• Wtorek, 12 maja 2026

    imieniny: Pankracego, Dominika

Bliski koniec Platformy

Wtorek, 27 października 2015 (04:12)

Z Andrzejem Maciejewskim, ekspertem w obszarze polityki z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jakie  najważniejsze zadania stoją przed nowym rządem?

– Przede wszystkim liczę, że nowy rząd ujawni faktyczny stan finansów publicznych. Trzeba otworzyć szufladę w Ministerstwie Finansów i powiedzieć społeczeństwu, jak wygląda stan zadłużenia państwa i z jakiej pozycji startuje nowa siła w parlamencie. To jest konieczne. Nowa premier, nowy rząd muszą to zrobić i nie ma innego wyjścia.

Może się okazać, że szuflada okaże się pusta, jak w Kancelarii Prezydenta po Bronisławie Komorowskim?

– Trudno wróżyć z fusów, poczekamy, zobaczymy. Pewne jest jedno: logika nakazuje, aby wszystkie raporty NIK, które Platforma schowała pod biurko, zostały upublicznione. Rząd musi zobaczyć, jak wygląda kasa ZUS. Po dokonaniu bilansu otwarcia okaże się, czy Polska jest na granicy bankructwa, czy może już dawno powinna ogłosić plajtę. To są zadania już dla nowego rządu.     

Czy to dobrze, że – jak wszystko wskazuje – pełnia władzy w Polsce trafia w ręce jednej partii?

– To bardzo dobrze. Zawsze byłem zwolennikiem zasady: jedne ręce, jedna władza, jedna odpowiedzialność. Rządzi jedna partia, nie ma koalicji, a więc nacisków, że ktoś coś usiłuje wymusić. Jednocześnie wiadomo, kto rządzi i kto ponosi za to odpowiedzialność, i co istotne – jest możliwość wyciągnięcia konsekwencji. To jest coś, czego dotychczas brakowało na politycznej scenie w Polsce. Ciągle jeszcze nie mamy pełnych wyników niedzielnych wyborów i posiłkujemy się sondażami, a cząstkowe dane wprawdzie nieznacznie, ale zmniejszają przewagę PiS. Jeśli te wahnięcia przełożą się na ostateczny wynik, to może się okazać, że do pełni władzy zabraknie jednego, dwóch bądź kilku głosów.  

Wszyscy znamy obietnice przedwyborcze PiS, ale czy ich wartość po wyborach będzie taka sama, czy z reguły jest taka sama, kiedy dana partia wygrywa?

– PiS obiecało i PiS musi dotrzymać złożonych obietnic. Zarówno przyszła premier Beata Szydło, jak i posłowie tego ugrupowania będą musieli się z tego wywiązać. Cała narracja kampanii wyborczej PiS przebiegała wokół obietnic finansowych, a mianowicie dopłat dla rodzin po 500 zł na drugie i każde kolejne dziecko. Skoro obiecali, to muszą dotrzymać słowa i nikt im tego nie podaruje, tak jak przed laty nie podarowano im obietnicy trzech milionów nowych mieszkań dla młodych.  

Czy rządy PiS mogą zmienić układ medialny w Polsce?

– Pytanie, na ile media przyjazne PiS zachowają bezstronność, obiektywizm i profesjonalizm dziennikarski. To jest sztuka, której nie zdołały utrzymać media pro-PO-wskie. Pytanie, czy ten egzamin zdadzą media pro-PiS-owskie.

A co z mediami dotychczas popierającymi Platformę?

– W większości są to media prywatne. Właściciele szybko zrozumieli i zmiany, które następują powoli, ale konsekwentnie, chociażby w TVN, wskazują wyraźnie, że nikt z władzą, nawet jeśli to będzie władza PiS, nie będzie chciał zadzierać.

Co, Pana zdaniem, było przyczyną spektakularnej porażki Platformy?

– Jednym słowem – całokształt. Szczerze mówiąc, i tak jestem zaskoczony, że Platforma osiągnęła wynik powyżej 20 proc. To i tak jest delikatna kara za to, co ta partia zrobiła, czy może raczej czego nie zrobiła, przez osiem lat rządzenia Polską. Po aferach, kompromitacji, po historiach, które ukazały zaledwie wierzchołek góry lodowej i kulis rządzenia, ten wynik nie jest nawet porażką, a wręcz sukcesem. Ci ludzie nawet nie powinni wejść do parlamentu, ale wchodzą i mimo wszystko z dużą siłą, co pokazuje, że jakaś część polskiego społeczeństwa nadal wierzy tej formacji i pokłada w niej swoje nadzieje.

Kto wobec tych wszystkich kompromitujących faktów, które znamy, może jeszcze pokładać nadzieje w tej partii?

– Za Platformą stoi cała kasta urzędnicza, która rozkwitła w ostatnich ośmiu latach m.in. z racji napływu do Polski środków z Unii Europejskiej. Fundusze unijne stworzyły podwaliny nowych urzędów, decydentów, kontrolerów. W efekcie mamy partyjne urzędy pracy i szereg innych instytucji, które stały się głównym wyznacznikiem budowania tzw. żelaznego elektoratu. To pokazuje, że na Platformę nie głosowało zadowolone z rządów społeczeństwo, ale na to ugrupowanie głosowali urzędnicy i osoby ściśle powiązane i funkcjonujące na rynku pracy dzięki PO, a także PSL. Przykładem może być Olsztyn, gdzie w wielu agendach mamy dzisiaj panikę i gdzie słychać pytanie, co z nami będzie. Ci ludzie boją się, kto przyjdzie, czy będzie srogi, wymagający i czy przypadkiem nie okaże się, że się nie nadają. Podobnie jest we wszystkich miastach. PiS wygrało wybory, wszystko wskazuje na to, że będzie rządziło samodzielnie i nie ma się co czarować – musi zrobić audyt i pozbyć się całej masy niekompetentnych urzędników-darmozjadów.

Tylko patrzeć, jak znów pojawią się narzekania, że PiS robi czystkę…  

– To jest konieczność, to, co śmierdzi, co jest niezdrowe, patologiczne, to trzeba wyciąć i wyrzucić. Inaczej w dalszym ciągu będzie bałagan. Nie może być dłużej tak, żeby urzędnicy, osoby, które są powiązane czy podejrzane o złamanie prawa, nadal piastowały stanowiska. Trzeba państwo doprowadzić do porządku pod względem prawnym. Przecież nikt nie obiecywał, że nie będzie to bolało, ale niech się boją ci, którzy mają coś na sumieniu. Uczciwym ludziom nic nie grozi.   

Czy Platforma, która przyzwyczaiła się do rządzenia, przetrwa w opozycji?

– Trudno o tym jednoznacznie przesądzić. Pewne jest natomiast to, że apetyty Ryszarda Petru rosną i wynik tej partii pokazuje, że lifting jest skuteczny, że pieniądze zadziałały. I jeśli nastąpią rozliczenia wewnątrzpartyjne w Platformie, jakie się zapowiadają, to można się spodziewać, że w ciągu powiedzmy roku na scenie politycznej nie będzie Platformy Obywatelskiej, tylko Nowoczesna.pl.

A zatem niewykluczone, że Donald Tusk po pierwszej i ostatniej kadencji szefa Rady Europejskiej nie będzie miał do czego wracać…?

– Sądzę, że Donald Tusk doskonale zdaje sobie sprawę, że nie będzie żadnej drugiej kadencji, bo nie ma co ukrywać: jest beznadziejnym przewodniczącym, który źle się czuje w tej roli, a wręcz się męczy. Owszem, zarobi, i to nieźle, dlatego po powrocie będzie najbogatszym emerytem w Polsce. Z drugiej strony nie wiem, czy los Polski, a tym bardziej los Platformy, w ogóle go interesuje.

Ewa Kopacz przetrwa jako szefowa partii?

– Według mnie, to już jest koniec ery Ewy Kopacz. Jest uosobieniem, i słusznie, porażki wielu osób, które się nie dostały do parlamentu. Rozliczenia, jakie nastąpią wewnątrz tego ugrupowania, które tylko udaje, że jest monolitem, będą bolały, podobnie zresztą jak Zjednoczoną Lewicę.

Skoro poruszył Pan temat, to lewica w Polsce po raz pierwszy od 1989 r. nie będzie miała swoich reprezentantów w parlamencie. Jak kończy Leszek Miller i spółka?

– Leszek Miller kończy fatalnie. Spełnił się najgorszy z możliwych snów dla tej formacji politycznej.

Co o tym zdecydowało?

– Przyczyn jest wiele. Po pierwsze, fatalny wybór kandydatki na prezydenta w osobie Magdaleny Ogórek, co było autorskim projektem Leszka Millera. Potem mieliśmy efekt domina: zbyt późno wyszedł z pomysłem Barbary Nowackiej, zlekceważył partię Razem, uznając, że już sama rejestracja tej formacji jest niewykonalna. Jak widać, „małe jest piękne” i jak trzeba, to potrafi zaskoczyć, a nawet zaszkodzić. Sądzę, że dzięki partii Razem lewicy nie będzie w parlamencie, bo te brakujące ułamki procent odebrała im formacja, którą Miller zlekceważył.

Zgodzi się Pan ze stwierdzeniem, że Leszek Miller wrócił do polityki, aby „wyprowadzić sztandar” lewicy?  

– Wszystko wskazuje, że to zrobił. Jeśli lewicy nie będzie w parlamencie, to dla tej formacji politycznej będzie to swoiste katharsis i kto wie, czy to czteroletnie oczyszczenie nie jest potrzebne. Jednocześnie będzie to oznaczało emeryturę polityczną dla wielu osób i zmianę warty na lewicy.

Czy Paweł Kukiz jest w stanie utrzymać przy sobie posłów, których wprowadzi do Sejmu?

– Sądzę, że jest w stanie. Po pierwsze, jest idea wokół tego projektu i ogromny akcent patriotyczny. Przejście poszczególnych osób od Pawła Kukiza będzie równoznaczne z końcem ich kariery politycznej. Inaczej mówiąc, jeśli osoby, które w kampanii mówiły: koniec z partyjniactwem, nagle przejdą do konkretnej partii, to mogą na tym tylko stracić. Uważam, że Kukiz’15 będzie miał wierny zespół, a z drugiej strony ugrupowanie to wskazuje wyraźne cele: zmiana systemu, zmiana Konstytucji RP.

I co dalej?  

– Sądzę, że może się okazać, że to Kukiz’15 może się okazać miejscem, do którego będą uciekać politycy innych formacji. Kandydaci Kukiz’15 wybrani do Sejmu mają się zachowywać i czuć jak wybrani z okręgu jednomandatowego, tzn. mają odpowiadać bezpośrednio przed wyborcami, a nie Pawłem Kukizem. Tego nie ma w żadnej innej partii.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki