Przetarg ma być merytoryczny
Piątek, 27 listopada 2015 (05:11)Z Andrzejem Kuchtą, przewodniczącym NSZZ „Solidarność” w PZL Świdnik, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Minister Antoni Macierewicz powołał zespół ekspertów, który ma przeanalizować dokumentację dotyczącą przetargu śmigłowcowego. Czy załoga PZL Świdnik jest spokojna o wynik tej analizy?
– Trudno powiedzieć, czy jesteśmy spokojni. Z pewnością uważamy, że jest to krok w dobrym kierunku. Od początku zabiegaliśmy o wyjaśnienie wszelkich wątpliwości, jakie się narodziły wokół przetargu, niejasności czy nawet podejrzeń. Jeśli taki zespół powstał, to na pewno jest to dobry znak. Teraz musimy uzbroić się w cierpliwość i poczekać, jak sytuacja się rozwinie. Z jednej strony zdajemy sobie sprawę, że żadne wcześniejsze działania podejmowane czy to przez naszą firmę, czy przez stronę związkową nie wstrzymały tego przetargu, a umowa offsetowa, a więc ostatnie kryterium wyboru śmigłowca i podpisania kontraktu, jest negocjowana przez Airbus Helicopters i Ministerstwo Gospodarki. Jeśli zatem równolegle do tych negocjacji pracuje zespół, który analizuje szczegóły tego przetargu, to jest to dobrze dla całej sprawy. Choć wiemy również, że niezadowoleni mogą być wojskowi, którym zależy, żeby mieć lepszy sprzęt, tymczasem sprawa się przeciąga.
Dlaczego ten przetarg powinien być powtórzony?
– Przyczyn, dla których naszym zdaniem postępowanie przetargowe powinno być powtórzone, jest wiele. Już na początku całej procedury, a mianowicie w momencie konstruowania założeń taktyczno-technicznych przyjęto takie, które ewidentnie faworyzowały jednego z uczestników przetargu. Inaczej mówiąc, zostały przygotowane pod oferenta, który zaproponował śmigłowiec w najcięższej klasie. Zresztą stoimy na stanowisku i mamy ku temu podstawy, że cały ten przetarg śmigłowcowy był grubymi nićmi szyty i powinien zostać unieważniony.
Jednocześnie nowy szef MON poinformował, że warunkiem podpisania kontraktu na śmigłowce wielozadaniowe są pozytywne negocjacje umowy offsetowej…
– To, że kontrakt nie może zostać sfinalizowany, dopóki nie zostanie wynegocjowana umowa offsetowa, było wiadomo od samego początku. Jest to bowiem wymóg proceduralny.
Czy jest możliwe, że Francuzi, widząc, że kontrakt może im uciec sprzed nosa, przedstawią taką ofertę offsetową, która będzie nie do odrzucenia?
– Trudno to przewidzieć. Nie wiemy bowiem, jakie będą oczekiwania polskiego rządu jako strony kupującej wobec oferty offsetowej. Ponadto stojąc z boku, nie możemy nic powiedzieć, na ile wiarygodne zapewnienie co do gwarancji realizacji umowy offsetowej złoży oferent. Może się bowiem okazać, że za jakiś czas warunki te trzeba będzie renegocjować, bo wcześniejsze potwierdzenie służyło jedynie otrzymaniu zamówienia.
Airbus Helicopters zapowiedział uruchomienie produkcji w okolicach Łodzi, gdzie ma powstać „Wyżyna Lotnicza” konkurencyjna dla „Doliny Lotniczej”, do której należą zarówno PZL Mielec, jak i PZL Świdnik. Co Pan sądzi o tym pomyśle?
– Według mnie, pomysł „Wyżyny Lotniczej” został stworzony tylko i wyłącznie na potrzeby kampanii związanej z przetargiem. Jest to wirtualny, sztuczny twór powołany administracyjnie przez marszałków województw z poparciem części polityków oraz przedstawicieli firm i porównywanie go do „Doliny Lotniczej”, która jest rzeczywistością, powstała oddolnie i skupia obecnie ponad sto firm i zakładów branży lotniczej z południowo-wschodniej Polski, jest nie na miejscu. Nie wróżę temu projektowi czy też koncepcji żadnej przyszłości.
Załóżmy, że przetarg zostanie powtórzony i wygra jedna z firm PZL Mielec czy PZL Świdnik. Czy nie obawia się Pan, że przegrany, obojętnie kto by nim nie był, rozpęta nową wojnę, a tym samym sporom wokół przetargu śmigłowcowego nie będzie końca?
– Nie, nie obawiam się. Po pierwsze, w przypadku ewentualnego ponownego rozpisania przetargu śmigłowcowego nie sądzę, żeby założenie ograniczało się do wyboru tylko jednego oferenta i nie myślę tu tylko o Świdniku czy Mielcu, ale mogą to być również inni oferenci. Od samego początku jako związki zawodowe, a także eksperci z branży lotniczej, krytykowaliśmy zaproponowany przez MON pomysł jednej platformy śmigłowcowej. Ten pomysł spowodował, że zwycięzca może być tylko jeden. Natomiast zdaniem ekspertów jest to zły pomysł, tym bardziej że żadna armia na świecie nie kupuje jednego śmigłowca do realizacji różnych zadań. Naszym zdaniem konieczne jest rozdzielenie, a więc określenie zadań i wybór do ich realizacji odpowiedniego typu śmigłowca. Mam nadzieję, że jeśli dojdzie do ponownego rozpisania przetargu, to tak jak zapowiada min. Antoni Macierewicz, będą analizowane rzeczywiste potrzeby wojska, że przetarg będzie merytoryczny, a nie polityczny. Rezygnacja ze wspólnej platformy da możliwość partycypowania w dostawach dla wojska niekoniecznie tylko jednemu oferentowi.
Pana zdaniem to lekarstwo na wyeliminowanie ewentualnych protestów…?
– Jeśli cały proces wyłaniania producenta czy producentów zostanie przeprowadzony w sposób uczciwy, transparentny i nie będzie budził zastrzeżeń, wątpliwości czy wręcz podejrzeń – tak jak to miało miejsce przy obecnym przetargu, to każdy uczestnik przyjmie wybór i swoją ewentualną porażkę z godnością. Zupełnie inaczej zostanie to też odebrane przez załogi tych zakładów, które nie dostaną kontraktu. To, z czym mieliśmy do czynienia teraz, a mianowicie protesty i nagłaśnianie sprawy przez związki zawodowe – zostało spowodowane niejasnościami, które narodziły się wokół tego przetargu.
Co konkretnie ma Pan na myśli?
– Najpierw była propozycja dołączenia do zespołu przetargowego obserwatora strony społecznej, ale kiedy przyszło co do czego, to albo został powołany w ostatniej chwili, albo tak jak to miało miejsce w kolejnym etapie postępowania – w ogóle nie został dopuszczony. Taką sytuację spowodowało MON, które niby chciało się wykazać dobrą wolą w stosunku do strony społecznej, ale efekt tych działań był zupełnie inny.
A zatem zapotrzebowanie na śmigłowce to coś w rodzaju tortu, z którego każdy może mieć swój kawałek?
– Dokładnie tak. Przy zapotrzebowaniu naszej armii wiele podmiotów może skorzystać. Ale warunkiem jest rozsądne i racjonalne podejście do całej sprawy przez MON. Chodzi o to, żeby z jednej strony wybrać możliwie najlepszy sprzęt i jeśli taki jest produkowany w Polsce, to powinna na tym skorzystać nasza gospodarka, polscy pracownicy, a nie obcy. Ponadto silna armia to nie tylko sprzęt, który w przypadku konfliktu może zostać utracony, ale silna armia to także zdolność do odbudowy potencjału. Trudno w sytuacji konfliktu mówić o sprowadzaniu sprzętu z zagranicy, natomiast jeśli ma się własny przemysł zbrojeniowy, to uzupełnienie braków i poprawa zaopatrzenia armii są jak najbardziej możliwe. To strategiczne podejście, które powinno przyświecać każdej władzy.
Co ewentualna wygrana śmigłowca AW149 w przetargu śmigłowcowym oznaczałaby dla PZL Świdnik?
– W naszym przypadku sprawa jest dość prosta, ponieważ nasz właściciel AugustaWestland zamierzała uruchomić pełną produkcję tego śmigłowca w Świdniku przy założeniu, że tylko silniki będą sprowadzane. To nic nowego, bo takie zasady obowiązują w całym przemyśle lotniczym. Np. napędy, silniki, przekładnie do śmigłowca Sokół, który jest produktem PZL Świdnik, kupujemy w WSK PZL Rzeszów. Oczywiście, na razie nie wiemy, jakie byłyby ewentualne warunki nowego przetargu. Nie wiemy też, czy to będzie ten sam śmigłowiec, jaki oferowaliśmy wcześniej, czy może jakiś inny. Tak czy inaczej ze strony AugustyWestland jest zapewnienie, że jeśli dostaniemy część z tortu, to montaż finalny będzie się odbywał u nas, w Świdniku, łącznie z oblotami i wszystkimi pracami związanymi z całym tym procesem. Jako firma potrzebujemy nowego produktu, dlatego uruchomienie produkcji nowego typu śmigłowca, który ma przed sobą 30-40-letnią perspektywę, i zapotrzebowanie na rynku, które według szacunków może sięgać 300-350 sztuk, zapewniłoby naszej firmie byt na długie lata, innymi słowy dałoby to nam nowe życie. To jak najbardziej realne, tym bardziej że według wstępnych założeń PZL Świdnik byłby jedynym producentem tego śmigłowca na eksport.