Staniemy się wasalem Niemiec
Czwartek, 15 listopada 2012 (19:42)Z Witoldem Waszczykowskim, byłym wiceministrem spraw zagranicznych, posłem Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Izabela Kozłowska
W opublikowanym na stronie internetowej BBC World wywiadzie polski minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski potwierdza dziennikarzowi, że razem z szefem niemieckiej dyplomacji Guido Westerwellem chce pogłębić współpracę w ramach Unii Europejskiej...
- Jeśli chodzi o tę współpracę z Niemcami, jest to dość zadziwiająca sytuacja. Polityka, którą prowadzi Sikorski, bezpośrednio idzie w kierunku całkowitego uzależnienia nas od Niemiec. To uzależnienie w sytuacji gospodarczej jest jeszcze w miarę zrozumiałe, dlatego że potencjał gospodarki niemieckiej, bliskość jej powoduje siłą rzeczy, że nasz biznes musi z nią kooperować. Natomiast Sikorski idzie we współpracy z Niemcami w kierunku uzależnienia, oddania nas na uznaniowość niemiecką. Poza tym całkowicie bezkrytycznie popiera niemieckie koncepcje reformy Unii Europejskiej szczególnie politycznego kształtu Unii, tak aby w końcu UE stała się jakąś federalną instytucją czy federalnym wręcz państwem, oczywiście z wiodącą rolą Niemiec.
Do takiej Unii przystąpiła Polska w 2005 roku?
- Zdecydowaliśmy się na wejście do instytucji zupełnie innej. Instytucji, która nie miałaby hierarchicznej struktury, w której nie dominowałyby jedno czy dwa państwa. Zakładaliśmy, że wejdziemy do instytucji bardziej demokratycznej, gdzie te cztery wolności: przepływ usług, kapitału, ludzi, towarów zapewni rozwój gospodarczy, a dzięki niemu kontynent będzie pod kątem politycznym bardziej stabilny. Dzisiaj okazuje się, że te traktaty, pod którymi się podpisywaliśmy, i te przemiany, których dokonywaliśmy, to za mało, ponieważ Unia jest teraz na pewnym zakręcie spowodowanym utopijnością wprowadzenia przed laty waluty euro. Domaga się dalszych rozstrzygnięć, dalszych rozwiązań, dalszych przekształceń, które niekorzystnie się odbiją na naszej suwerenności.
Minister Sikorski zaznaczył m.in., że „w sprawie Unii Europejskiej nie chodzi tylko o handel. Chodzi o politykę. Chodzi o podtrzymanie naszego, Zachodu”. Jaki Zachód miał na myśli?
- Rozumiem, że on w dalszym ciągu uważa, iż Zachodem jest Europa Zachodnia, zaś my tylko tymi peryferiami i tylko się dołączyliśmy. Nie tak to rozumowaliśmy. Zakładaliśmy, że Zachód będzie się rozszerzał równomiernie, a my staniemy się nie tylko peryferią jakiegoś centrum decyzyjnego w trójkącie: Berlin, Paryż, Bruksela. Sądziliśmy, ale także nasz region Europy Środkowej będzie takim subregionem Unii Europejskiej. Jak kiedyś kraje Beneluksu były taką częścią Europy Zachodniej. Liczyliśmy na to, że Grupa Wyszehradzka będzie takim subregionem. Ponadto uważaliśmy, że inaczej w tej części będzie budowana infrastruktura. Nie oczekiwaliśmy, że nasz kraj nie będzie tylko połączeniem Wschodu z Zachodem, Niemiec z Rosją, takim krajem tranzytowym. Wierzyliśmy, że ta infrastruktura będzie budowana z północy na południe, z południa na północ i tutaj, w Europie Środkowej, będziemy połączeni również z dalszą Europą Południową i Północną, czyli staniemy się takim równoległym regionem w stosunku do zachodniej części. Jak widać, Sikorski domaga się zupełnie innej struktury. Takiej, że centrum pozostanie na Zachodzie. A my - jako wasal - będziemy z tego korzystać. Tak to trzeba rozumieć.
We wspólnej deklaracji Westerwellego i Sikorskiego politycy wezwali m.in. do ustanowienia bezpośrednio wybieranego prezydenta Europy, likwidacji narodowego weta w ważnych dziedzinach czy też budowy militarnej i fiskalnej Unii.
- Zadziwiające jest to, że minister Sikorski gotów jest oddać weto, zrezygnować z niego. A ono jest dla nas bardzo istotne. Takie państwa jak Polska - średniej wielkości, o ciągle rozwijającej się gospodarce, nie miałoby żadnych mechanizmów zabezpieczających, w sytuacji gdy ta większość, silniejsza grupa państw zachodnich, decydowałby o jakimś modelu rozwoju, który zupełnie by im nie odpowiadał. Przy braku weta bylibyśmy całkowicie zdani na nich bez możliwości wstrzymania, zablokowania, czy przyhamowania nawet jakiejś polityki niekorzystnej. Taką można sobie wyobrazić. Różne porozumienia niemiecko-rosyjskie naszym kosztem. Chociażby budowany Nord Strem tworzony jest naszym kosztem, naszych interesów. Można sobie wyobrazić następne takie poczynania.
Wspomniał pan, że jesteśmy jedynie pośrednikami pomiędzy Niemcami a Rosją? Z czego to wynika?
- Zakładaliśmy, że Unia będzie instytucją bardziej demokratyczną, a my będziemy pełnili tę rolę tzw. podmiotową, czyli będziemy należeć do krajów, z którym się konsultuje. Przynajmniej konsultuje się tę politykę, na której nam w tym regionie najbardziej zależały – politykę wschodnią UE, czyli politykę wobec Rosji, Ukrainy, Białorusi. Niestety, okazuje się, że odseparowano nas od tego. Pozostawiając jedynie w takim „atrapowym” programie Partnerstwo Wschodnie, gdzie możemy bez końca patronować jakimś przekształceniom, które mogą się dokonywać w sześciu krajach, do których program jest skierowany. Nie przewiduje on żadnego członkostwa tych krajów w przyszłości UE. Znaleźliśmy się w pewnej zamkniętej „pułapce”, ślepej uliczce. Jednocześnie rząd Donalda Tuska zdecydował się, aby zrezygnować z bardziej aktywnej polityki na Wschodzie, czyli tej "jagiellońskiej". Zrezygnował z promocji idei rozszerzania Europy dalej na Wschód, rozszerzenia instytucji europejskich i skoncentrowania się na tzw. „piastowskiej” polityce modernizacji z wnętrza kraju. Wychodzono z takich założeń fałszywych, że jeśli zrezygnujemy z ambitnej polityki na Wschodzie, to zejdziemy z kolizyjnego kursu z Rosją. Przyjęliśmy swoisty respekt w polityce polsko-rosyjskiej: odkładamy politykę historyczną, niespecjalnie upominamy się o Smoleńsk. To miałoby spowodować, że Rosjanie nas wynagrodzą, a przynajmniej nasze relacje będą bardziej partnerskie. Idąc tym rozumowaniem, to dodatkowo zostanie pozytywnie dostrzeżone na Zachodzie Europy; Zachód nas wynagrodzi np. w ten nowej perspektywie finansowej jakimiś sowitymi dotacjami. Ta polityka liczenia na to, że będziemy po prostu dobrze zachowującym się państwem europejskim, które będzie miało dobrą prasę, iż popiera główny nurt rozwoju UE, nie sprawdza się. Dlatego, że jest to polityka, która polega na „amputowaniu” swoich instrumentów oddziaływania. W tej chwili zostaliśmy „zakładnikiem” polityki niemieckiej. Możemy liczyć tylko na dobrą wolę pani kanclerz Angeli Merkel. Nie mamy żadnych instrumentów oddziaływania, ponieważ ze wszystkiego żeśmy zrezygnowali. Również zrezygnowaliśmy z dobrze rozwiniętych przed laty relacji polsko-amerykańskich. Wycofaliśmy się z operacji pokojowych, w związku z tym przestaliśmy być traktowani jako kraj ambitny, jako kraj działający na różnych obszarach. Wreszcie zrezygnowaliśmy z ambitnej polityki w całym regionie. Doszło do tego, że jesteśmy w otwartym konflikcie z naszym najbliższym sąsiadem, jakim jest Litwa. Nie możemy być rzecznikiem interesów tego regionu. Teraz, kiedy premier na kilka dni przed szczytem próbuje zbudować jakąś koalicję państw tych biedniejszych, jest już za późno, bo to należało budować kilka lat temu. Tutaj w tej bierności, w tym samoograniczeniu się tkwią przyczyny braku możliwości oddziaływania. To była taka świadoma polityka, zakładająca, że dobry wizerunek, dobry artykuł np. w "Die Welt" jest godniejszy, lepszy niż realizacja narodowych celów i interesów, bo to oczywiście powoduje dyskusje, debaty w Niemczech czy we Francji. To może być później źle odbierane w Polsce. Rząd wyszedł z założenia, że będą nas chwalić, jeśli o nic nie będziemy zabiegać, jeśli nie będziemy się kłócić, nie żądać niczego. Wtedy wiadomo, że zasłużymy sobie na dobrą opinię w prasie niemieckiej. Wszystko to prowadzi nas do pułapki.
Dyplomaci i pracownicy MSZ od niedawna prowadzą blogi na nowej stronie internetowej resortu, w którym poruszana jest także kwestia polskiej opozycji…
- To jest pokłosie wieloletniego działania wielu polityków tego rządu, nakierowanych na to, aby nie rozwiązywać problemów kraju, nie reformować, ale żeby „utopić” całą dyskusję w wojnie z opozycją. Pokazywać, że jeśli mamy jakikolwiek problem albo coś nie udaje sie zrealizować, to jest to wynik błędów popełnionych przez poprzednie rządy albo jest to wynik „przeszkadzania” przez dzisiejszą opozycję, którą się piętnuje, że jest antysystemowa czy nawet w niektórych przypadkach otwarta jest dyskusja o tym, że są elementy jakieś faszyzujące. To zaczęło się kilka lat temu przez sławny okrzyk "dorzniemy watahę" Sikorskiego. Potem kilka lat temu Tusk groził nam w Sejmie, że wyginiemy jak dinozaury, jeśli nie poprzemy jego programu. W ubiegłym tygodniu Jacek Rostowski krzyczał z trybuny sejmowej do opozycji, że jest zbędna. Wielu polityków tego rządu od lat mówi i oskarża szereg partii opozycyjnych, że są antysystemowe, antyeuropejskie i nie nadają do tego, by prowadzić politykę współpracy w UE. Jak widać, zachęty, żeby prowadzić taką działalność przeciwko opozycji, idą „w dół” i sięgnęły w tej chwili urzędników służby zagranicznej, urzędników służby cywilnej. Do tej pory uważano, że nie mają prawa zajmować politycznych stanowisk czy wygłaszać politycznych wypowiedzi. Przed laty pojawiały się oskarżenia, że poprzednie rządy upolityczniały służbę cywilną. Robiono to całkiem bezpodstawnie, nie mając żadnych dowodów. I wygląda na to, że żadnych dowodów nie pokazywano. Natomiast w tej chwili mamy jawny kurs na to, aby tę służbę upolitycznić i zaprząść ją w walkę z opozycją. To jest niewyobrażalne, żeby ambasadorzy czy inni dyplomaci funkcjonujący w innych państwach publicznie na portalu sponsorowanym, opłacanym przez resort, przez państwo dokonywali jakichś dywagacji na temat polityków państwa, w którym urzędują. A tak się dzieje. Powstał blog ambasadora w Londynie, który pisze o tamtejszym premierze Davidzie Cameronie.
Jeszcze gorszą sytuacją jest fakt, kiedy dyplomaci funkcjonujący w Warszawie, np. dyrektor polityczny, prowadzą otwartą dysputę z opozycją polityczną w kraju. To jest ewenement na skalę światową. Musi się dziać to za zgodą, jakąś inicjatywą ministra Sikorskiego. Co oznacza, że jest to człowiek, który się totalnie pomylił z wykonywanym zawodem. Minister Spraw Zagranicznych w sytuacji, gdy państwo ma kłopoty gospodarcze, powinien podróżować między bogatymi państwami świata, bogatym Bliskim Wschodem, Azją, zachęcać do współpracy gospodarczej z Polską, szukać inwestorów, szukać nowych rynku zbytu dla naszych towarów. Natomiast on najchętniej by siedział w różnych studiach mediów i dyskutował z opozycją na wewnętrzne tematy.
Dziękuję za rozmowę.
Izabela Kozłowska, MS