• Poniedziałek, 23 marca 2026

    imieniny: Pelagii, Feliksa, Oktawiana

Tylko inwestor może uratować Autosan

Poniedziałek, 14 grudnia 2015 (03:04)

Z Ewą Latusek, przewodniczącą NSZZ „Solidarność” w Fabryce Autobusów „Autosan” w Sanoku, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Jak to możliwe, że „Autosan”, firma motoryzacyjna z wieloletnią tradycją, znalazła się na skraju upadku?

– Feralny okazał się 19 września 2013 r., kiedy ówczesny prezes spółki Franciszek Gaik zgłosił wniosek o likwidację majątku zakładu, który utracił płynność finansową. Była to wiadomość szokująca dla nas, ale także dla Sanoka. Prezes Gaik tłumaczył, że ta decyzja wynika z braku wsparcia od właściciela Grupy Kapitałowej Sobiesław Zasada SA, który wbrew temu, co donosiły media, nie dokapitalizował zakładu. Jeśli już, były to tylko wirtualne pieniądze, które miały na celu podniesienie kapitału, ale „Autosan”, a tym bardziej załoga nie widziała na oczy ani złotówki. Sąd wyrazi zgodę na kontynuowanie produkcji, a 7 października 2013 r. zarząd nad upadłym majątkiem przejął syndyk.

Dochodziło nawet do sytuacji, kiedy musieliście dzień i noc bronić majątku zakładu przed wyprowadzeniem…

– To prawda. Było to w niedzielę, 7 lub 8 października 2013 r., w czasie, kiedy zakład był już zgłoszony do upadłości i kiedy czekaliśmy na syndyka. Wówczas pan Gaik kazał, aby jeden z wyprodukowanych autobusów dostarczyć do Warszawy. Po tym, jak informacja ta dotarła do nas, w zakładzie zablokowaliśmy obie bramy wyjazdowe. Takich sytuacji, kiedy musieliśmy się zwracać do ochrony, aby zwracała szczególną uwagę na to, co się wywozi z zakładu, było więcej. Dotyczyło to nie tylko autobusów, ale też materiały do produkcji. Zanim do zakładu przyszedł syndyk, działy się cuda.  

Z końcem 2013 r. pojawiły się informacje i nadzieje na ekspansję „Autosanu” na rynek rosyjski. Jak ta sprawa się zakończyła?

– Sprawa dotyczyła utworzenia montażowni autobusów w Nowokujbyszewsku. Nasi pracownicy mieli nawet pomóc w budowie hali produkcyjnej, gdzie powstawałyby nasze autobusy z silnikiem diesla i zasilane gazem. Niestety, nic z tego nie wyszło.

Ostatnio związki zawodowe działające w „Autosanie” weszły w spór zbiorowy z syndykiem. Sytuacja jest aż tak dramatyczna?

– W spór zbiorowy weszliśmy, ponieważ syndyk zapowiedział zwolnienia grupowe. Z informacji, jakie przekazał związkom zawodowym, wynikało, że zamierza zwolnić 160 osób, na co nie wyraziliśmy zgody. Wchodząc w spór zbiorowy, postawiliśmy dwa żądania. Pierwsze dotyczyło odstąpienia od zamiaru zwolnień grupowych do chwili wyłonienia nabywcy, tym bardziej że syndyk zgodnie z decyzją sędziego komisarza musi znaleźć nowego właściciela. Skoro syndyk zawsze twierdził, że są chętni na kupno „Autosanu” i wystarczy tylko wyłonić nowego właściciela, to logiczne wydaje się pytanie, po co zwalniać ludzi. Nie mogliśmy się zgodzić na zwolnienia, tym bardziej że zależy nam, aby nowy inwestor przejął całą załogę. Drugim naszym żądaniem była wypłata zaległych wynagrodzeń, które sięgają dwóch miesięcy. Owszem, co miesiąc otrzymujemy pieniądze, ale z dwumiesięcznym opóźnieniem. Mamy nadzieję, że przed świętami otrzymamy wynagrodzenia za wrzesień.

Co będzie z wynagrodzeniami dla tych pracowników, którzy odejdą na koniec grudnia?

– Te osoby, które zostaną zwolnione z dniem 1 grudnia i –biorąc pod uwagę skrócony do jednego miesiąca okres wypowiedzenia – odejdą na koniec grudnia, otrzymają wynagrodzenie za wrzesień. Pozostają jeszcze październik, listopad i grudzień i pytanie brzmi, kto i kiedy zapłaci im za pracę w tym okresie, skoro w kolejnych miesiącach ich już w zakładzie nie będzie. Problemem pozostaje też wypłata odszkodowań za skrócony okres wypowiedzenia. Mamy obawy, czy w sytuacji, kiedy zakład zostanie sprzedany, pieniądze te trafią do ludzi. Wielkich pieniędzy ze sprzedaży – jeśli do niej w ogóle dojdzie – nie będzie. W tej chwili cena wynosi 19 milionów i z tego, co widać, chętnych nie ma. W tej sytuacji ciężko będzie zaspokoić wszystkich wierzycieli „Autosanu”. Wygląda na to, że załoga może się pożegnać z tymi pieniędzy. Dotychczas w sprawie zwolnień odbyło się jedno spotkanie z syndykiem, który poinformował stronę związkową, że zwolnienia ogranicza do 98 osób. Chcieliśmy, żeby przynajmniej zabezpieczył tych, którzy mają odejść, żeby wyrównał im zaległe wynagrodzenia i wypłacił odprawę. Zostało to zapisane w protokole, a syndyk zapowiedział, że będzie to możliwe, jeśli zakład otrzyma pieniądze za kontrakt autobusów do Warszawy, którego realizacja właśnie dobiega końca.

Wygląda zatem, że problem zostanie załatwiony pozytywnie…

– No nie do końca. Okazuje się, i sprawdziliśmy to u zamawiającego w Warszawie, że kontrakt miał zostać zrealizowany do końca września w związku z blisko trzymiesięcznym opóźnieniem – wprawdzie kar nie będziemy płacić, ale kiedy „Autosan” otrzymamy pieniądze i czy przypadkiem nie trzeba będzie o nie walczyć w sądzie, na razie trudno powiedzieć.

Tymczasem zwolnienia są wręczane...

– Zgadza się. Chcemy rozmawiać, ale syndyk niestety nie podał nam terminu drugiego spotkania negocjacyjnego. Tymczasem ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych   daje nam możliwość po 14 dniach, jeśli wszystkie możliwości negocjacyjne zostaną wyczerpane i nie będzie porozumienia, zorganizowania dwugodzinnego strajku ostrzegawczego. Wiemy, że syndyk boi się takiego strajku, bo – jak twierdzi – wówczas dowie się o tym cała Polska, a to z kolei może odstraszyć wszystkich potencjalnych inwestorów. Tym samym chce zrzucić na nas odpowiedzialność i być może dlatego przeciąga w czasie wyznaczenie terminu drugiego spotkania negocjacyjnego.     

Dlaczego „Autosan” nie ma nowych zamówień?

– Chętni złożyć zamówienia na produkcję autobusów są, ale syndyk odmawia, bo nie ma możliwości finansowania produkcji. Syndyk może prowadzić działalność do końca grudnia i do tego czasu musi znaleźć inwestora. Jeśli nie znajdzie, to będzie musiał się zwrócić do sędziego komisarza o dalsze prowadzenie działalności – powiedzmy – na pół bądź na rok. Jeśli już, to firma, w której dzisiaj pracuje 330 osób, ma wówczas zatrudniać tylko 215. Tymczasem nie podpisuje nowych kontraktów. Z czego w przyszłym roku będzie utrzymywał się zakład, trudno mi powiedzieć, bo z produkcji koncesjonowanej kabin dla wojska – w niewielkiej ilości oraz ze świadczonych usług nie da się przecież utrzymać ponad 200 pracowników.

Czy strona związkowa artykułowała te wątpliwości wobec syndyka?   

