• Niedziela, 10 maja 2026

    imieniny: Antonina, Gardenii, Izydora

Wałęsa bez statusu pokrzywdzonego

Sobota, 20 lutego 2016 (03:29)

Z dr. Łukaszem Kamińskim, prezesem Instytutu Pamięci Narodowej, rozmawia Piotr Falkowski

Środowiska nieprzychylne lustracji dotąd najczęściej lekceważyły argument, że akta SB mogą służyć do szantażowania byłych tajnych współpracowników. Czy ujawnienie akt agenta „Bolka” w domu Czesława Kiszczaka definitywnie rozstrzyga tę kwestię?

– Myślę, że przez wiele lat było już wiele takich wydarzeń, które powinny zrewidować tego typu sposób myślenia, zwłaszcza od kiedy powstał Instytut Pamięci Narodowej i stopniowo stały się dostępne nasze archiwa. Natomiast dzisiaj to jest ten ostateczny moment, kiedy wszyscy ci, którzy wątpili w sens lustracji, powinni się przekonać. Jest kilka powodów lustracji, ale jednym z nich jest przecięcie możliwości szantażu, wpływania na rzeczywistość przy wykorzystaniu wiedzy z tamtej epoki. Dzisiaj ciężko mi sobie wyobrazić, by ktokolwiek jeszcze wątpił w takie zagrożenie.

Czy w świetle nowych dowodów na współpracę Lecha Wałęsy z SB może się coś zmienić w jego statusie pokrzywdzonego?

– Ten status został nadany przez IPN Lechowi Wałęsie w związku z treścią wyroku Trybunału Konstytucyjnego, stwierdzającego, że osobie, która najpierw współpracowała, a potem angażowała się w działalność opozycyjną i była represjonowana, taki status się należy. Warto też pamiętać, że od nowelizacji naszej ustawy w 2007 roku ten status już nie istnieje.

Prokurator zabezpieczył w domu Kiszczaka sześć pakietów z dokumentami. Czym właściwie są te pakiety?

– Prokurator, prowadząc czynności, znalazł sporą ilość różnego rodzaju materiałów o różnym charakterze: rękopisy, maszynopisy, fotografie. Okazało się, że zgodnie z oczekiwaniami prokuratora materiałów podlegających zabezpieczeniu jest dużo i nie będzie on w stanie opisać wszystkich na miejscu, bo trwałoby to zbyt długo. Stąd prokurator podjął decyzję, że należy cały ten zgromadzony materiał zapakować w worki, które zostały opieczętowane. To właśnie te pakiety. Przewieziono je do siedziby Instytutu Pamięci Narodowej i tu trwają oględziny. Na razie pierwszych dwóch pakietów. One będą kolejno, sukcesywnie otwierane i ich zawartość będzie opisywana przy udziale specjalistów archiwistów i członków rodziny, żeby nie było żadnych wątpliwości. Będziemy o tym informować opinię publiczną, a także sukcesywnie już opisane materiały będziemy udostępniać w naszym archiwum.

Gdzie dokładnie są teraz te materiały?

– Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie ze względów bezpieczeństwa.

IPN obawia się próby ich wykradzenia?

– Dmuchamy na zimne.

Jest Pan pewny, że to wszystko, co miał w prywatnym archiwum Czesław Kiszczak?

– Trudno spekulować, nie ma już kogo zapytać. Żona nie wydaje się dobrze zorientowana w tej kwestii. Nie wiemy, czy Czesław Kiszczak nie zdeponował u kogoś jakichś materiałów albo ich się nie pozbył.

Dlaczego tyle czasu zwlekał Pan ze spotkaniem z Ma- rią Kiszczak? Przecież trwało już śledztwo w sprawie podejrzenia posiadania przez nią dokumentów podlegających przekazaniu do IPN.

– Nie uważałem, żeby było wskazanym traktowanie jej inaczej niż innych gości. Poza tym wyglądało to tak, że ona przyszła, zostawiła swój numer telefonu strażnikowi na portierni z informacją, że chciałaby się spotkać z prezesem IPN, i poszła. Więc kiedy ta kartka dotarła do mojego sekretariatu, to ona już opuściła siedzibę Instytutu. Mój asystent zadzwonił, proponując szybkie, w zasadzie natychmiastowe spotkanie z jednym z moich doradców, który by mnie reprezentował. Ona się na to nie zgodziła, chciała rozmawiać ze mną osobiście. Zgodziłem się, przedstawiono jej kilka terminów, w których było to możliwe, i wybrała akurat 16 lutego o 10.30.

Czego się Pan spodziewał po tym spotkaniu?

– Prawdę mówiąc, nie wiedziałem, czego się spodziewać po tym spotkaniu, wiedziałem tylko, że nie mogę go odbyć w cztery oczy i stąd dwie inne osoby uczestniczyły w nim.

Ta rozmowa była nagrywana?

– Nie, nie mamy w Instytucie zwyczaju nagrywania jakichkolwiek spotkań.

Zastanawiające są motywy tego kroku Marii Kiszczak. Nie obawia się Pan, że to jakiś podstęp, prowokacja?

– Oczywiście musimy rozważać i taki wariant, że to jest jakaś ostatnia gra generała Kiszczaka, dlatego bardzo ostrożnie podchodzimy do tej sprawy, bardzo pieczołowicie pilnujemy wszystkich możliwych procedur z nią związanych. Czasem to powoduje ich wydłużenie, a przez to opóźnianie się informacji. Wstępna opinia specjalistów archiwistów nie daje na razie podstaw do podejrzeń, że jest to próba uwiarygodnienia jakichś nieprawdziwych dokumentów. W tej chwili skupiamy się na opisaniu tych dokumentów, ale zaraz po zakończeniu tych czynności stworzymy możliwość korzystania z nich dla historyków i dziennikarzy i nasi badacze będą się bardzo wnikliwie przyglądać, analizując treść i prowadząc dodatkowe badania.

Spodziewa się Pan, że jest więcej takich prywatnych archiwów akt służb specjalnych PRL?

– To podejrzewaliśmy od dawna. Teraz mamy niezbity dowód. Skoro były w jednym domu, to dlaczego mielibyśmy zakładać, że nie ma ich w innych domach.

Ile jest obecnie tego typu śledztw?

– To jest w tej chwili jedyne śledztwo.

Ale możemy się spodziewać wkrótce podobnych akcji?

– Nic nie mogę powiedzieć na ten temat.

Dziękuję za rozmowę.

 

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Piotr Falkowski