Berlin nie będzie decydował o polskiej polityce
Sobota, 13 lutego 2016 (19:57)Z Tomaszem Porębą, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki.
Jakie Pana zdaniem znaczenie ma wczorajsza wizyta premier Beaty Szydło w Berlinie i rozmowy z kanclerz Angelą Merkel, zwłaszcza po tym, jak oś polityki zagranicznej rządu PiS oscyluje dziś bardziej wokół Grupy Wyszehradzkiej i Londynu, a mniej wokół Trójkąta Weimarskiego?
– Silna pozycja w regionie jest bardzo ważna, jednakże rząd Beaty Szydło doskonale zdaje sobie sprawę, kto jest głównym partnerem handlowym Polski. Wizyta szefowej polskiego rządu ma zatem ogromne znaczenie nie tylko w kontekście relacji gospodarczych, ale także najważniejszych wyzwań, przed jakimi staje dziś Unia Europejska – mam tu na myśli kryzys migracyjny, przyszłość strefy euro czy Brexit. We wszystkich tych sprawach podjęcie skutecznych działań nie jest możliwe bez ścisłej współpracy z naszymi niemieckimi partnerami. Myślę, że spotkanie premier Szydło z kanclerz Merkel było też dobrą okazją do podjęcia problemu sytuacji mniejszości polskiej w Niemczech, zwłaszcza w kontekście jubileuszu 25-lecia traktatu o dobrym sąsiedztwie i bilansu tego okresu, który nie w każdym aspekcie dla Polski jest korzystny.
Czy Polska ma dzisiaj właściwie zdefiniowane kierunki w polityce zagranicznej i czy da się odejść – bez konsekwencji – od dotychczasowej, sformułowanej przez rządy Donalda Tuska i Ewy Kopacz, ścisłej, ale uległej współpracy z Niemcami?
– Problemem polskiej polityki zagranicznej ostatnich 8 lat było bagatelizowanie potencjału Polski i unikanie trudnych spraw. Na rzecz dobrych relacji z najważniejszymi graczami w Unii Europejskiej pomijano niewygodne tematy i problemy, które mogły zagrozić osobistym ambicjom polityków Platformy Obywatelskiej. Dzisiaj polska dyplomacja to nie tylko przyjazne uściski dłoni, ale jasne prezentowanie polskich interesów i zdecydowana walka o ich realizację. To musi budzić obawy naszych partnerów, ale wierzę, że zwycięży rozsądek i wola współpracy. Polska i Niemcy są sobie nawzajem potrzebne, a głosy o kryzysie w naszych relacjach są zdecydowanie przesadzone.
Jednym z tematów rozmów premier Szydło i kanclerz Merkel było – o czym Pan wspomniał – 25-lecie polsko-niemieckiego Traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy. Tymczasem w tej przyjaznej współpracy coraz więcej rozbieżności. Co oba kraje dzieli dzisiaj najbardziej?
– Dwie zasadnicze różnice, na które zwróciłbym uwagę, to podejście do problemu imigracji i wyraźna asymetria w traktowaniu mniejszości niemieckiej w Polsce i mniejszości polskiej w Niemczech. Jeśli chodzi o tę pierwszą kwestię – od początku zdecydowanie sprzeciwialiśmy się niemieckiej „Willkommenspolitik”, której skutki teraz odczuwają wszystkie państwa członkowskie. Jako PiS uważamy, że pomoc dla imigrantów powinna być kierowana przede wszystkim na miejscu, a nie poprzez zapraszanie tych ludzi do przyjazdu na teren Europy. Bardzo się cieszę, że podczas wczorajszej wizyty premier Beata Szydło podniosła problem Polonii w Niemczech, która do tej pory nie doczekała się w tym kraju statusu mniejszości. Polacy w Niemczech nie mogą nawet swobodnie uczyć się ojczystego języka. Tymczasem w Polsce mniejszość niemiecka nie napotyka takich trudności – wręcz przeciwnie, ma nawet zagwarantowane stałe miejsce w polskim parlamencie.
W rozmowie z niemieckim „Bildem” premier Szydło zaakcentowała, że negatywny wpływ na jakość naszych kontaktów z Niemcami mają sami Niemcy. Przyzna Pan, że pomijając zasadność, to dość odważna teza?
