iwaneczką, historykiem, p.o. dyrektorem Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Rzeszowie, rozmawia Mariusz Kamieniecki

IPN podał informację o zawartości dwóch z sześciu teczek. Czym są ujawnione przez prezesa Kamińskiego materiały: teczka pracy i teczka personalna, i czemu służyły?

– Są to dwie podstawowe teczki, które były zakładane w momencie pozyskania do współpracy tajnego współpracownika. Często bywało tak, że zanim ktoś stawał się TW, to otrzymywał kategorię kandydata na TW, czyli KTW, natomiast po pobraniu zobowiązania pisemnego i rozpoczęciu formalnej współpracy następowało przekwalifikowanie takiej teczki na teczkę TW. Teczka personalna dotyczyła wszystkich spraw związanych z procesem przygotowania, jak również pozyskania TW. Następnie gromadzono w niej wszelkie inne dane dotyczące konkretnej osoby, np. jej kontakty, dane kontroli wiarygodności czy charakterystyki TW. Można zatem powiedzieć, że teczka personalna zawierała dane o TW i historię jego współpracy. Natomiast teczka pracy dotyczyła stricte zadań, jakie TW wykonywał. Zawierała też informacje, czyli donosy, które przekazywał. Były tam także donosy pisane własnoręcznie – jeżeli TW takie sporządzał, bądź raporty sporządzane przez funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa na podstawie relacji TW ze spotkań i rozmów, jakie przeprowadzał. Co istotne, w teczce personalnej gromadzono również wszystkie pokwitowania dotyczące prezentów rzeczowych bądź też środków finansowych, jakie z funduszu operacyjnego były przekazywane TW w zamian za współpracę. Oczywiście, o ile TW był wynagradzany, bo były też przypadki, kiedy ktoś nie był zainteresowany korzyściami materialnymi, a w zamian oczekiwał załatwienia spraw osobistych, np. pracy czy miejsca na studiach. Takie formy rozliczania także miały miejsce i były dokumentowane w teczce personalnej. Zwykle teczka personalna była mniej obszerna niż teczka pracy. Jeśli współpraca była aktywna, to wówczas teczka pracy była dzielona na poszczególne tomy. W przypadku bardzo aktywnych TW teczka pracy składała się z kilku – trzech, czterech tomów obrazujących historię i przebieg współpracy.   

Na ile, Pana zdaniem, ujawnione przez IPN materiały z szafy Kiszczaka są autentyczne i na ile wiarygodne?

– Trudno dziś odpowiedzieć na to pytanie w sposób jednoznaczny. Myślę, że trzeba poczekać na wyniki analizy, której dokonają archiwiści i historycy. Być może będzie też decyzja, aby tym materiałom dokładnie przyjrzał się grafolog, specjalista od historii papieru, druku itp. Podejrzewam, że również pod takim kątem te materiały będą analizowane. Z tego, co wiemy wszyscy – na podstawie informacji medialnych – teczki z domu Kiszczaka znajdują się w oryginalnych obwolutach z tamtego okresu, a więc tak jak były gromadzone wszystkie inne materiały w latach 70. Jest duże prawdopodobieństwo, że jest to materiał archiwalny, który został przejęty prawdopodobnie wtedy, kiedy Kiszczak pełnił funkcję ministra spraw wewnętrznych w rządzie premiera Tadeusza Mazowieckiego. Widocznie miał w tym jakiś cel, aby te materiały przechowywać u siebie w domu.

Czym przez te wszystkie lata kierował się Wałęsa, zaprzeczając współpracy z bezpieką, i czy nie był to błąd?

– Wałęsa od lat mierzy się ze swoją agenturalną przeszłością. Od samego początku kluczył, nie dopowiadał, chociaż – jak twierdzą historycy, np. Sławomir Cenckiewicz czy Piotr Gontarczyk – tak naprawdę były wypowiedzi samego Wałęsy, kiedy między słowami sam się przyznawał, jeśli nie do współpracy, to przynajmniej do kontaktów z funkcjonariuszami SB. Są znane nieliczne przypadki byłych TW, którzy wprost przyznają się, że podjęli współpracę z organami bezpieczeństwa PRL. Większość kluczy, próbuje mataczyć w tej kwestii albo wręcz zaprzecza do samego końca. Lech Wałęsa z rodziną przyjęli postawę lekceważenia wszelkich doniesień o jego agenturalnej przeszłości. Stoją na stanowisku, że są to materiały spreparowane – zresztą nie wiem, na jakiej podstawie wysuwane są takie twierdzenia. Tymczasem sprawa była oczywista od momentu ukazania się książki Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka, brakowało jedynie pewnych ogniw. Dzisiaj jednak widać, że ten krąg zaczyna się zamykać. Widać, że ci historycy, którzy byli odsądzani od czci i wiary, mieli rację i teraz powinni zostać przeproszeni.

Jak w świetle tych dokumentów jawi się Panu film Andrzeja Wajdy o Lechu Wałęsie „Wałęsa. Człowiek z nadziei”?

– Zgadzam się z argumentacją Sławomira Cenckiewicza, którą przyjął w swojej książce pt. „Lech Wałęsa – człowiek z teczki”, obnażając tezy postawione przez Andrzeja Wajdę w swoim filmie – tezy, które zafałszowują historię Polski i pogląd na temat Wałęsy szczególnie w latach 70., bo o to tu tak naprawdę chodzi. Kontekst historyczny jest tu bardzo istotny, chodzi o to, żeby działalność Lecha Wałęsy rozpatrywać pewnymi etapami. Obraz Andrzeja Wajdy jest jednym z wielu, jakie się ukazywały w kinematografii polskiej, które wprost zafałszowują historię Polski i tworzą legendy, ale w negatywnym tego słowa znaczeniu.

 

Jak w kontekście teczek Kiszczaka należy odczytać oświadczenie lustracyjne Wałęsy, że nie współpracował ze służbami PRL, uznane przez sąd za zgodne z prawdą?

– Dla mnie nie ulega wątpliwości, że status pokrzywdzonego Lechowi Wałęsie w odniesieniu do tamtego okresu lat 70. został wydany wadliwie. Ci, którzy się temu procesowi lustracyjnemu przyglądali, mówią wyraźnie, że była to farsa. Podobno dostarczano tomy akt, których w kilka dni nikt nie był nawet w stanie przejrzeć, a tym bardziej rzetelnie ocenić. Wygląda na to, że ktoś czegoś nie dopatrzył i celowo, szybko, naprędce próbował oczyścić Lecha Wałęsę z zarzutu współpracy z bezpieką.

Dokumenty z szafy Kiszczaka, podjęte i ujawniane teraz przez IPN, dzielą dawnych opozycjonistów. Jedni stają murem za Wałęsą, odrzucając fakty, inni uważają je za potwierdzenie wiedzy, jaką mieli już wcześniej. Z czego to wynika?

– Według mnie, ten podział nie jest kwestią ujawnienia istnienia w domu Kiszczaka archiwum na temat Lecha Wałęsy. Ten podział i różne postrzeganie Lecha Wałęsy kształtuje się od lat, a wynika to z faktu, że on sam nie potrafił stanąć w prawdzie. Od lat 90., a więc od samego początku tzw. III RP było środowisko – także opozycyjne, które – jestem przekonany – miało wiedzę na temat czarnych plam w życiorysie Wałęsy. Jednak chcąc tworzyć legendę, na zasadzie niedotykania spraw niewygodnych, żeby nie burzyć wizerunku pewnego okresu dziejów Polski, od czasu układu Okrągłego Stołu kształtowali oficjalny, poprawny politycznie obraz najnowszej historii naszego kraju. Zresztą dzisiaj w dalszym ciągu próbują ten nieprawdziwy wizerunek podtrzymywać. Przypomina to ni mniej, ni więcej retorykę Adama Michnika, który stał na stanowisku, że akta należy zalać betonem. A zatem, że nie liczy się historia, nie liczy się tradycja i fakty, natomiast liczy się tylko teraźniejszość, tu i teraz. Zresztą w tę retorykę wpisuje się sam Wałęsa, który powiedział, że zwycięzców się nie sądzi. Tymczasem każdy podlega osądowi historycznemu, obojętnie, czy jest przy władzy, czy jest w opozycji. Każdy powinien podlegać ocenie historycznej – oczywiście zgodnej z prawdą i opartej na źródłach. Ten podział na zwolenników i przeciwników Lecha Wałęsy zawsze tak się kształtował. Są tacy, którzy do samego końca będą obstawać przy tym, aby agenturalnej przeszłości Wałęsy nie rozgrzebywać.

