Unijni nauczyciele demokracji na korepetycje
Wtorek, 19 stycznia 2016 (03:17)Z mec. Januszem Wojciechowskim, byłym prezesem Najwyższej Izby Kontroli, posłem Prawa i Sprawiedliwości do Parlamentu Europejskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Panie Pośle, jakie sygnały dotyczące Polski płyną z Brukseli w związku z wizytą prezydenta Andrzeja Dudy?
– Polska jest krajem demokratycznym, stabilnym, w którym nie dzieje się nic, co mogłoby niepokoić opinię międzynarodową. I co do tego nikt nie powinien mieć żadnych wątpliwości. Prezydent Andrzej Duda zwrócił na to uwagę Donalda Tuska, który jest obecnie bardziej politykiem europejskim, a nie polskim.
Czy wobec tego Polska dzisiaj powinna być celem ataków, które obserwujemy?
– Polska ma prawo oczekiwać przynajmniej wyrozumiałości ze strony państw Unii Europejskiej. I Donald Tusk jako szef Rady Europejskiej ma tutaj ważną rolę do odegrania. Tymczasem wiele jego wypowiedzi wskazuje na jego stronniczość, że nie potrafi się odciąć od roli lidera, a przynajmniej jednego z czołowych oponentów obecnej władzy w Polsce. Z Polski trzeba zdjąć nieprawdziwe odium, że demokracja jest zagrożona, bo to nieprawda. Podnosi się sprawę Trybunału Konstytucyjnego w Polsce, tymczasem w Luksemburgu likwidowany jest Trybunał Konstytucyjny i jakoś nikt nie robi z tego problemu. Natomiast – jak się okazuje – Polska nie ma nawet prawa dokonać zmian we własnym kraju. To jest nie do przyjęcia, stąd słowa prezydenta Dudy, że Polska z szacunkiem będzie się odnosić do UE, ale tego szacunku domaga się także od wspólnoty europejskiej.
Jakie Pana zdaniem są przyczyny tych ataków?
– W moim odczuciu są trzy takie przyczyny krytyki i ataków na Polskę. Po pierwsze, zwróciłbym uwagę, że inspiracje tych ataków na nasz kraj i władzę w Warszawie pochodzą z Polski. Jeśli dobrze przysłuchać się słowom, jakie padają ze strony niektórych środowisk europejskich, to łatwo można zauważyć, że politycy ci mówią językiem opozycji w Polsce. Po wtóre, przyczyną niezadowolenia są decyzje polskiego rządu niekorzystne dla zachodniego biznesu, który opanował polski rynek. Mam tu na myśli podatek bankowy i podatek od hipermarketów, które szczególnie bolą koncerny biznesowe, które przez ostatnie osiem lat miały w Polsce swoiste eldorado. Trzecia sprawa to odwracanie uwagi od swoich problemów przez polityków niemieckich, którzy mają gigantyczne problemy z imigrantami, ich agresją i zagrożeniem bezpieczeństwa, co starają się ukryć, zwracając uwagę na Polskę.
Jak odebrał Pan zaczepny ton wypowiedzi Donalda Tuska?
– Aluzje w ustach jednego z obecnie czołowych polityków UE, zwłaszcza gdy mówił, że w Brukseli pracuje się w dzień, a nie w nocy, czy te w rodzaju: zawsze jest czas, żeby przejść na „jasną stronę mocy”, kierowane pod adresem czy w obecności prezydenta Polski i to przez Donalda Tuska – polityka, którego Polska desygnowała na to stanowisko, który był premierem polskiego rządu, są nie tylko nie na miejscu, ale są wręcz nie do przyjęcia. Również wcześniejsze wypowiedzi Tuska, że – jak stwierdził – jest wrogiem publicznym nr 1 w Polsce, są absolutnie niedopuszczalne. Jest to niepotrzebne i nie należy tworzyć wrażenia, że nasze wewnętrzne sprawy wynosimy na zewnątrz Polski.
Donald Tusk, mimo pytania jednej z dziennikarek, nie odciął się w sposób jednoznaczny od doniesień medialnych, że ma swój udział w tym, że KE zajęła się sytuacją w Polsce. Wygląda zatem, że mogło być coś na rzeczy…?
– Oczywiście, można mieć takie przypuszczenia. Zresztą Donald Tusk jest politykiem Platformy i choć piastując stanowisko szefa Rady Europejskiej, nie wolno mu się kierować jakimkolwiek partyjnym interesem, to z niczego się przecież nie wzięła wypowiedź Grzegorza Schetyny, który mówił o obaleniu rządu Prawa i Sprawiedliwości dzięki ulicy, a więc poprzez manifestacje uliczne, i dzięki Brukseli. Wypowiadając te słowa, musiał chyba mieć jakieś zapewnienia z Brukseli. Czy chodziło mu o Donalda Tuska, trudno mi powiedzieć, ale milczenie samego zainteresowanego wobec tak postawionego pytania jest wymowne. Według mnie, w tej kwestii należałoby się spodziewać jednoznacznego stanowiska i odcięcia się od jakiejkolwiek inspiracji w kwestii takiej debaty. Tak czy inaczej pytanie o negatywną rolę Donalda Tuska jest wciąż otwarte. Zresztą Polacy mieli okazję zobaczyć, jak opozycja w Polsce traktuje demokratycznie wybrany rząd już w pierwszych, nawet nie miesiącach, a tygodniach rządzenia. Mało tego, rząd PiS atakowany jest nie za to, że czegoś nie robi, ale wręcz przeciwnie, za to, że robi za dużo. Zarzuty, że nowa władza pracuje za szybko, za długo i że nocą, są absurdalne. Nie ulega wątpliwości, że celem tych działań jest doprowadzenie do zablokowania reform w Polsce i odsunięcie od władzy rządu PiS. Ale to się nie uda, bo Polacy w sposób właściwy odczytują intencje. Nie można też pozwolić, aby ktoś usiłował wchodzić z butami w wewnętrzne sprawy Polski i deprecjonował demokratyczny wybór, którego dokonali Polacy. Skala i siła tego ataku i wyprowadzenie go na zewnątrz Polski, a więc jakby zwrócenie się do obcych mocodawców, kojarzy się jednoznacznie źle. W historii pamiętamy już takie sytuacje. Myślę, że Polacy widzą, gdzie jest polska racja stanu, a gdzie jest szkodzenie polskiej racji stanu. PiS wyjdzie z tego wzmocnione, a wola reform będzie jeszcze silniejsza.
Czym mogą się zakończyć wszystkie procedury, którymi UE zaczyna nas straszyć?
– Nic groźnego w stosunku do Polski się nie wydarzy. Straszenie konsekwencjami, odebraniem dopłat polskim rolnikom, jest bezzasadne. Niech rolnicy w to nie wierzą. Do niczego takiego nie dojdzie i tak jak powiedziałem, PiS wyjdzie z tego wzmocnione i będzie zmieniać Polskę tak, jak tego chcą Polacy.
Jak ocenia Pan słowa prezydenta Dudy, który powiedział dziś, że Polska z szacunkiem będzie się odnosić do UE, ale dodał, że tego samego szacunku oczekuje też w zamian?
– To głębokie, mądre stwierdzenie, pod którym każdy Polak może się podpisać. Słowa te świadczą o rozumieniu przez prezydenta Andrzeja Dudę, czym jest polska racja stanu. Przez ostatnie osiem lat rząd koalicji PO – PSL był uległy wobec UE i w Brukseli nie walczył o polskie sprawy, można powiedzieć, że oddawał je walkowerem. Po ubiegłorocznych wyborach to się zmieniło. Rząd PiS jest dzisiaj wymagającym czy wręcz trudnym partnerem dla UE. Nie jesteśmy w UE po to, żeby ją chwalić, czy po to, żeby nas chwalono, ale jesteśmy pełnoprawnym członkiem UE, aby z partnerami realizować wspólne cele, zawsze jednak pamiętając, że najważniejszy jest nasz interes narodowy. Wcześniej polscy politycy próbowali wmówić Polakom, że członkostwo w UE to dla nas wielka łaska, za którą powinniśmy być dozgonnie wdzięczni. Tak jednak nie jest i nie ma żadnego powodu, aby obecny rząd w Polsce podtrzymywał retorykę swoich poprzedników. To, że Polska jest w UE, to obopólna korzyść zarówno dla Polski, jak i dla UE. Polski rynek został otwarty dla unijnych eksporterów, poszerzyły się granice UE, co jest wielką korzyścią geopolityczną zwłaszcza dla Niemców. Dlatego podnieśmy głowę, bądźmy dumni ze swoich osiągnięć. Rząd PiS nie będzie nikomu kłaniał się w pas. Rozbieżności w wielu kwestiach, np. jeśli chodzi o unijny budżet czy większe pieniądze dla naszych rolników, na pewno będą i pewnie nikt nie będzie nas za to chwalił, ale powtórzę raz jeszcze: nie dla pochwał jesteśmy w UE. Jesteśmy dużym, szóstym co do wielkości krajem UE, krajem, który będzie twardo bronić swoich interesów.
Jakiego zachowania naszej opozycji można się spodziewać podczas jutrzejszej debaty o sytuacji Polski, która odbędzie się w Strasburgu?
– Oczekiwałbym, żeby polscy politycy zdobyli się na deklarację, że w Polsce demokracja funkcjonuje, jest wolność w wyrażaniu poglądów, wolność mediów, zgromadzeń, manifestacji, że to, co jest istotą demokracji, jest zachowane, i że nie ma powodów do niepokojów. Spory wewnętrzne są tylko przejawem dobrze funkcjonującej demokracji. Polska jest krajem demokratycznym i bezpiecznym, i to trzeba wyraźnie powiedzieć. Oczekuję, że ktoś ze strony polityków Platformy – głównej siły opozycyjnej – wyrazi to w sposób jednoznaczny podczas jutrzejszej debaty. W Niemczech istnieje blokada informacji na media, żeby nie mówiły ludziom prawdy o imigrantach i popełnianych przez nich przestępstwach, gwałtach wobec kobiet itp. W Polsce coś podobnego byłoby nie do pomyślenia, a w Niemczech, które chcą uchodzić za wzór demokracji, jest to faktem. To pokazuje, że Berlin jest z demokracją i poziomem wolności słowa na bakier. Stąd tym, którzy usiłują uczyć Polaków zasad demokracji, należałoby odpowiedzieć: nauczyciele demokracji, uczcie się jej sami.