• Wtorek, 17 marca 2026

    imieniny: Patryka, Zbigniewa, Gertrudy

Triumf Freunda. Polacy... bywało lepiej

Wtorek, 29 grudnia 2015 (20:02)

Niemiec Severin Freund wygrał w Oberstdorfie pierwszy konkurs Turnieju Czterech Skoczni. Z czwórki Polaków do finałowej serii awansował tylko Kamil Stoch, ale zajął odległe, 23. miejsce.

Bądźmy szczerzy: przed dzisiejszym konkursem nie oczekiwaliśmy zbyt wiele, przynajmniej jeśli chodzi o naszych reprezentantów. Biało-Czerwoni sezon rozpoczęli źle, w żadnym z rozegranych do tej pory konkursów nie odnieśli sukcesów, nikt nawet nie zbliżył się do podium i nie wysłał sygnału, że jest gotowy powalczyć o najwyższe cele. Nikt, nawet Kamil Stoch, mistrz olimpijski i zdobywca Kryształowej Kuli. Nic nie zmieniło się także na miejscu, w Oberstdorfie. Polacy nie błysnęli w kwalifikacjach, choć przebrnęli je w czwórkę. Nie błysnęli podczas dzisiejszej serii próbnej, uzyskując w niej wyniki dalekie od oczekiwanych. Najlepszy z podopiecznych Łukasza Kruczka, Stefan Hula, uplasował się na 31. pozycji, lądując niemal 20 m bliżej od najlepszego, Petera Prevca. Właśnie Słoweniec uchodził za faworyta rywalizacji, większość komentatorów spodziewała się, że powalczy o zwycięstwo z Niemcem Severinem Freundem.

Pierwsza seria konkursowa potwierdziła niestety nasze obawy. Biało-Czerwoni wypadli w niej fatalnie. Ta część rywalizacji, przypomnijmy, rozgrywana jest w parach, systemem KO. Do finałowej „30” awansują zwycięzcy par oraz pięciu najlepszych spośród pokonanych. Wszyscy Polacy, zgodnie, swe pojedynki przegrali. Stoch z Niemcem Andreasem Wankiem, Hula ze Słoweńcem Robertem Kranjcem, Maciej Kot z Austriakiem Manuelem Fettnerem, a Piotr Żyła z Freundem. Tylko jednemu jedynemu Stochowi dopisało szczęście, bo okazał się owym jednym z pięciu najlepszych pokonanych. Niestety, 121 m, jakie uzyskał, wystarczyło do zaledwie 23. miejsca, bez widoków na poprawę, czyli lokatę godną talentu skoczka z Zębu. Wręcz katastrofalnie spisał się Żyła, który przecież ma ambicje i potencjał, by walczyć o wysokie cele, przynajmniej czołową „10”. A tu poleciał 105,5 m, zajął 48. miejsce, a najlepszym komentarzem do tego była jego reakcja. W połowie zrezygnowana, w połowie ironiczna. Wyglądał jak ktoś, kto spełnił swój smutny obowiązek, a po wszystkim chce uciec i zaszyć się gdzieś głęboko, gdzieś, gdzie nikt go nie znajdzie.

Polacy okazali się zatem tylko tłem dla rywali. Szkoda, bo sam konkurs dostarczył wielu emocji i toczył się na bardzo wysokim poziomie. Pierwsza seria należała do Prevca, który w bardzo trudnych warunkach poszybował 129,5 m. Nie był to najdłuższy lot, ale znakomity stylowo, a poza tym Słoweniec dostał sporo punktów „ekstra” za niekorzystny wiatr. O niemal pięć punktów wyprzedzał Norwega Daniela Andre Tande, który uzyskał aż 133 m. Trzeci był Austriak Stefan Kraft (130), a Freund (126) – piąty.

W drugiej serii Stoch lekko się poprawił, bo do wyniku z pierwszej dołożył 2,5 m. Polak nie polepszył jednak swej pozycji, utrzymał 23. Mimo to po wszystkim był stonowanym optymistą, mówiąc, że wie, nad czym powinien pracować, by wyjść z dołka.

Rywalizacja o podium toczyła się za to na niebotycznym poziomie. Japończyk Noriaki Kasai pofrunął 133,5 m. Norweg Kenneth Gangnes dołożył do tego wyniku dwa metry. Austriak Michael Hayboeck nie chciał być gorszy i wylądował pół metra przed granicą 140! Freund uzyskał 137,5. O wynikach decydowały niuanse, wiatr, belka startowa, która raz za razem wędrowała w dół, bo warunki były tak dobre, że istniało ryzyko za długich i przez to zbyt niebezpiecznych skoków.

Przed próbami najlepszej trójki prowadził Freund przed Hayboeckiem. Kraft nie poradził sobie z presją, poleciał 127,5 m i wypadł poza podium. Zawiódł także Tande, 119 m było wynikiem, z którym absolutnie nie mógł liczyć na walkę o najwyższe lokaty. Wreszcie na belce startowej pozostał Prevc. Słoweniec też nie dał rady, uzyskał 130 m i spadł na trzecie miejsce, z łączną notą 299,9 pkt. Wygrał Freund (307,2) przed Hayboeckiem (304,2). 

Piotr Skrobisz