Czy należałoby założyć, że Kiszczak, mając szafę pełną materiałów kompromitujących działaczy opozycji solidarnościowej, dzielił i rządził, jak chciał?

– Owszem, są takie podejrzenia. Nie ulega wątpliwości, że materiałami można grać w różny sposób. Różne osoby, które są w posiadaniu tzw. haków, mogą w rozmaity sposób wpływać na osoby decyzyjne. W historii, zresztą nie tylko PRL-u, ale także współczesnej Polski, takie sytuacje były wykorzystywane. Jest mnóstwo przykładów, gdzie szantażem czy wykorzystując powiązania pewnych osób, wpływano na ludzi i decyzje przez nich podejmowane. Tu zachodzi też obawa, że nie tylko Kiszczak wynosił dokumenty. Przecież każdy naczelnik wydziału, każdy dyrektor departamentu, a nawet kierownik sekcji mógł sobie przywłaszczyć akta, aby później wykorzystać je do różnych celów. Czy sterował tym Kiszczak – trudno powiedzieć. Natomiast dzisiaj, kiedy słyszę, że podczas pobytu Lecha Wałęsy w Wenezueli jego tłumaczką jest żona czy też była żona gen. Dukaczewskiego, to pytam nawet sam siebie, czy to przypadek…

Dlaczego, Pana zdaniem, wcześniej, za życia, Kiszczak nie skorzystał z tych teczek?

– Tego, czy nie skorzystał – tak naprawdę nie wiemy. Skoro je miał, to niewykluczone, że z nich korzystał.         

Na pewno ich nie ujawnił. Czy jednak mógł nimi grać?

– O to właśnie chodzi. Temu służą tzw. haki, żeby mieć kogoś w garści. Tak naprawdę wystarczyła świadomość, że gen. Kiszczak takie materiały posiada, albo nawet jeśli ich nie posiada, to ma wiedzę na ich temat. Niektórzy mogli spać bezpiecznie do momentu zejścia z tego świata gen. Kiszczaka, który – jak się dzisiaj okazuje – pozostawił jednak pewne materiały. Mógł np. zapewniać określone osoby, że materiały zniszczył.

Czy takich prywatnych archiwów i „haków” może być więcej?

– Oczywiście, że tak. Błędem było niezajęcie archiwów w 1989 r. i pozostawienie dostępu do nich – przynajmniej na jakiś okres – pewnym osobom związanym z poprzednim reżimem. Nie jest przecież tajemnicą, że dokumenty te były niszczone czy kasowane. Równie dobrze mogły być także wynoszone przez funkcjonariuszy celem zagwarantowania sobie nietykalności i w razie zagrożenia ich wykorzystania.

Czy to nie absurd, że w 27. roku od odzyskania przez Polskę wolności wciąż borykamy się ze skazą PRL-u, a gruba kreska wciąż odbija się czkawką…?

– Popełnienie wielu błędów można zarzucić obozowi postsolidarnościowemu, który przejął władzę w Polsce po rządach komunistycznych, ale gruba kreska premiera Tadeusza Mazowieckiego była błędem kardynalnym. Przejęcie archiwów bezpieki w 1989 r. ucięłoby sprawę raz na zawsze i dzisiaj nie mielibyśmy wielu problemów natury politycznej czy społecznej, z którymi się borykamy.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki