Tracą okazję, żeby siedzieć cicho
Poniedziałek, 11 stycznia 2016 (10:38)Nasilają się ataki niemieckich polityków – zarówno tych zajmujących unijne stanowiska, jak i w parlamencie krajowym – na Polskę i zmiany, jakie wprowadza rząd Beaty Szydło.
Najbardziej drastycznych określeń wobec naszego kraju (o zamachu stanu) użyli do tej pory przewodniczący PE Martin Schulz i unijny komisarz ds. gospodarki cyfrowej Guenther Oettinger.
Wprawdzie po spotkaniu w Brukseli z premier Beatą Szydło Schulz złagodził stanowisko i stwierdził, że potrzebne jest więcej rozmów pomiędzy przedstawicielami polskiego rządu i unijnych instytucji, ale przed dwoma dniami w wywiadzie dla niemieckiej gazety znowu powiedział, „że w Polsce mamy demokrację w stylu Putina”.
Do niemieckich polityków zajmujących wysokie stanowiska unijne dołączają także ci z Berlina. Szef klubu CDU/CSU w niemieckim parlamencie Volker Kauder opowiedział się „za sankcjami dla Polski, jeżeli kraj ten będzie w dalszym ciągu lekceważył normy państwa prawa”.
To doprawdy zadziwiające, że po tym, co się w ostatnich latach dzieje złego w UE głównie za sprawą Niemiec, to właśnie przedstawiciele tego kraju mają czelność coraz częściej pouczać innych.
Przez ostatnie parę lat pouczali i ciągle pouczają Greków, Hiszpanów, Portugalczyków, Irlandczyków, a nawet Włochów i Francuzów w związku z kryzysem w strefie euro. Ba, to przecież za ich sprawą zostali wymienieni premierzy Grecji i Włoch, mimo że reprezentowali koalicje większościowe.
Ostentacyjnie wręcz łamią europejską solidarność energetyczną najpierw poprzez forsowanie Nord Streamu 1, a teraz Nord Streamu 2, mimo że realizacja tej drugiej inwestycji stawia w trudnej sytuacji w zasadzie wszystkie państwa Europy Środkowo-Wschodniej należące do UE i stowarzyszoną z Unią Ukrainę.
W sprawie Nord Stream 2 kluczą, twierdząc, że inwestycja jest realizowana przez prywatne firmy rosyjskie i niemieckie, ale przecież prawie natychmiast po jej ogłoszeniu wsparł ją w Moskwie wicekanclerz rządu Sigmar Gabriel.
Jednak największe „zasługi” w spotęgowaniu problemów UE ma sama kanclerz Angela Merkel, która latem poprzedniego roku stwierdziła, że jej kraj przyjmie każdego imigranta, który przybędzie do Europy.
Kiedy jednak fala imigrantów zaczęła narastać i Niemcy przestali sobie dawać radę z ich napływem, na posiedzeniu Rady przeforsowali wręcz „siłowo” tzw. kontyngenty uchodźców, mimo sprzeciwu kilku krajów Europy Środkowo-Wschodniej (Słowacja, Czechy, Węgry).
Dodatkowo zaatakowani zostali przez Niemców wszyscy ci przywódcy europejscy, którzy już wtedy latem zaczęli mówić o konieczności ochrony zewnętrznych granic UE i konieczności odsyłania do macierzystych krajów wszystkich tych imigrantów, którzy azylu w UE nie dostaną.
Głównym atakowanym przywódcą był latem Viktor Orban, nazywany nawet przez Niemców faszystą, ale już na jesieni jego postulaty ochrony zewnętrznych unijnych granic i odsyłania tych, którzy nie uzyskają azylu, zostały przyjęte przez Radę Europejską.
To niemieckie zaproszenie imigrantów powoduje coraz częściej zawieszanie funkcjonowania strefy Schengen. Poszczególne kraje wprowadzają kontrole graniczne (ostatnio Dania na granicy z Niemcami, Szwecja na granicy z Danią), ale Angela Merkel wcale nie czuje się odpowiedzialna za to, co się dzieje w Europie w związku z masową imigracją.
W tej sytuacji po spowodowaniu takiego zamętu w UE – i to zarówno w sprawach imigracji, jak i funkcjonowania strefy euro czy też solidarności energetycznej – Niemcy zamiast siedzieć cicho, pouczają wszystkich, a teraz wybrali sobie do pouczania Polskę.
Wprawdzie główne inspiracje do tego pouczania płyną niestety z Polski od obecnej opozycji, ale mimo wszystko politycy niemieccy powinni bardziej ważyć słowa, wypowiadając się w polskich sprawach, a tak naprawdę skorzystać z okazji i po prostu siedzieć cicho.
Dr Zbigniew Kuźmiuk