Żeby poznać angielski, nie trzeba wyjeżdżać do Brukseli
Środa, 2 grudnia 2015 (03:03)Ze Stanisławem Ożogiem, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki.
Przed rokiem Donald Tusk objął stanowisko szefa Rady Europejskiej. Miał Pan okazję z bliska obserwować jego poczynania na europejskich salonach. Jak ocenia Pan pierwszy rok tej kadencji?
– Trudno oceniać kogoś, kto był niewidoczny czy wręcz nieobecny. Tu go po prostu nie było i nie ma w tym cienia przesady. Trudno ocenić kogoś, kto dwa, może trzy razy pokazał się na Sali Plenarnej Parlamentu Europejskiego, za każdym razem poddając się krytyce praktycznie ze wszystkich stron, no może za wyjątkiem swojej frakcji Europejskiej Partii Ludowej (EPP). Ten mijający rok to nieustające pasmo porażek Donalda Tuska na salonach europejskich. Na podsumowanie „roczku” Donalda Tuska jeden z niemieckich dzienników zdradził powód, dla którego został on szefem Rady Europejskiej, a mianowicie za to, że bezkrytycznie popierał politykę zagraniczną kanclerz Angeli Merkel i jako premier Polski de facto służył państwu niemieckiemu. Sam Tusk się do tego nie odniósł, a media w Polsce to przemilczały.
Biorąc to wszystko pod uwagę, można powiedzieć, że to nawet lepiej, że przez ten rok nie było go w Polsce.
Jak w Brukseli oceniane są działania Donalda Tuska w sprawie kryzysu migracyjnego, problemu zagrożenia terroryzmem czy chociażby kryzysu greckiego?
– Tych działań nie było, a jeśli już, to były to reakcje spóźnione. Najlepiej świadczy o tym fakt, że problem migracyjny pozostaje nierozwiązany. Donald Tusk jest mało samodzielnym politykiem, który czeka na sygnały czy wskazania od kanclerz Merkel, żeby np. zwołać szczyt. Natomiast jako takich samodzielnych działań nie obserwowaliśmy. Za tą swoją indolencję był krytykowany przez przywódców państw, których ten kryzys dotyka bezpośrednio, m.in. przez Włochy czy Grecję.
Przekazując urząd Donaldowi Tuskowi przed rokiem, Herman Van Rompuy przedstawił swojego następcę jako syna wielkiego Narodu, który teraz będzie ojcem Unii Europejskiej. Jakim ojcem dla Europy był przez mijający rok Donald Tusk?
– Na usta ciśnie mi się tylko jedno stwierdzenie: jaki „ojciec”, taka Unia Europejska. Myślę, że nie przesadzę, jeśli powiem, że to dzięki Donaldowi Tuskowi obserwujemy początek końca UE. I do historii przejdzie on jako jeden z grabarzy UE. Jego rola ogranicza się do przygotowania posiedzeń przywódców państw członków w ramach Rady Europejskiej. Dodatkowo jest krytykowany, że szczyty te trwają bardzo krótko, co – jak sądzę – wynika z jego wrodzonego lenistwa i nie ma odpowiednio przygotowanych stanowisk, nad którymi można byłoby dyskutować. I tak jak powiedziałem wcześniej, Donald Tusk jest wykonawcą woli Angeli Merkel, bez zgody której – a także prezydenta Francji Francois Hollande’a – nic nie może się wydarzyć w UE. Nie umiem powiedzieć, czy jest tak zależny, że nie może, nie potrafi czy może po prostu nie chce się sprzeciwić, wybić ponad przeciętność, ażeby pokazać własną inicjatywę zmierzającą w kierunku poprawienia sytuacji UE. Zresztą trudno, żeby człowiek, który nie radził sobie z organizowaniem pracy polskiego rządu, nagle sprostał organizowaniu i kierowaniu pracami Wspólnoty Europejskiej. I choć za pieniądze polskich podatników przeszedł jeden z najdroższych kursów nauki języka angielskiego w historii, nie na wiele się to zdało, bo język nie był – jak widać – największym problemem Tuska, opieszałego polityka bez charyzmy. Tak czy inaczej wiele wskazuje na to, że po upływie pierwszej kadencji trzeba się będzie żegnać z Brukselą.
Donald Tusk, zajmując tak eksponowane stanowisko, zrobił coś dla Polski?
– Jako były (na całe szczęście) premier i ambasador spraw Rzeczypospolitej w Unii wypada bardzo blado. Swoją postawą z pewnością nie przynosi Polsce chwały, a wręcz odwrotnie – ujmę. Mimo że Donald Tusk zajmuje jedno z czołowych stanowisk w UE, a komisarzem ds. jednolitego rynku jest Elżbieta Bieńkowska, to Polska jest nieobecna, a wspomniani politycy Platformy zniknęli w tłumie. Ostatnio pojawił się mocno krytykowany, a wręcz wyśmiany przez polityków unijnych jako oderwany od rzeczywistości projekt komisarz Bieńkowskiej ograniczający dostępność broni palnej. Wynikałoby z tego, że min. Bieńkowska uważa, iż terroryści zaopatrują się w broń, np. kałasznikowy, w sklepie za rogiem, a ograniczenia te rozwiążą problem terroryzmu zagrażającego coraz wyraźniej Europie.
Jakie są relacje – w końcu jakby nie było – persony w UE, jaką jest Donald Tusk, z polskimi eurodeputowanymi?
– Trudno mi odpowiedzieć, bo nie wiem. Być może z politykami Platformy Donald Tusk się spotyka na jakichś „ośmiorniczkach” czy czymś w tym rodzaju, natomiast żadnej inicjatywy czy też woli spotkania się z pozostałymi europosłami z Polski nie zauważyłem. Przypominam sobie, jak z przerażeniem patrzył, gdy przychodziło mu słuchać przemówienia posła z Polski, ale nie z Platformy, ale np. ówczesnego posła, a obecnie prezydenta Rzeczypospolitej Andrzeja Dudy czy prof. Ryszarda Legutko, którzy jasno, za pomocą konkretów obnażali jego bezczynność czy zaniedbania. Ale nie tylko nasi eurodeputowani krytycznie odnosili się do pracy Donalda Tuska na stanowisku szefa Rady Europejskiej, ale czynili to również politycy niemal wszystkich frakcji w Parlamencie Europejskim, zarzucając mu brak kompetencji, wycofanie, brak wyczucia czy wręcz zwyczajnie lenistwo. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że lepiej dla Polski byłoby, gdyby zarówno Donalda Tuska, jak i Elżbiety Bieńkowskiej nie było na salonach europejskich, bo przynajmniej byłoby mniej wstydu. Cóż bowiem z tego, że są, skoro jako kraj nie mamy z tego żadnego pożytku.
Jakie wobec tego są szanse Donalda Tuska na przedłużenie misji w Brukseli na kolejne 2,5 roku?
– Moim zdaniem, nie ma na to żadnych szans, tym samym – jak sądzę – jego kariera w Brukseli zmierza do finału. Nie jest przecież żadną tajemnicą, że stanowisko Donalda Tuska jako szefa Rady Europejskiej nie wynika z mandatu demokratycznego, ale jest pokłosiem decyzji Berlina i Paryża, a więc państw, które dominują w UE. Niestety, ale Tusk okazał się politykiem bez charyzmy i dał się zdominować zarówno przewodniczącemu Komisji Europejskiej Jean-Claude'owi Junckerowi, jak i przewodniczącemu Parlamentu Europejskiego Martinowi Schulzowi. O drugiej kadencji nie ma zatem mowy. Owszem, możemy zaobserwować próby szukania uzasadnienia, że jego – jak wszystko wskazuje – odejście wynika z zachowania parytetów politycznych między chadekami a socjalistami, ale to jedynie próba zamydlenia oczu. Tusk będzie musiał odejść, bo swą pozycję traci popierająca go Angela Merkel. Zresztą kanclerz Merkel czy w ogóle Niemcy, co chcieli, to i tak już osiągnęli i tak jak wyciśnięta cytryna zostanie on usunięty. Bardzo trafnie rolę Donalda Tuska określił brytyjski europoseł Nigel Farage, przewodniczący eurosceptycznej frakcji Europa Wolności i Demokracji, który podczas jednego z posiedzeń plenarnych na forum Parlamentu Europejskiego powiedział – zwracając się do Tuska – że jego obecna pensja w porównaniu do tej, którą otrzymywał jako premier Polski, jest wygraną na loterii, zaś on sam jest przykładem imigranta uchodźcy, któremu się powiodło.