• Niedziela, 10 maja 2026

    imieniny: Antonina, Gardenii, Izydora

Nosiłam i wciąż noszę Polskę w sercu

Wtorek, 9 lutego 2016 (04:02)

Z Marią Mirecką-Loryś, byłą dyrektor Krajowego Zarządu Kongresu Polonii Amerykańskiej w Chicago, prezes Koła Lwowian w Chicago, w czasie II wojny światowej zaangażowaną w działalność narodowej konspiracji, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Sto lat to piękny wiek. Co z perspektywy czasu wspomina Pani najbardziej?

– Bardzo miło wspominam lata dziecinne i ciepło rodzinnego domu. Byłam siódmym dzieckiem moich rodziców, zresztą bardzo żywotnym dzieckiem. Nic zatem dziwnego, że moja mama zastanawiała się, co ze mnie wyrośnie. Ale jak widać nie było chyba tak źle… Troskę i trud rodziców doceniłam jeszcze bardziej, kiedy sama zostałam matką i starałam się jak najlepiej wychować moje dzieci. W grudniu 1945 r. musiałam wyjechać z Polski – najpierw do Włoch, później do Wielkiej Brytanii i w końcu do Stanów Zjednoczonych. Syn urodził się w Londynie, a córka w Chicago, ale w naszym domu zawsze była Polska i to było piękne. Kiedy dzieci wracały ze szkoły, w domu mówiliśmy tylko po polsku. Należałam do organizacji polonijnych, działałam w Stronnictwie Narodowym, byłam członkiem ZG Związku Polek w Ameryce oraz dyrektorem Krajowego Zarządu Kongresu Polonii Amerykańskiej. Dzięki wieloletniej pracy w redakcji „Głosu Polek”, który był organem Związku Polek w Ameryce, miałam okazję zobaczyć, jak głęboko w sercach naszych rodaków jest Polska i czym dla tych ludzi jest patriotyzm. To umiłowanie ojczyzny mnie urzekło, było zresztą zgodne z moimi przekonaniami. Wszyscy, choć na obczyźnie, byliśmy przecież Polakami, którzy z konieczności musieli opuścić swoją ojczyznę. Praca dziennikarska dała mi możliwość wejścia w życie amerykańskie – polonijne, byliśmy też przyjmowani przez prezydenta Stanów Zjednoczonych.  

Jak to się stało, że opuściła Pani Polskę, i to na tak wiele lat?

– Działalność konspiracyjna, a potem opozycyjna nie przysporzyła mi zwolenników w szeregach władz stalinowskich w Polsce. Wprost przeciwnie – byłam aresztowana przez UB i spędziłam jakiś czas w więzieniach w Nisku, Rzeszowie, Warszawie i Krakowie. Na wolność wyszłam 1 września 1945 r., na mocy amnestii. Opuściłam Polskę w grudniu 1945 r., przed drugim aresztowaniem. We Włoszech poznałam mojego męża, razem z nim wyemigrowałam do Wielkiej Brytanii, a dalej do Stanów Zjednoczonych. Mimo że życie układaliśmy sobie na obczyźnie, w sercach wciąż była Polska.

Czym dla Pani jest patriotyzm? Skąd się wzięło to pragnienie pomagania innym, zwłaszcza zaś Polakom za wschodnią granicą?

– Patriotyzm to poczucie łączności z ojczyzną i obowiązek wobec kraju, z którego się wyrasta. Jako ludzie młodzi wobec zagrożenia ze strony okupanta niemieckiego patriotyzm rozumieliśmy jako poświęcenie dla Ojczyzny, na rzecz jej wolności. Dziś czasy – choć niespokojne – są jednak inne i widać tę różnicę. Ojczyzna nie wymaga już tak wielkiego poświęcenia. Dziś dla Ojczyzny nie trzeba już ryzykować własnym zdrowiem czy życiem. Wciąż można jednak pomagać ludziom i to starałam się robić i robię do dziś. Mój brat Bronisław Mirecki był księdzem za wschodnią granicą w Nowym Siole nad Zbruczem. Od niego znałam poziom biedy, jaką przeżywali tam nasi rodacy. Cykl pogadanek, jaki prowadziłam w radiu, wywołał wśród Polonii ogromne zainteresowanie i wzbudził potrzebę niesienia pomocy. Ja natomiast pełniłam rolę pośredniczki między Polonią w Stanach Zjednoczonych a naszymi rodakami na Wschodzie. Podawałam adresy najbardziej potrzebujących rodzin, a ludzie wysyłali im paczki. Skala tej pomocy była spora, bo z informacji, jakie do mnie docierały, wiem, że niektóre polskie rodziny na Wschodzie otrzymywały nawet po sto paczek żywnościowych.

Podczas sobotnich uroczystości ordynariusz sandomierski ks. bp Krzysztof Nitkiewicz mówił o Pani jako o „przemytniczce Bożej”. Skąd się wziął ten przydomek?

– To długa historia. Kiedy po wojnie ludność nad Zbruczem masowo opuszczała te ziemie, mój brat, wspomniany ks. Bronisław Mirecki wraz ze swoim kolegą – również kapłanem – zastanawiali się, co dalej robić. Zwrócili się w liście o poradę do Ojca Pio, który odpowiedział im jednym słowem: „Trwać”. I tak zrobili. Rozpoczęły się prześladowania Kościoła. Kolegę brata wywieźli, a Bronkowi spalili kościół. Miał również 15-letni zakaz sprawowania funkcji kapłańskich, nie mógł też nosić stroju duchownego. Odprawiał Mszę św. po kryjomu po domach u ludzi, za co też groziły mu restrykcje. Ale się nie ugiął. Zamiast kielicha nosił przy sobie szklankę, która – jak opowiadali mi ludzie, bo on sam się nie chwalił – służyła mu jako kielich do sprawowania Eucharystii. Kiedy podczas jednej ze swoich audycji radiowych podałam tę informacje, to ludzie przynieśli mi do domu w Chicago 14 kielichów. Brat jednak zabronił mi przywożenia ich ze względu na rewizje, jakim ciągle był poddawany, bo przecież oficjalnie wciąż nie wolno mu było piastować funkcji kapłańskich. Z tego względu kielichy trafiły do Polski, do kościołów, które się właśnie budowały. Z kolei odwiedzając brata na Wschodzie razem z naszą siostrą Heleną, korzystając z paszportów amerykańskich, przewoziłyśmy m.in. różańce, a także obrazki święte, które podczas jednego z pobytów w Polsce specjalnie poświęcił Ojciec Święty Jan Paweł II.

Skąd czerpie Pani siły, aby mimo wieku podejmować się niesienia pomocy dla naszych rodaków za wschodnią granicą?

– Zawsze, od dziecka byłam bardzo aktywna. Uprawiałam – oczywiście – amatorsko sport, jeździłam na obozy. Zresztą powiem panu, że gimnastykuję się do dziś. To jeśli chodzi o siły fizyczne. Natomiast siły duchowe czerpię z wiary w Pana Boga. To Bóg dodaje mi sił, aby nieść pomoc innym. Wolę pomocy innym wyniosłam z rodzinnego domu. W latach 1933-1934 w Polsce była straszna bieda. Niektóre dzieci mówiły mi, że ich tata jest tak słaby, że nawet nie może się poruszać o własnych siłach. Oczywiście przekazywałam te wieści w domu. Wtedy szykowaliśmy jedzenie i zanosiłam je do domów ludzi potrzebujących. Także od dziecka byłam wychowywana w atmosferze wrażliwości wobec ludzi ubogich i potrzebujących. Myślę, że była to baza, która także później uzdalniała mnie do pomocy innym.

Jaką rolę w Pani życiu odgrywa wiara?

– Tak jak wspomniałam, Pan Bóg zawsze był, jest i będzie celem mojego życia. Wierzę w Boga i w ciągu swego długiego życia wielokrotnie doświadczyłam opieki Bożej Opatrzności. W czasach okupacji, w Polsce stalinowskiej, a także później, w czasach, kiedy razem z siostrą przemycałyśmy do ówczesnego Związku Sowieckiego dewocjonalia. Pamiętam sytuację, kiedy pakowałyśmy się przed podróżą – siostra schowała różańce, a ja pieniądze i około stu obrazków poświęconych przez Jana Pawła II. Na granicy wówczas jeszcze rosyjskiej zostałam poddana rewizji. Szczegółowo przeszukano mnie i moją torbę podróżną, rozebrano mi na części aparat fotograficzny, ale obrazków nie znaleziono. Jak to się stało, nie umiem tego wytłumaczyć, tym bardziej że po przyjeździe do hotelu we Lwowie i otwarciu torby, która została wcześniej przeszukana na granicy, na samym wierzchu nietknięta leżała koperta z obrazkami. Opisałam to wszystko kard. Władysławowi Rubinowi, którego krewni byli parafianami mojego brata, a ksiądz kardynał tę informację przekazał Ojcu Świętemu. I tak zostałam „przemytniczką Bożą”. Wiara czyni cuda, trzeba tylko wierzyć.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki