W sferze ewentualnych zobowiązań
Poniedziałek, 15 lutego 2016 (20:13)Z dr. Andrzejem Zapałowskim, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Turecki szef dyplomacji Mevlut Cavusoglu zapowiada wspólną z Arabią Saudyjską operację lądową przeciwko islamistom w Syrii. Jakie mogą być jej konsekwencje?
– Pozostaje mieć nadzieję, iż ta deklaracja to tylko część politycznej gry. Gdyby jednak podjęto taką operację, to konsekwencje byłyby trudne do oszacowania. Proszę zwrócić uwagę, że Rosja ma w Syrii systemy S-400, które mogłyby zadać obu państwom atakującym znaczne straty w lotnictwie. Pytanie, czy w takim wypadku Iran nie wysłałby do walki swoich wojsk lądowych i nie zdestabilizowano by tureckiego Kurdystanu.
Minister Antoni Macierewicz po spotkaniu szefów obrony państw NATO w Brukseli powiedział, że Polska będzie uczestniczyć w walce z tzw. Państwem Islamskim. Spodziewał się Pan takiej deklaracji polskiego rządu?
– Miejmy nadzieję, że będzie to tylko zaangażowanie logistyczne i wywiadowcze. Włączanie się Polski w ten konflikt przed lipcowymi Światowymi Dniami Młodzieży w Krakowie, gdzie może być do dwóch milionów osób, byłoby bardzo nierozsądne. Należy także podkreślić, iż w lecie, w trakcie trwania wizyty Ojca Świętego Franciszka, przez południe Polski mogą przemieszczać się w olbrzymiej masie nielegalni imigranci.
Co Polska może zaoferować NATO w praktycznym wymiarze?
– Poza tym, co powiedziałem, dodatkowo zapewne udział naszego lotnictwa i jednostek specjalnych. Jednakże wobec możliwości pogłębienia procesów dezintegracji na Ukrainie musimy na tym kierunku wzmacniać obecność wojska. Potencjał armii będzie także potrzebny do wsparcia Straży Granicznej w walce z nielegalną imigracją.
Podziela Pan opinię, że obowiązkiem Polski jest dołączenie do koalicji walczącej z ISIS?
– Oczywiście tak, ale nie musi to oznaczać włączenia się w konflikt pomiędzy Rosją a Turcją w Syrii. Obecnie coraz więcej podmiotów na Bliskim Wschodzie tłumaczy swoje zaangażowanie chęcią walki z ISIS, ale tak naprawdę realizuje swoje partykularne interesy.
Czy w kontekście czerwcowego szczytu NATO w Warszawie, a także Światowych Dni Młodzieży w Krakowie nasze zaangażowanie w walkę z tzw. Państwem Islamskim może wpłynąć na wzrost zainteresowania dżihadystów Polską i czy sami nie staniemy się celem?
– Dla dżihadystów celem jest cała Europa. Będą uderzać tam, gdzie będą mieli największe pole społecznego rażenia i co da im największy rozgłos. Ich celem jest także walka z chrześcijaństwem, więc nie ma się co łudzić, że to nas nie dotyczy.
Czy z naszego punktu widzenia konieczne jest wplątywanie się w tę awanturę bez potrzeby, tym bardziej że o stałych bazach NATO w Polsce możemy raczej pomarzyć?
– Na razie poza deklaracjami stron nie ma mowy o stałych bazach, a jeżeli już, to raczej w sile maksymalnie brygady, co nie jest z punktu widzenia strategicznego istotną ilością. Przede wszystkim trzeba się skupić na odtworzeniu brygad operacyjnych w Białymstoku i Lublinie. Należy przypomnieć, iż te brygady – zresztą tak jak brygadę pancerną w Przemyślu – zaczął likwidować rząd AWS-Unia Wolności. Podobnie późniejsze rządy zlikwidowały brygady Obrony Terytorialnej na ścianie wschodniej. Jeżeli zaangażujemy się w walce z ISIS, to będzie to znowu kosztem odbudowy naszego potencjału wojskowego. Dlatego w pierwszym rzędzie odbudujmy to, co sami zniszczyliśmy w ostatnich latach.
Jakie korzyści może przynieść Polsce aktywne włączenie się w koalicję państw walczących z ISIS?
– Poruszamy się tu tylko w sferze naszych ewentualnych zobowiązań. Pytanie, jakie konkretne korzyści odnieśliśmy poprzez nasze zaangażowanie w Iraku? Tu może być podobnie.
Spodziewa się Pan, że Polska uzyskała od NATO jakieś gwarancje bezpieczeństwa, o których wspominał minister Macierewicz?
