Błyszczeć, kiedy trzeba
Wtorek, 13 listopada 2012 (02:18)Rozmowa z Luizą Złotkowską, brązową medalistką olimpijską w łyżwiarstwie szybkim
Przygotowania do nowego sezonu przebiegły bez problemów?
- Tak, nareszcie! Byłyśmy i jesteśmy zdrowe, cały okres przygotowawczy przebiegł płynnie, bez wymuszonych przerw spowodowanych kontuzjami bądź innymi kłopotami. To coś, co odróżnia ten rok od wcześniejszych. Zaczęłyśmy tradycyjnie w maju, z nowym trenerem Witoldem Mazurem.
Szybko znaleźliście wspólny język?
- Proces cały czas trwa, ciągle odnajdujemy jakieś elementy, które nas trochę zadziwiają. Trener objął drużynę już ukształtowaną, całkiem już utytułowaną, na której poprzedniczka odcisnęła spore piętno. Ja z Ewą Białkowską pracowałam sześć lat. Latem było spokojnie, teraz, pięć minut przed rozpoczęciem sezonu, gdy rozpoczęły się już pierwsze, sprawdzające starty, atmosfera stała się bardziej napięta. To jednak naturalne. Podczas przygotowań szczególny nacisk kładłyśmy na moc i szybkość - to elementy, w których zdaniem trenera mamy największe zaległości i rezerwy. Poszły w górę, czego dowiodły badania wydolnościowe. A jak się pracuje z Witoldem Mazurem? Dobrze. Trener stara się być nie tylko naszym nauczycielem, ale również sparingpartnerem. Latem codziennie jeździł z nami na rowerze i rolkach, starał się przełamywać nasze słabości, choćby "siedząc" na kole podczas stromego podjazdu na górę, cały czas nas dopingując i wspierając. Pomagało.
Wiadomo, że efekty pracy zweryfikują dopiero starty, ale - czuje Pani formę?
- Rewelacyjnej nie i... dobrze! Sezon będzie bardzo długi, potrwa do marca. Nie chcemy być przeciętne przez cały ten czas, tylko błysnąć wtedy, gdy powinnyśmy, czyli w styczniu podczas mistrzostw Europy i w marcu na mistrzostwach świata.
Gorączka przedolimpijska już rośnie?
- Powoli tak, zwłaszcza że mistrzostwa świata odbędą się właśnie w Soczi. Jesteśmy niezwykle ciekawe, jakiego lodu użyją gospodarze - szybkiego czy wolnego, twardego czy miękkiego. Na każdym jeździ się inaczej.
Wraca Pani jeszcze czasami do Vancouver, czy to już przeszłość - piękna, miła, ale przeszłość?
- Przeszłość miła i zamknięta. Fajnie ją sobie powspominać, ale żyjemy chwilą obecną.
Pozostając przy tematach "miłych" - miło jest też nikomu niczego już nie udowadniać?
- No tak, po igrzyskach każdy zastanawiał się, jak to możliwe, że zdobyłyśmy medal, między wierszami dodając, że to był pewnie jednorazowy wyskok i tyle. My jednak wiedziałyśmy swoje, że brąz nie wziął się z przypadku, co potwierdziłyśmy, sięgając po historyczny medal mistrzostw świata. Myślę, że ludzie nie patrzą już na nas jak na niespodzianki, że są świadomi naszej wysokiej klasy, tego, że to my możemy rozdawać karty.
Jak bardzo zmieniłyście się w ciągu ostatnich dwóch i pół roku?
- Ja na pewno nauczyłam się pokory. Tego, że nie zawsze człowiek może coś zrobić lub osiągnąć, choćby nie wiadomo, jak bardzo chciał i na to pracował. Miałam bardzo długie pół roku, gdy leczyłam zerwane wiązadło krzyżowe, pół roku czasu na refleksje i przemyślenia. Podczas rehabilitacji napisałam i obroniłam pracę magisterską.
Wydaje mi się, że jestem już spełnionym sportowcem. Spełnionym i wciąż głodnym sukcesów. Niczego już jednak nie muszę, staram się robić to, co lubię, i robić to dla przyjemności. Dorosłam, dojrzałam, jeśli pojadę na kolejne igrzyska, to nie po naukę, tylko po wyeksponowanie wszystkiego najlepszego, co przez lata w sobie zebrałam.
Co jest siłą drużyny, która sięgnęła po medale olimpijski i mistrzostw świata?
- Spodziewałam się raczej, że zapyta pan, czemu w rywalizacji drużynowej odnosimy sukcesy, a indywidualnie jest nieco gorzej (śmiech). Wszystkie jeździmy na mniej więcej tym samym poziomie, żadna nie odstaje. To ważne, bo w drużynie nic nie dadzą nawet dwie rewelacyjne zawodniczki, gdy trzecia jest sporo słabsza. Pani Ewa porównała kiedyś nas do jednej rękawiczki, w której każdy palec jest odpowiedzialny za pozostałe. Trenujemy ze sobą od lat, doskonale się znamy, czasami dzień przed startem już wiemy, która z nas będzie miała więcej sił, by pociągnąć koleżanki, a którą trzeba będzie delikatnie oszczędzić, bo znajdzie się w gorszej dyspozycji. U mnie osobiście przed każdym biegiem drużynowym pojawia się myśl, że w razie słabości nie zawiodę tylko siebie, ale pozostałe dziewczyny i cały team. Dlatego, jak tylko mogę, spinam się i daję z siebie dosłownie wszystko, na 110 procent możliwości.
Skupmy się teraz na Pani indywidualnych celach na nowy sezon.
- Przez niemal cały miniony sezon byłam wyłączona z poważnego ścigania z przyczyn zdrowotnych. Teraz, na dobry początek, chciałabym powrócić do wynikowego poziomu sprzed dwóch lat, gdy plasowałam się w dziesiątce Pucharu Świata, a na mistrzostwach świata byłam dwunasta.
Podobno pierwszy raz od dawna miałyście wreszcie komfort przygotowań?
- Było lepiej, sporo spraw się poprawiło, ale wciąż nie możemy się doczekać najważniejszego - hali lodowej. Wiem, że ciągłe użalanie się na ten fakt jest już nudne, ale proszę nas zrozumieć. Jesteśmy rozliczane z rywalizacji z Holandią, Niemcami, Kanadą czy nawet Białorusią, a w każdym z tych krajów znajduje się nowoczesny obiekt. Reprezentanci dzięki temu mogą trenować już od września, czasami nawet sierpnia, w stałych, korzystnych warunkach. My natomiast ciągle podróżujemy. Przykładowo - trenujemy w Niemczech przez tydzień, potem na tydzień wracamy do kraju, potem znów wyjeżdżamy, wracamy i tak w kółko. A wie pan, co w chwili obecnej możemy robić w Polsce? Pobiegać sobie. Nie ma hali, nie ma lodu, nie ma warunków do pracy i podnoszenia swoich umiejętności.
Powiedziała mi Pani kiedyś, że w Soczi znów pobiegniecie po medal. To aktualne?
- Jak najbardziej. Powalczymy o jak najlepsze miejsce, stać nas na powtórkę, a nawet coś więcej.