– Owszem, pytaliśmy, czy nie jest tak, że na wiosnę przyszłego roku zacznie sprzedawać firmę po kawałku.

To w ogóle możliwe?

– Jest takie zagrożenie, bowiem syndyk może się zwrócić do sędziego komisarza o wyrażenie zgody na sprzedaż zakładu już nie w całości, tak jak to obowiązuje do końca grudnia tego roku, ale w zorganizowanych częściach. Taką możliwość może otrzymać po nowym roku, jeśli kolejny przetarg nie wyłoni kupca na cały majątek „Autosanu”. Możemy mieć zatem sytuację, gdzie pod młotek pójdą osobno: hale produkcyjne, budynki, biurowiec, a przede wszystkim serwis ze stacją diagnostyczną, który jest łakomym kąskiem i chętni na to będą – myślę – w pierwszej kolejności.

Niedawno mówiło się o zainteresowaniu kupnem „Autosanu” przez Hutę Stalowa Wola. Czy sprawa jest aktualna?

– Owszem, w połowie tego roku pojawił się taki pomysł. Zresztą zasadne jest, aby zakład przejęło państwo. Powstał zatem pomysł, aby wokół Polskiej Grupy Zbrojeniowej powstało konsorcjum, które mogłoby nabyć „Autosan”. Rozmawialiśmy m.in. z wiceministrem skarbu Zdzisławem Gawlikiem. Nic nie stało na przeszkodzie, żeby takie działania rozpocząć, a po wyborach już z nową władzą dopiąć szczegółów. I tak się stało. Konsorcjum, w skład którego wchodzą trzy firmy z udziałem Skarbu Państwa: dwie należące do Polskiej Grupy Zbrojeniowej – Huta Stalowa Wola, PIT-RADWAR oraz SKB Drive Tech, przedstawiło syndykowi ofertę kupna za 14 milionów złotych, a jak trzeba, to jeszcze dołożą – powiedzmy – dwa kolejne miliony złotych. Wszyscy byli zadowoleni, choć ewentualny przyszły właściciel nie miał jeszcze koniecznych zgód korporacyjnych wymaganych w takich przypadkach. Jednak za kilka dni były wybory i wszystko jakby ucichło, a syndyk, który był bodajże dwa razy w Stalowej Woli, po przyjeździe stwierdził, że konsorcjum to wycofało się z oferty. Innego zdania jest konsorcjum, którego przedstawiciele twierdzą, że to syndyk robił problemy.

Czy Pani zdaniem to była zła oferta?

– Przeciwnie. Ważne jest to, że to konsorcjum chciało przejąć cały zakład razem z 330-osobową wówczas załogą. Dzisiaj nie ma chętnych, żeby zapłacić syndykowi 14 milionów złotych, więc warto byłoby pójść za tamtą korzystną propozycją. Sytuacja jest taka, że jeśli syndyk zdecyduje się sprzedać fabrykę w częściach, to już nie będzie „Autosanu”.

W kampanii wyborczej w Sanoku gościła obecna premier Beata Szydło, która obiecała pomoc w rozwiązaniu problemów „Autosanu”. Co od tego czasu wydarzyło się w tej sprawie?

– Mając w pamięci tamto spotkanie, zwróciliśmy się teraz do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów z pismem i otrzymaliśmy odpowiedź od min. Beaty Kempy, że nasze pismo zostało skierowane do Ministerstwa Skarbu Państwa i Ministerstwa Finansów. Czekamy na odpowiedź i liczymy na spotkanie. Mamy nadzieję, że sytuacja będzie bardziej klarowna po zmianach na stanowiskach kierowniczych w spółkach państwowych, także – jak sądzimy – w Polskiej Grupie Zbrojeniowej, gdzie na razie nikt z obecnych prezesów czy dyrektorów nie chce podjąć wiążącej decyzji. Liczymy, że będziemy rozmawiać z nowym szefostwem, którego wyłonienie może potrwać tyle, że my nie mamy już czasu. Nie wiemy bowiem, co będzie z zakładem po Nowym Roku.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki