Parulski w ogniu pytań
Środa, 14 listopada 2012 (02:14)Z mec. Bartoszem Kownackim, pełnomocnikiem części rodzin ofiar smoleńskich, rozmawia Anna Ambroziak
Spodziewał się Pan wszczęcia śledztwa w sprawie niedopełnienia obowiązków przez prokuratorów prowadzących postępowanie dotyczące katastrofy smoleńskiej?
- Jako pełnomocnik zgłaszałem zastrzeżenia co do prowadzonego śledztwa. Nie budzi bowiem wątpliwości fakt, że szereg czynności kluczowych dla toczącego się postępowania nie zostało wykonanych, szczególnie w pierwszych dniach po katastrofie. Nie przeprowadzono wówczas chociażby profesjonalnych oględzin miejsca zdarzenia, badań brzozy czy wreszcie sławetnych ekspertyz pirotechnicznych. Zasadniczym błędem było również nieprzeprowadzenie w Polsce sekcji zwłok ofiar katastrofy, a także późniejsze zwlekanie z ekshumacjami. To wszystko może skutkować tym, że nigdy nie wyjaśnimy wszystkich okoliczności katastrofy, gdyż najzwyczajniej w świecie brakuje materiału źródłowego. Trudno przesądzać, czy ta decyzja powinna zapaść wcześniej, czy też łatwiej byłoby ocenić całość działania śledczych po zakończeniu ich prac. Skoro jednak prokuratura wszczęła postępowanie, to znaczy, że były ku temu podstawy.
Zawiadomienie złożył jeden z pełnomocników rodzin. Czy prokuratura nie powinna w tym wypadku działać z urzędu?
- Nad toczącym się śledztwem powinien być kompetentny nadzór prokuratorski, który na bieżąco oceniałby toczące się śledztwo. Niestety od czasu odwołania prokuratora Marka Pasionka mam ograniczone zaufanie do tych działań.
Kogo Pana zdaniem powinni przesłuchać śledczy?
- To jest chyba kluczowe zagadnienie w tej sprawie. W mojej ocenie, takie postępowanie nie może koncentrować się wyłącznie na pracy prokuratorów referentów. Oczywiście nie oznacza to, że do ich pracy nie mam żadnych zastrzeżeń, ale to jednak oni chociażby przeprowadzili badania pirotechniczne (oczywiście spóźnione), ale które na pewno dla wielu były niewygodne. Dlatego dla mnie kluczową sprawą jest wyjaśnienie roli tych prokuratorów, którzy znajdowali się w Smoleńsku bezpośrednio po 10 kwietnia 2010 roku. To przecież nie prokurator referent, będący na miejscu w Warszawie, dysponował rzeczywistym oglądem sytuacji. Dlatego nasuwa się szereg pytań, które należałoby zadać.
A mianowicie?
- W pierwszej kolejności warto wyjaśnić, dlaczego mimo dopuszczenia do udziału w czynnościach śledztwa rosyjskiego polscy śledczy brali udział jedynie w kilku takich czynnościach, dlaczego nie przeprowadzono własnych oględzin miejsca zdarzenia, badań brzozy czy badań pirotechnicznych. Dlaczego w sekcjach zwłok nie uczestniczyli polscy śledczy, a w jedynej, do której mieli dostęp, nie zagwarantowano jej utrwalenia na kamerze wideo? Przypomnę, że sekcja zwłok błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszki, przeprowadzona 25 lat wcześniej, w warunkach komunistycznej dyktatury, wykonana była przy udziale pełnomocników i utrwalano ją na kamerze wideo. To wszystko pozwala podnosić, że prokuratura wojskowa w tym śledztwie nie zagwarantowała minimum standardów.
Będzie Pan chciał uczestniczyć w przesłuchaniach świadków?
- Oczywiście takie uprawnienie przysługuje rodzinom, które zostały uznane za osoby pokrzywdzone, a co za tym idzie - ich prawidłowo umocowanym pełnomocnikom. W pierwszej kolejności interesują mnie wszystkie okoliczności, o których mówiłem wcześniej. Przede wszystkim ważne jest ustalenie, dlaczego nie przeprowadzono szeregu możliwych do wykonania wówczas czynności. Dlaczego prokuratorzy nie przewidzieli, że współpraca ze stroną rosyjską w ramach pomocy prawnej będzie spotykała się z dużymi trudnościami i tym samym czemu nie wymagali od nich od samego początku wspólnego przeprowadzania kluczowych czynności śledztwa, niejako sami pozbawiając się istotnej wiedzy o faktycznym przebiegu pracy śledczych rosyjskich. Już wtedy zapewne zdaliby sobie sprawę, że śledztwo prowadzone w Rosji nie spełnia minimum standardów. To są pytania w szczególności do tych prokuratorów, którzy 10 kwietnia i w dniach następnych znaleźli się w Smoleńsku.
Mecenas Rafał Rogalski obawia się szukania kozłów ofiarnych w postaci prokuratorów referentów. Podziela Pan tę opinię?
- Zgadzam się z twierdzeniem pana mecenasa. Wszczęte śledztwo może posłużyć jako pretekst do wyłączenia prokuratorów referentów, a przecież nie o to chodzi. Jak wskazałem wcześniej, w pierwszej kolejności należy zbadać rolę tych prokuratorów, którzy znajdowali się na miejscu katastrofy i w Moskwie. Dziwi mnie sytuacja, gdy prokuratorem referentem jest osoba, która nie znajdowała się na miejscu katastrofy w dniu 10 kwietnia. Przecież jej ogląd sytuacji był jedynie wypadkową relacji udzielanych przez śledczych będących na miejscu zdarzenia. Warto zastanowić się, czy ich relacje nie wprowadzały w błąd tych, którzy znajdowali się w Polsce. Pozostaje pytanie, dlaczego żaden ze śledczych będących w Smoleńsku nie przejął prowadzenia niniejszego śledztwa, tym samym ponosząc za nie pełną odpowiedzialność. To przecież te osoby najlepiej orientowały się w sytuacji, wiedziały, a przynajmniej powinny wiedzieć, jak wyglądały poszczególne czynności śledztwa czy zabezpieczanie miejsca zdarzenia. Dziś ci prokuratorzy będą mogli wskazywać, że cała odpowiedzialność spada na prokuratora referenta, natomiast oni wykonywali jedynie czynności w ramach tego śledztwa. Ponadto sytuacja, w której na miejscu zdarzenia (przecież kluczowym dla sprawy) znajdują się przełożeni prokuratora referenta, kierownictwo prokuratury - a jak na lekarstwo jest prokuratorów, którzy powinni wykonywać poszczególne czynności - budzi zdziwienie i powinna być wyjaśniona.