Nieracjonalna decyzja MEN
Wtorek, 5 stycznia 2016 (18:44)Ministerstwo Edukacji Narodowej podjęło decyzję o ograniczeniu subwencji na edukację domową. Resort twierdzi, że pieniędzy na ten sposób kształcenia dzieci nie potrzeba aż tak wiele, a rodzice, których 6 tys. dzieci uczy się w domu, obawiają się poważnych utrudnień w dalszej nauce ich pociech.
Decyzję MEN przyjmuję z wielkim bólem serca. Dziwi mnie ona tym bardziej, że została podjęta na samym początku działania resortu pod nadzorem Anny Zalewskiej, a więc należy rozpatrywać ją jako priorytetową. Ministerstwo tłumaczy to pieniędzmi. Nie jestem ekonomistą, ale jestem mamą i pedagogiem. W Polsce mimo kryzysu demograficznego mamy jeszcze rodziny wielodzietne. W tych rodzinach, gdzie różnica wieku między pociechami jest niewielka, edukacja domowa zdejmuje z rodziców organizacyjne utrudnienia w dowozie dzieci do szkół oraz pomaga w integracji rodziny.
Druga grupa rodzin, w które MEN uderza swoją decyzją, to rodziny, w których są dzieci niepełnosprawne. Dlaczego ogranicza się subwencje, skoro dziecko przez swoją chorobę jest niezdolne do systemu pracy w szkole? Nauczanie domowe pozwalało takiej grupie dzieci, a jest ich niestety coraz więcej w Polsce, wejść spokojnie w system szkolny, a więc od zabaw w domu po życie wymagające obowiązku.
Gdy spojrzymy na historię systemu edukacji, nauczanie wzięło się z mądrości Kościoła, który tworzył szkoły przyparafialne, które nie podlegały restrykcjom państwa, które teraz uzurpuje sobie prawo do całościowego wychowania człowieka. Piękna polska tradycja, domów zamożnych, to było nauczanie małych dzieci w domach. Dlaczego to robiono? To nie był snobizm, ale chodziło o to, aby przejście dziecka ze świata najmłodszych do świata trudnych dorosłych decyzji następowało w sposób stopniowy.
Nagłe wyrwanie dzieci z domu, przecież przed tym się bronimy. Poprzedni rząd, któremu nie zależało na dobru rodziny, zabierał dzieci z domu. Podobnie było w czasach komunizmu, gdy twierdzono, że jak najszybciej trzeba objąć państwowym nauczaniem jak największą grupę ludzi. Szkoły w takim wymiarze wiążą się również z ideologią, którą my, Polacy, czujemy bardzo dobrze. Naszym narodowym instynktem wyczuwamy to, gdy ktoś stara się nam ograniczyć wpływ na wychowanie dzieci. Dla nas jest to coś niedobrego.
Dlatego dziwię się, że MEN wyszedł z tą antyideą. Skoro uznał ją za konieczną, to dlaczego nie poinformował o tym wcześniej opinii publicznej, żebyśmy mogli wyrazić swoje zdanie w tej kwestii. W imieniu rodzin i własnym muszę wyrazić swoją dezaprobatę wobec pomysłów MEN, które cofają możliwość wyboru wolnej edukacji.
Agnieszka Jackowska