– My mamy już gwarancje traktatowe NATO. Jeżeli chcemy dodatkowych, to widocznie istnieje obawa, iż nie wszyscy członkowie Paktu Północnoatlantyckiego chcą się z tych gwarancji wywiązać. Warto zadać sobie inne pytanie, a mianowicie – co się stanie, jeżeli Turcja wkroczy do Syrii i dojdzie do konfrontacji z armią rosyjską? Czy to zostanie potraktowane jako agresja na członka NATO, jakim jest Turcja, i czy ten kraj nie będzie od nas wymagał konfrontacji z Rosją? Mam nadzieję, iż do takiej sytuacji nie dojdzie, ale takie zagrożenie istnieje.
Jak długo jesteśmy się w stanie obronić sami przed ewentualnym atakiem ze strony Rosji i czy NATO zdąży z pomocą, zanim Moskwa stanie u bram Warszawy, wreszcie czy artykuł 5. Traktatu Waszyngtońskiego gwarantuje nam rzeczywiste bezpieczeństwo?
– W mojej opinii, poza działaniami specjalnymi, mającymi zasadniczo charakter niemilitarny, poza ogólnoeuropejską wojną na tę chwilę nie grozi nam konfrontacja z Rosją. Rosja – na kierunku zachodnim – nie ma interesu wikłać się w beznadziejną konfrontację z Zachodem. Z tych też przyczyn nie zajmowała militarnie Ukrainy, choć operacyjnie nie byłby to dla niej problem. Amerykańskie ośrodki analityczne uważają, iż Rosja jest w stanie zająć kraje bałtyckie maksymalnie w ciągu trzech dni. To znacznie szybciej niż NATO po konsultacjach politycznych jest w stanie podjąć konkretne decyzje. Odnośnie do Polski sytuacja jest bardziej skomplikowana, bo dzisiaj tak naprawdę na Rosję nie ma skąd uderzyć. Rejon Kaliningradu jest za mały na taką operację, a dopóki żyje Łukaszenka, to on nie pójdzie na taką awanturę.
NATO rozpoczyna operację na Morzu Egejskim, której celem jest walka z przemytnikami ludzi i spowolnienie napływu uchodźców do Europy. Czy jest to wynik bezradności UE i czy to oznacza, że NATO przejmuje inicjatywę?
– Nie spodziewam się po tej akcji wstrzymania fali imigracji do Europy, tym bardziej że także w Libii dochodzi do przejmowania kolejnych terenów przez islamistów. W końcu NATO to głównie państwa europejskie, czyli nastąpi tylko zmiana szyldu, pod którym działają, ale bynajmniej nie oznacza to wejścia do gry nowych podmiotów.
Jakie mogą być konsekwencje zablokowania napływu imigrantów na południu Europy?
– To wszystko zależy, o którym miejscu myślimy. Od strony Bałkanów blokada następuje w dwóch pasach. Pierwszy to węgiersko-austriacki, a drugi bliżej – czyli grecko-macedoński, gdzie trwa budowa drugiej linii płotów. Jeżeli zostanie skutecznie zablokowany ten korytarz, to pozostaje jeszcze prawie 500 km granicy Grecji z Bułgarią, która nie ma żadnych umocnień. Ten strumień pójdzie w kierunku m.in. Polski i stanie się głównym szlakiem migracyjnym. Tu okręty NATO nic nie pomogą. Szlakiem wielce prawdopodobnym dla osób posiadających duże zapasy gotówki jest kierunek z Grecji do Włoch transportem morskim. Jest także tradycyjny szlak na południe Włoch z Afryki. Możliwości jest zatem sporo.
Premier Miedwiediew skrytykował plany umocnienia wschodniej flanki NATO, co więcej – oskarżył Zachód o działania w kierunku nowej zimnej wojny. Czy Rosja szuka pretekstu i czy nie jest to szantaż Moskwy oraz próba wymuszenia na Sojuszu Północnoatlantyckim odstąpienia od wzmacniania wschodniej flanki?
– To jest szersza gra. Rosja po wejściu państw bałtyckich do NATO przyjęła zasadę, iż nie dopuści do zbliżenia się nowej istotnej infrastruktury militarnej do jej granic. I tej zasady konsekwentnie się trzyma. Obawiam się, iż tutaj nie cofnie się, tak jak to było w przeszłości. Pytanie jest, co zrobi z Białorusią w sytuacji próby zacieśnienia współpracy przez ten kraj z Zachodem? Jeżeli w tym kierunku nastąpią działania polityczne UE i NATO, to może dojść do usunięcia Łukaszenki i powstania wprost rosyjskiego rządu w tym państwie. To byłoby już dla Polski bardzo niebezpieczne.