– W ostatnich miesiącach w niemieckiej prasie pojawiło się bardzo wiele szkodliwych publikacji na temat polskiego rządu, które – niestety – w wielu przypadkach były inspirowane lub pisane polską ręką. Dla kontrastu proszę zwrócić uwagę, iż nigdy nie obserwowaliśmy takich ataków na niemieckie władze ze strony polskich mediów. Pomocne z pewnością nie były także ostre wypowiedzi niemieckich polityków, którzy mówili o „putinizacji Polski” czy sugerowali zamrożenie wypłaty unijnych środków dla naszego kraju. To pokazuje, kto jest tu stroną inicjującą. Jednak pomimo medialnego wydźwięku tych negatywnych opinii realny kształt relacji polsko-niemieckich wcale nie zmienił się na gorsze. To niektórzy niemieccy politycy i dziennikarze, kierując się chęcią zwiększenia sprzedaży swoich gazet czy zdobyciem kilku punktów w sondażach, kreują negatywny wizerunek Polski. Wierzę, że są to tylko chwilowe problemy, które w końcu nie będą dalej wyolbrzymiane.
Szefowa polskiego rządu wytknęła Berlinowi, że niektóre decyzje dotyczące Polski podejmuje za naszymi plecami. Czy robi to jakieś wrażenie na Niemcach, którzy pewni swego prowadzą własną politykę, nie bardzo licząc się ze zdaniem innych?
– W tym kontekście warto przypomnieć niezwykle trafną ocenę prof. Ryszarda Legutki, który kilka miesięcy temu podczas debaty w europarlamencie z udziałem Angeli Merkel stwierdził, że niemiecka kanclerz często myli przywództwo w Unii Europejskiej z dominacją i zapomina, że w Unii wszystkie kraje członkowskie mają taki sam status. W przeszłości było niestety tak, iż niektóre decyzje dotyczące Polski – takie jak chociażby sprawa Nord Streamu – z powodu spolegliwości ówczesnego rządu koalicji PO – PSL, były podejmowane niestety bez naszego udziału. Ważne jest, by wskazywać naszemu niemieckiemu partnerowi, że ten czas minął i to polski rząd będzie decydował o tym, co leży w polskim interesie, a co nie. Nie liczyłbym na oficjalne uznanie dla tego rodzaju deklaracji premier Beaty Szydło ze strony niemieckiej prasy czy klasy politycznej, ale jestem pewien, że takie jasne i zdecydowane artykułowanie polskich interesów buduje szacunek, który z czasem zaprocentuje.
W odróżnieniu od uległej polityki poprzednich rządów koalicji PO – PSL rząd Beaty Szydło zmienia podejście do Brexitu, imigrantów czy Nord Stream 2. Po latach ustępstw stajemy wreszcie z kolan, ale – mierząc siły na zamiary – czy nie robimy tego za szybko i czy stawianie się bądź co bądź silniejszym Niemcom, zwłaszcza w obecnej sytuacji geopolitycznej, to właściwy kierunek?
– Biorąc pod uwagę chociażby Nord Stream, który nie tylko nie powinien być rozbudowywany, ale w ogóle nie powinien powstać, nadszedł czas, aby wskazywać, co jest zgodne z polską racją stanu, a co nie. Spolegliwe podejście i zawierzenie Niemcom w sprawach Nord Streamu czy stoczni doprowadziło do zablokowania portu w Świnoujściu i upadku polskiego przemysłu stoczniowego, na czym zyskał np. niemiecki Rostok. Chcę z całą mocą podkreślić – celem polskiego rządu nie jest konfrontacyjne podejście do Niemiec, ale zdecydowane artykułowanie i obrona naszych interesów. Nie sądzę, że działania polskiego rządu można uznać za zbyt pospieszne. Europa stoi dzisiaj w obliczu zbyt wielu problemów, by zwlekać z ich rzetelną oceną i przedstawieniem polskich priorytetów. Im szybciej zaczniemy zmieniać wizerunek Polski i wykorzystywać nasz potencjał, tym lepiej.
Wiele wskazuje na to, że zbliża się zmierzch rządów kanclerz Merkel, a w przyszłym roku odbędą się wybory prezydenckie we Francji. Czy patrząc na trendy, możemy się spodziewać zmiany optyki tych państw wobec Polski i w ogóle wobec przyszłości UE?
– Widać już, że wiele rządów państw unijnych w najbliższym czasie ulegnie zmianie. Jest to pokłosie przede wszystkim kryzysu imigracyjnego. W Europie pojawia się coraz więcej głosów, które popierają zdroworozsądkowe podejście reprezentowane przez rząd PiS czy premiera Viktora Orbana. Jednak wydarzenia polityczne ostatniego roku w Polsce pokazały, że ferowanie wyników wyborów z dużym wyprzedzeniem bywa zawodne. Musimy umieć współpracować i rozmawiać z każdą formacją polityczną, która obejmie władzę w Europie. Jeśli będziemy konsekwentni, to opinia o Polsce będzie zmieniać się niezależnie od optyki premierów czy prezydentów państw europejskich.