• Wtorek, 12 maja 2026

    imieniny: Pankracego, Dominika

Był gorącym patriotą

Sobota, 7 listopada 2015 (10:34)

Z Romanem Barszczem, przyjacielem płk. Ryszarda Kuklińskiego, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Gdzie poznał Pan Ryszarda Kuklińskiego?

– Jesteśmy z tego samego, 1930 roku. Ojciec Ryśka pochodził z Nienabyla, gdzie urodziła się też moja matka. Rysiek przyjeżdżał na wakacje tam do stryja i tu poznaliśmy się przed wybuchem II wojny światowej. I mnie i Ryśka zastała ona zresztą też w Nienabylu. Ponieważ mam liczną rodzinę w Warszawie, pomieszkiwałem tam na ulicy Belwederskiej 26, Rysiek mieszkał na ul. Tłomackie. Często się odwiedzaliśmy.

To prawda, że pomagaliście Żydom w getcie, dostarczając im jedzenie?

– Tak. Ten mur, o ile dobrze pamiętam, przebiegał przez jego ulicę i podwórko. Po drugiej stronie byli Żydzi, którzy znali jego odpowiednie hasła i przez dziurę wybitą w murze  podawał im to jedzenie. Pan sobie nie wyobraża, bo tego nie widział, te padające trupy, chcieliśmy pomóc wyżywić tych ludzi. Gdy akurat byłem u niego w mieszkaniu, wybuchło powstanie w getcie. Był słoneczny dzień, niebo tylko lekko zachmurzone, wyszliśmy przez wyłaz na dach i widzieliśmy dymy, słyszeliśmy strzały, ale nikt nie przypuszczał, że to jest powstanie. A to był jego początek. W marcu 1945 roku pojechaliśmy z Ryśkiem śladami korespondencji, którą dostawał od ojca z obozu koncentracyjnego. Jego tata Stanisław Kukliński był w AK, aresztowali go i dotkliwie pobili. Doszliśmy pod Wrocław, który nie był zajęty. Widzieliśmy straszne sceny. Rysiek, patrząc na nie, podjął moim zdaniem wtedy  decyzję, co ma robić w życiu, bo jego nikt nie zwerbował. Rysiek uświadomił Amerykanów,  co dzieje się w Polsce, bo oni nie mieli o niczym pojęcia.

Wiedział Pan, co pułkownik robił?

– Nie. Nikt nie wiedział. Jego żona nie wiedziała, synowie ani przyjaciele. Nie było mnie wtedy w domu, kiedy Rysiek wraz z Hanią, jego żoną, wyjechali ode mnie z domu z Paryskiej, by już nie wrócić do Polski. Mojej żonie Barbarze Rysiek i Hanka powiedzieli, że jadą do rodziny koło Wałbrzycha. Raz widziałem tylko u niego w garażu pudełko blaszane, w które coś wkładał w mojej obecności, okręcał taśmą plastikową i zalewał lakiem, a na koniec  przystawiał pieczątkę. Na moje pytanie, co to jest, dopowiadał, że to są bardzo ważne materiały dotyczące spraw Polski i to wszystko. Kiedyś powiedział mi tylko: – Romciu, gdy jeden wie, to o jednego za mało. Gdy dwóch wie, to o jednego za dużo. A gdyby się oni dowiedzieli, że wy wiecie, to by środkami farmakologicznymi w ciągu jednej nocy was uciszyli.

Jakim był człowiekiem?

– Był bardzo wesoły, pogodny, milczący przy stole, bardzo dużo palił. Znał się na żartach i sam lubił żartować, nigdy nie klął. Był gorącym patriotą, prawdziwym Polakiem. Mieliśmy swoje pseudonimy: „byczy ogon”, „gęsi miecz”, „zgniła trawa”, „słoń indyjski”. Nawet wtedy, gdy wręczali mu honorowe obywatelstwo Krakowa, na zaproszeniu napisał mi: „Byczemu ogonowi. Ryszard Jerzy Kukliński”. On zawsze podpisywał się dwojgiem imion. Najważniejsza rzecz: nigdy się nie bał. Często zatrzymywał się w Mariocie, ale nigdy tam nie mieszkał. Przyjeżdżałem po niego swoim volvo i jechaliśmy do mnie.

Jak czuł się po powrocie do Polski?

– Rysiek przyjechał na zaproszenie premiera Buzka. Przed przylotem codziennie do mnie dzwonił i pytał: – Roman, czy na pewno Buzek mnie zaprosi? Jego wtedy już w jakiś sposób oczyścili, ale służby specjalne miały nakaz aresztowania. Pan wie, jak go pilnowali? Na lotnisku było kilkudziesięciu fotoreporterów z całego świata. Podszedłem do Ryśka z kwiatami i powiedziałem: – Witaj w kraju. Widać było, że jest zdenerwowany. Pierwsze jego słowa brzmiały: – Daj zapalić. Później kolumnada samochodów, jechałem w ostatnim. Strzegli go jak oka w głowie, jak jakiegoś premiera zaprzyjaźnionego państwa.

Sądzi Pan, że płk Ryszard Kukliński jest dziś dostatecznie uhonorowany?

Trzeba wciąż głośno mówić prawdę o nim. A prawda jest taka, że dzięki niemu, św. Janowi Pawłowi II i prezydentowi USA Ronaldowi Reaganowi nie doszło do zagłady atomowej. Rysiek posiadał informacje najwyższej wagi od wywiadów różnych państw. Miał specjalny aparat wielkości mazaka, nagrywał materiał 15-minutowy u siebie w piwnicy na ul. Rajców, z tym szedł na taras kościoła św. Anny w przebraniu robotnika dla niepoznaki i nadawał na ambasadę amerykańską, zwykle w godzinach nocnych. Naciskał coś i te 15 min nagrania zamieniało się w 1,5 sekundy. Z ambasady materiały te wysyłano do Rzymu, gdzie wydrukowane już teksty w języku polskim dostawał Papież. Gdyby Rysiek, mając tę wiedzę, nie podzielił się nią z wolnym światem, to wówczas w dziejach ludzkości zapisałby się jako zdrajca. Tak stał się wielkim bohaterem.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Czartoryski-Sziler