• Wtorek, 12 maja 2026

    imieniny: Pankracego, Dominika

Lekcja pokory dla Putina

Środa, 25 listopada 2015 (19:52)

Z gen. bryg. rez. dr. inż. Tomaszem Bąkiem, dyrektorem Instytutu Studiów nad Terroryzmem Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Panie Generale, czy zaskoczył Pana fakt zestrzelenia rosyjskiego bombowca Su-24 przez siły powietrzne Turcji na pograniczu syryjsko-tureckim?

– Do pewnego stopnia jest to dla mnie zaskoczenie, tym bardziej że wciąż nie znamy szczegółów dotyczących okoliczności tego zdarzenia. Turcy twierdzą, że samolot rosyjski naruszył przestrzeń powietrzną ich państwa, a jednocześnie Sojuszu Północnoatlantyckiego. Z drugiej strony, Rosjanie stoją na stanowisku, że tej przestrzeni nie naruszyli. Wszystkie kwestie związane z tym wydarzeniem – mam nadzieję – są do zweryfikowania, na razie mamy tylko słowo przeciwko słowu. Jednak co by nie powiedzieć, jest to incydent, który bez wątpienia będzie miał wpływ na stosunki głównie Rosji z Turcją, a także Rosji z NATO.

Po raz pierwszy od ponad 50 lat siły państwa NATO zestrzeliły samolot rosyjski. Jakie mogą być tego konsekwencje?

– Naruszeń celowych przestrzeni powietrznej państw nadbałtyckich czy nawet Wielkiej Brytanii przez Rosję mieliśmy na przestrzeni kilku ostatnich lat cały szereg, ale tak drastyczna sytuacja jak wczoraj ma miejsce po raz pierwszy. Przyznam, że jestem zaskoczony tym, że zdecydowano się na taki krok i zestrzelenie samolotu, a nie próbowano (przynajmniej nic o tym dotychczas nie wiemy na pewno) zmusić go do zmiany kursu. Procedury w takich sytuacjach na pewno są jasne i precyzyjne – nie jestem oczywiście pilotem, ale z tego, co mi wiadomo, są sygnały ostrzegawcze, próby nawiązania łączności, a nawet próba nawiązania kontaktu wzrokowego, gdyby inne zawiodły. Dopiero po wyczerpaniu tych środków ostrzegawczych i wobec braku reakcji z drugiej strony można podjąć decyzję o zestrzeleniu obiektu. Znamy efekt, ale czy te wszystkie wcześniejsze kroki zostały podjęte, tego nie wiemy. Nie można wykluczyć, że decyzja o zestrzeleniu została podjęta zbyt szybko, ale na razie są to tylko domysły.

Rosyjskie samoloty – jak Pan wspomniał – notorycznie przekraczały przestrzeń powietrzną nie tylko Turcji i może zwyczajnie miarka się przebrała, a Rosjanie zostali w ten spektakularny sposób skarceni…

– W pewnym sensie jest to sposób działania Rosji i testowania NATO. Niewykluczone, że siły powietrzne Turcji nie wytrzymały i postanowiły podjąć tak drastyczne kroki. Pytanie tylko, czy były to kroki uzasadnione.

Czy wczorajszy incydent i zachowanie Rosji nie wynikają także z braku wcześniejszych zdecydowanych reakcji ze strony NATO?

– Podstawą jest odpowiedź na pytanie, czy rzeczywiście została naruszona przestrzeń powietrzna Turcji, a tym samym NATO. Jeśli tak, to było to pogwałcenie prawa międzynarodowego i kolejnej, niestety, samowoli rosyjskiej dotyczącej ingerencji w suwerenność obcego, niezależnego państwa, jakim w tym wypadku jest Turcja. Pomyłki oczywiście się zdarzają, ale nie powinny mieć miejsca w sytuacji, kiedy dotyczą państwa, które nie jest bezpośrednio zaangażowane w ten konflikt. Dziwi mnie to, że strona rosyjska nie poczyniła wcześniejszych ustaleń dotyczących ewentualnego, przypadkowego wtargnięcia w przestrzeń powietrzną Turcji. Tym bardziej że Rosja działa w Syrii, gdzie nie do końca likwiduje cele tzw. Państwa Islamskiego, ale uderza w opozycję, wspierając tym samym reżim Baszara al-Asada, co z kolei nie podoba się zarówno administracji Waszyngtonu, jak i Paryża.

Co może zrobić Moskwa i czy ten incydent może spowodować także zaostrzenie stosunków na linii Rosja – NATO?

– Na pewno nie ma co „zazdrościć” prezydentowi Putinowi, który teraz będzie musiał podjąć taką czy inną decyzję – oczywiście mam na myśli ewentualne skrajne, drastyczne decyzje. Wypowiedzenie Turcji wojny przez Rosję nie wchodzi w rachubę, bo zgodnie z art. 5 traktatu waszyngtońskiego byłoby to jednoznaczne z wypowiedzeniem wojny całemu Sojuszowi Północnoatlantyckiemu. Rosja nie jest potęgą, która byłaby w stanie stawić czoła NATO. Zresztą wzrost napięcia, a tym bardziej ewentualny globalny konflikt chyba nikomu nie jest dzisiaj na rękę. W tej sytuacji może się to skończyć ewentualnie zawieszeniem stosunków dyplomatycznych czy wojskowych między Moskwą a Ankarą i wycofaniem ambasadorów. Rosji powinno zależeć na dogadywaniu się z NATO, głównie ze Stanami Zjednoczonymi czy z Francją w sprawie Syrii.

Mówi Pan, że nie należy „zazdrościć” Putinowi decyzji, jaką teraz będzie zmuszony podjąć, ale poniekąd sam sobie zasłużył na ten dyskomfort…

– Oczywiście powiedziałem to z pewnym sarkazmem. Putin musi podjąć kroki, które z jednej strony nie pozbawią go poparcia przez Rosjan, a z drugiej strony nie może zaostrzać stosunków z NATO. Turcja nie dość, że jest członkiem Sojuszu Północnoatlantyckiego, to ze swoim potencjałem zbrojnym jest drugą co do wielkości armią w NATO – stanowi poważną siłę. Nie sądzę, żeby Putinowi opłacało się zadzierać z tak poważnym przeciwnikiem.

Panie Generale, czy ten wczorajszy incydent wpłynie na dotychczasowe zachowanie Rosji?

– To pokaże czas. Osobiście uważam, że powinien ustatkować i ostudzić zapędy Putina. Mam nadzieję, że Rosjanie wyciągną z tej lekcji naukę, nauczą się pokory i szacunku do innych państw, że nie można bez końca, bezkarnie – oczywiście jeśli zostanie dowiedzione, że rosyjski bombowiec naruszył przestrzeń powietrzną Turcji – dopuszczać się gwałcenia międzynarodowego prawa, bo mogą się spotkać ze zdecydowanym odwetem.

  Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki